Kto jest zainteresowany górską częścią wyprawy, czyli zdobywaniem Mt Vinson, najwyższej góry Antarktydy, zapraszam tutaj.

28 stycznia
W Kanale Beagle`a
No i koniec rejsu…

To już ostatnie godziny żeglowania na „Phoenixie”. Choć może „żeglowania” to za dużo powiedziane, bo od 6 rano, kiedy to podnieśliśmy kotwicę wykorzystując totalny sztil, grzejemy na silniku. Początkowo kompletnie nic nie wiało, morze było tak gładkie, że trudno było uwierzyć, że takie w tych rejonach może być, no a teraz już wieje, całkiem przyzwoicie, tyle że prosto w dziób.
Właściwie to mamy pierwszy słoneczny dzień. Upału nie ma, ale sam fakt, że słońce się w pełni pokazało, to już coś. Próbuję wysuszyć przemoczone wczoraj ciuchy i kalosze, ale chyba aż tak mocno to nie grzeje.

Widzę, że słońcem cieszy się cała tutejsza natura. Delfiny skaczą, gęsie mamy uczą swoje maluchy fruwać – w takim towarzystwie pokonanie przewidzianych na dzisiaj około 70 mil mija w miarę szybko.

Minęliśmy po drodze Puerto Toro – będę bardzo miło wspominać to miejsce, poniekąd ze względu na sympatycznego Ceasara (szefa lokalnej Armady de Chile). Zaraz za wysepkami zwanymi Trzema Braćmi, powitał nas oglądany już wcześniej wrak. Dopiero teraz doczytałam się, że był to statek Logos, wynajęty jako „statek wolności” przez jakąś sektę religijną, która się chyba bardziej bawiła niż modliła. W każdym razie kiedy pilot wprowadzający ich w styczniu 1988 roku do Ushuaja nakazał zrobić im jakieś manewry, pijane towarzystwo stwierdziło, że nie ma ochoty pilota słuchać. Jaki był finał świadczy rdzewiejący wrak.

Podpłynęliśmy też do Wyspy Pingwinów – nie zupełnie blisko, bo leży ona już w granicach argentyńskich wód terytorialnych, ale coś tam widzieliśmy. Tym razem chodzi o pingwiny Magellana, takie małe, biało-czarne. Często widzimy je w wodzie, jak żerują pływając koło jachtu, choć jak tylko wezmę aparat fotograficzny, to znikają.

No ale oto przed nami już Puerto Williams z charakterystycznymi skalnymi „zębami” (tak się nazywają te szczyty) w tle. Czas szykować cumy i odbijacze! Koniec rejsu!



27 stycznia
Caleta Martial – Horn – Caleta Lenox
Horn po raz drugi (dla mnie raczej - trzeci :))

Zrobiliśmy „poprawkę” Hornu. Wykorzystując dobrą pogodę (jak nam powiedziano na Hornie, w latarni , to jeden z zaledwie kilku takich dni w roku!), zabraliśmy rano na pokład Hansa i cofnęliśmy się 10 mil do Calety Leon z której można przeprawić się na Przylądek pontonem. Ruszyliśmy bladym świtem, punkt 5-ta podpływając do katamaranu i zabierając na nasz pokład Hansa  i ok. 7-mej zameldowaliśmy się w Zatoce Leon, tuż przy Hornie. Ponieważ nie jest to dobre kotwicowisko (narażone na rozfalowanie, a poza tym w locji ostrzega się, że rzuconej kotwicy można nie wyciągnąć – trzeba odcinać łańcuch) umówiliśmy się, że najpierw Mario zostanie na jachcie który będzie krążył w zatoczce z silnikiem na mała naprzód, a potem wymieni go Hans, ja zaś będę kursowała na pontonie jako pomoc w pagajowaniu.


Wycieczka na Przylądek była ciekawsza niż przypuszczaliśmy. Oczywiście zrobiliśmy sobie foty przy pomniku Albatrosa, chociaż na mnie większe wrażenie zrobił skromny kamienny pomniczek upamiętniający żeglujących w tych okolicach kapitanów. Odwiedziliśmy też latarnie morską w której można wstemplować sobie do paszportów specjalną pieczęć z Przylądka. Są też dwie kapliczki – jedna większa, Stella Maris i malutka, w skale, z Matką Boską rozumiem że chroniącą ludzi morza.

