Oprócz plecaka niezbędna jest torba którą ładujemy na ciągnięte przez siebie sanki.Obowiązkowy sprzęt wspinaczkowy wspinacza zdobywającego McKinleya to:
- uprząż
- raki (moje to grivelowskie G12 - automatyczne, dwunastozębowe)
- czekan (ja miałam Air Tech Evolution firmy Grivel - bardzo sobie chwalę!)
- jumar czyli w slangu młodszego pokolenia: małpa (na odcinki z poręczówkami)
- z 5 karabinków (potrzebne gł. do mocowania sanek)
- linka/taśma/lonża – potrzebne do przypięcia sanek.

A żeby się zapakować trzeba mieć jeszcze:
- plecak (ja miałam 55-litrowy - wystarczał)
- ładowaną na sanki mocną, nieprzemakalną torbę, najlepiej  z suwakiem odpinanym tak, aby był do niej łatwy dostęp. Mnie się doskonale sprawdziła Duffle Bag North Face`a (na zdjęciu), której plusem jest też to, że w razie czego można ją nosić tak jak plecak (pozwala na to specjalny system pasków) i że ma liczne ucha, dzięki czemu łatwo było ją mocować do sanek. No i ten śliczny różowy kolorek! :). Mnie tam się bardzo podobał - od razu widać że ktoś wziął pod uwagę, że w górach są też kobiety!

Dwie ładowarki (mniejsza wisi na czekanie) i można się ładować.Nie wiem jak to dawniej obywaliśmy się w górach bez elektroniki? Teraz się nie da. Choćby taki aparat fotograficzny czy kamerka GoPro – większość z nas bez takich sprzętów w góry się nie rusza, bo dokumentacja – rzecz ważna. Albo taka MP3-ka czy MP4-ka dzięki której można posłuchać sobie audiobooka czy muzyczki, uprzyjemniając sobie w ten sposób czas spędzany w śpiworze, kiedy na zewnątrz namiotu szaleje śnieżna burza. O tabletach nie wspominam, bo te w góry też się zabiera, no i telefony komórkowe, które mają przecież tyle zastosowań, niekoniecznie tylko do dzwonienia. Wiadomo, większość rzeczy opartych na elektronice potrzebują ładowania, a na takim McKinleyu żadnych schronisk nie ma, zresztą w ogóle mamy zero szans na podłączenie się do jakiegoś normalnego prądu. I tu z ogromną pomocą przyszli mi moi nowi przesympatyczni znajomi – Łukasz i Ola z firmy Eco Gadget, ratując ładowarkami słonecznymi i powerbankami (pełną ofertę firmy można zobaczyć tutaj).

W czym na szczyt?

Tu już jestem w kurtce puchowej, co oznacza całkiem znaczną wysokość (ok. 5000 m n.p.m.)Od lądowania na lodowcu (wysokość 2200 m) do szczytu (prawie 6200 m) jesteśmy ciągle na lodowcu. Warunki pogodowe jakie nas czekają są bardzo zróżnicowane. Mimo że McKinleya uważa się za jedną z najzimniejszych gór świata, na dole, jak grzeje słońce, potrafi być naprawdę gorąco (przedział temperatur jakie my mieliśmy był od minus 40 do plus 30). Z drugiej strony trzeba pamiętać, że ciągle się przemieszczamy (zmieniamy obozy), bo nie ma czegoś takiego jak baza do której ileś razy wracamy, no a do tego wszystko sami nosimy (tragarzy nie ma). Czyli ilość rzeczy jakie ze sobą zabieramy (w tym ciuchów) musi być jak najmniejsza, czyli w podtekście – przemyślana.

Co ja miałam ze sobą i jak się to sprawdziło? Już wyjaśniam…

Gotowanie (często tylko wody) na McKinleyu zajmuje każdego dnia nawet kilka godzin!Na czym gotować? Na McKinleyu zrobił się wyraźny podział… Blog „wschodni” (Polacy, Rumuni, Rosjanie etc.) i co niektórzy Westmeni gotują na kartuszach z gazem, podczas gdy Amerykanie, Kanadyjczycy i wielu innych, nosi ze sobą metalowe pojemniki wypełnione jak to oni mówią: „white gas`em” (dosłownie: białym gazem) czyli inaczej mówiąc paliwem ciekłym (to chyba jakaś oczyszczona benzyna była?). Rodzaj paliwa narzuca z kolei typ używanej kuchenki.


Skaleczony Krzyś wyciąga z apteczki materiały opatrunkowe.Co warto mieć w górskiej apteczce to temat długi i dyskusyjny. Nasza wyprawowa apteczka dzięki pomocy zaprzyjaźnionej firmy Super-Pharm, była bardzo solidnie wyposażona, ale wiadomo, nie wszystko z jej składu okazało się potrzebne (ale to akurat dobrze, bo znaczy się - raczej zdrowi byliśmy). Warto jednak chyba powiedzieć, co się w warunkach McKinleyowych przydało:

 


Zbychu w goglach firmy ZOE.Mt McKinley to góra  pokryta lodowcami, tak więc nasłonecznienie jest bardzo silne. Krótko mówiąc - bez okularów czy gogli nie wytrzymamy, a zresztą nawet nie warto próbować, bo szybko przypłacimy to ślepotą śnieżną.  To co mogę doradzić to jeśli chodzi o google wybierajcie takie z rozjaśniającą szybką - na McKinleyu często jest duże zachmurzenie, robi się ponuro, przez co przyciemniane gogle mogą Wam tylko pogorszyć obraz, a w rozjaśniających - od razu świat staje się piękniejszy.

Tym razem testowałam (inni też) okulary i gogle polskiej firmy ZOE. Mała firma, mało znana, bo nie zabiegająca o nadmierną reklamę, ale korzystam z ich okularów na wodzie (w żeglarstwie) tak więc postanowiłam sprawdzić jak sprawują się w górach. Oczywiście wybrałam takie w góry się nadające, czyli zasłaniające także kąciki oczu, dobrze przylegające do twarzy.