Aktualnie na Przylądku trwają prace związane z planowanymi na piątek (za 2 dni) uroczystościami z okazji 400-lecia pierwszego opłynięcia Hornu. Ciekawa jestem czy Seniora Presidenta dotrze helikopterem, czy statkiem, ryzykując chorobę morską? W każdym razie póki co żołnierze Armady uwijają się jak w ukropie, malując co się da, próbując zamontować wielką, nową flagę powiewającą nad Przylądkiem (tak się starają, że aż im się nieco podarła), tylko jakoś o przyzwoity pomost nikt nie zadbał. Lądując naszym pontonem na plaży pomoczyliśmy się totalnie, no ale widać jakaś ofiara na rzecz Przylądka musi być.

Teraz jest już wczesny wieczór – za jakąś godzinę powinniśmy być w Caleta Lenox, gdzie zamierzamy przenocować. Na przeskoku przez Bahia Nassau całkiem solidnie wiało – 25 węzłów (prognozy mówiły o 10), ale co tam, po Hornie już nie miało to znaczenia. Mario poszedł w międzyczasie trochę pospać, ja wachtowałam na deku obserwując przy okazji skaczące wokół jachtu pingwiny. Teraz wiatr już siadł, a że w międzyczasie wpłynęliśmy między wyspy, czuję się trochę jak na skandynawskich szkierach.

 


26 stycznia
Przylądek Horn, Caleta Martial
Horn już za nami!

Wcale nie było tak spokojnie jak zapowiadały prognozy pogody. Znaczy się, Horn przyjął nas tak, jak na Niego przystało, czyli wiatrem i może nie solą, ale słoną wodą w bryzgach fal jakie co jakiś czas dostawaliśmy. Wiatr był w okolicach 25 węzłów ze szkwałami do 40 węzłów i całkiem przyzwoitą falą robiącą spore zamieszanie w naszym kambuzie.


Najważniejsze, że się udało. Z emocji i niepewności co nas czeka, prawie nikt z nas nie przespał dobrze tej nocy – ja zrywałam się ileś razy, bo myślałam, że już czas wstawać. W końcu o 6-tej rano Mario jednoznacznie dał sygnał, że „pora” – chwilę potem już wybieraliśmy kotwicę, tzn. potem kwadrans zajęło mi obcinanie maczetą tych okropnych wodorostów które kotwicę oplotły, no i - wkrótce opuściliśmy naszą przytulną zatoczkę. Na wyjściu żegnały nas delfiny – tym razem nie chciały nam towarzyszyć w drodze, widocznie uznając że na rozfalowany ocean tylko idioci i tacy zapaleńcy jak my, się pchają.

Mimo że dla mnie był to już drugi raz na Hornie, przeżywałam wcale nie mniej niż ten pierwszy raz. I powiem szczerze – teraz warunki na morzu były trudniejsze. Inna sprawa że wtedy byliśmy 200 mil od brzegu, tak więc gdyby coś, trudno byłoby liczyć na jakąś pomoc, a teraz, okrążając wyspę Horn w odległości z pół mili, byliśmy pod stałym nadzorem Armady de Chile.

Fajnie było zobaczyć Horn z bliska. Okej, zgadzam się, że są w świecie dużo ładniejsze skały niż Przylądek Horn, ale Horn to Horn i zwłaszcza na żeglarzach robi wrażenie. Z licznych zdjęć doskonale wiedziałam jak wygląda, ale i tak wpatrywałam się w potężną skałę jak zahipnotyzowana, nic nie mówiąc, bo trudno było te emocje zamienić w słowa, a jedyne co jeszcze byłam w stanie zrobić (oprócz wybrania żagla) to nastrzelanie z pół tysiąca zdjęć.

Po zakotwiczeniu zgodnie z planem w Caleta Martial (jedna wyspa dalej, na północ od Wyspy Horn), padliśmy – zmęczenie i emocje wzięły górę, tak  więc dwie godzinki pospaliśmy. Obudziło mnie wołanie przez UKFkę Hansa – niedługo potem był już u nas na jachcie z szampanem dla uczczenia opłynięcia Hornu, podczas gdy Mario  z czeluści zakamarka rufowego, wyciągnął schowaną specjalnie na ten dzień szkocką whisky. Po kolacji (kaczka z puszki przyrządzona przez Catalinę) wybraliśmy się z Hansem na brzeg. Tutaj o tyle nietypowy, że jest to piaszczysta plaża, taka z miałkim, żółtym piaskiem i tylko chłód i brak palm sugeruje, że to jednak nie tropiki. Celem plażowego spaceru było znalezienie dyżurnego pingwina – jest tu ponoć taki jeden jedyny samotnik z gatunku pingwinów królewskich, ale nie wiem czy już spał, czy wypłynął w morze na kolację, w każdym razie ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu nie udało nam się na niego trafić.

A tak w ogóle to znowu mamy tłoczno w zatoczce! Tym razem oprócz nas i katamaranu Hansa stoi jeszcze statek Armady de Chile i fiński jacht „Manta”, który znamy z Puerto Toro. „Manta” miała płynąć na Antarktydę, ale jak nam powiedzieli przez radio, długo przygotowywana ekspedycja wzięła w łeb, bo wysiadł im autopilot. Żal mi ich strasznie, bo to miła załoga, ale jakoś nie mogę zrozumieć – to co, bez autopilota nie mogą płynąć? Wychodzi ze mnie stara, polska szkoła żeglowania, w której człowiek stał za sterem godzinami i do głowy mu nie przychodziło, że może być inaczej. Jestem pewna że większość polskich załóg jeśli miała by do głowy zrezygnować z długo przygotowanych planów, na rzecz marznięcia przy sterowaniu, bez wahania, z determinacją wzięłaby po prostu ster w ręce, bo drugiej okazji często nie ma. Szczerze mówiąc ja dopiero teraz, po raz pierwszy w swojej żeglarskiej „karierze”, mam do dyspozycji autopilota – na wszystkich wcześniejszych rejsach na wachtach swoje za kółkiem sterowym musiałam przestać. Podobnie jest z mapami papierowymi – żeglowanie na polskich jachtach nauczyło mnie przywiązania do takich map – nawet jak jest na jachcie ileś tabletów z mapami komputerowymi, na wszelki wypadek lubię jak jest „papier”, m.in. dlatego, że elektronika zawsze może zawieść. Tymczasem coraz trudniej znaleźć mi jacht (mówię o nie polskich) gdzie są mapy papierowe (nawet nie na wierzchu – mogą być schowane). Pozytywnym wyjątkiem był ten niemiecki jacht Dagmar Aaen, ale gdy pytam na innych jednostkach o mapy papierowe, patrzy się na mnie jakbym z Księżyca się urwała. No cóż, może jestem tradycjonalistką, może przesadzam, ale już tak mam. I powiem szczerze – lubię te żeglowanie, może nie jak za Kolumba, ale jak za moich młodych lat.

 


25 stycznia
Port Maxwell
Towarzysko-trekkingowo

Niemiecki jacht Dagmar Aaen. Naprawdę śliczny - i z zewnątrz, i wewnątrz, w dodatku z fajną załogą.

Całkiem aktywny dzień dziś miałam. Najpierw, około południa, wybraliśmy się z Hansem w odwiedziny na stojący po sąsiedzku jacht Dagmar Aaen. Wcześniej oczywiście wywołałam ich przez radio i kurtuazyjnie zapytałam, czy nie będą mieli nic naprzeciw – na szczęście nie mieli. Szczerze mówiąc to liczyłam trochę że może jest z nimi Henio Wolski – nasz polski polarny kapitan który na Dagmar Aaen wielokrotnie pływał, no ale Henia nie ma (podobno jest w okolicy pracując na jakichś wycieczkowcach), za to kapitan niemieckiego jachtu powiedział, że są dobrymi przyjaciółmi.

Muszę powiedzieć, że bardzo mi się Dagmar Aaen podobał – drewniany, utrzymany w tradycyjnym stylu, choć w sumie w środku dość komfortowy. Taki jacht „z duszą”, na co niewątpliwy wpływ ma osoba kapitana, a zarazem właściciela jednostki, który zakupił tę łódź bodajże w 1991 roku. Oryginalnie był to mocno zniszczony duński kuter rybacki, wybudowany w latach 30-tych z duńskich dębów (zdziwiłam się, bo przecież w Danii za bardzo lasów nie mają, no ale śmieliśmy się, że może wszystkie zostały wycięte na budowy łodzi). Mogę sobie wyobrazić ile pracy i determinacji wymagało osiągnięcie takiego wyglądu, jaki łódź ma obecnie! Co ciekawe, nie jest to jednostka nastawiona na komercyjne rejsy, tak jak większość spotykanych tu jachtów – Dagmar Aaen to jacht ekspedycyjny, realizujący projekty naukowe i wykorzystywany przy kręceniu filmów podróżniczo-eksploracyjnych, przy czym jego załoga to głównie znajomi kapitana. Aktualnie pływa na nim 9 osób – naprawdę fajni ludzie, głównie Niemcy. Tak się fajnie gadało przy herbacie w kubryku, że aż nie chciało nam się od nich wychodzić :).

Po południu, z racji wypogodzenia się, poszliśmy z Hansem na trekking, tym razem na najbliższe otaczające nas wzgórza. Oczywiście ledwo przeprawiliśmy się pontonem na brzeg, znowu zaczęło padać i padało dokładnie do momentu powrotu na jacht. Widoki jakieś tam jednak były, w każdym razie zatoczkę z naszymi jachtami obfotografowałam ze wszystkich stron, a że wróciłam przemoczona, to już inna sprawa.

Najważniejsze że ucichł wiatr. Tak zresztą zapowiadały prognozy. Jutro rano Wielki Dzień! Właściwie to Dzień Ostatniej Szansy, bo już lepszych prognoz mieć tu chyba nie można. Planujemy wstanie skoro świt, podnosimy kotwice (z tym będzie na pewno trochę problemów z uwagi na te okropne wodorosty które trzeba będzie odcinać maczetą) i płyniemy na spotkanie z Panem Hornem. Jest tak blisko, ale czy dopuści nas do siebie? Wróciła atmosfera godna ataku na Everest. Ładujemy aparaty i kamerki Go Pro, przygotowałam polską flagę... Nie powiem – emocję są! :)



24 stycznia
Port Maxwell
Szkwały i chleb

Skoro Mario puścił w ramach pobudki Boba Marleya, znaczy się że jest niedziela! To na Phenixie rytuał, niezależnie od tej porannej kawy nastawianej rano przez Maria w specjalnym naczyniu, której zapach jest dla mnie znakiem, że czas wyłazić ze śpiwora.

Ale ziąb! Uświadomiłam sobie, że dokładnie miesiąc temu była Wigilia, o tyle pamiętna, że spędzona w obozie bazowym pod Mt Vinson na Antarktydzie. Nie wiem gdzie było cieplej – chyba tam, na Antarktydzie. Z drugiej strony nie ma co narzekać – nie udało nam się wprawdzie naprawić ogrzewania wewnątrz jachtu, ale zawsze mogę założyć na siebie dodatkowy polar. Najważniejsze, że jest sucho.

Morze nam nie popuszcza. Wieje i wieje. Na morzu przyzwoite 8-9 Beauforta, w zatoczce gdzie stoimy, niby osłoniętej, też wcale nie jest spokojnie. Co chwila przywala w nas szkwał – dostajemy takie pełne furii uderzenie, po którym następuje raptowny przechył kadłuba. Mimo zamkniętej zejściówki słychać wycie wiatru i czuć drżenie napiętych lin stabilizujących nas z lądem, które swoją drogą wydają dźwięk przypominający pracę silnika (tu oprócz kotwicy, czy nawet dwóch kotwic, zakłada się jeszcze jedną lub dwie liny wywożone pontonem na ląd i przywiązywane np. do drzew). Na dodatek wciąż pada i jest ponuro, ale trudno żeby było inaczej przy takim głębokim niżu.

Dzień był jednak udany. Przedpołudnie spędziłam na wiązaniu węzłów. Zmobilizowało mnie do tego to, że Mario kiedyś tam rzucił mi linę i kazał zawiązać „bulinę”, a ja za cholerę nie wiedziałam o co mu chodzi. Teraz wertując angielską książkę z węzłami doszłam, że chodziło o bowline (poprawna pisownia), czyli coś co u nas nazywa się węzłem ratowniczym, a co w mojej drużynie każdy harcerz musiał wiązać w 3 sekundy. Krótko mówiąc węzeł znałam, ale jego angielskiej nazwy już nie. Przy okazji wdrażania się w wiedzę z książki o węzłach, dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy, np. jak wygląda „węzeł prawdziwych kochanków”, że źle zawiązany węzeł prosty (tak się nazywa go u nas), to w terminologii angielskiej „złodziejski”, przypomniałam też sobie, jak się splata efektowną kulę, czym po powrocie mam zamiar zaimponować swojemu chrześniakowi.

Po południu robiłyśmy z Cataliną chleb i pizzę, na którą do naszej "Pizzeria Cabo de Hornos" został zaproszony także Hans. Wieczór uprzyjemniły jeszcze 3 butelki wina, przy których opowiadaliśmy Hansowi jak wyglądało życie w komunizmie (przy tej trzeciej flaszce to szary PRL zrobił się całkiem wesoły). Przy okazji dowiedziałyśmy się od Hansa, że wśród jego znajomych jak ktoś jedzie do Europy Wschodniej, to radzi mu się zabrać łańcuch (przed złodziejami),  natomiast my z Cataliną zrobiłyśmy Hansowi wykład geograficzny z informacjami, że już od iluś lat nie ma takiego kraju jak Czechosłowacja i jak nazywają się stolice naszych krajów.



23 stycznia
Puerto Maxwell
Kotwiczna adrenalina

Ale obrzydliwy dzień! Mam na myśli pogodę – leje, leje i leje, co ma ten plus, że korzystając z plastikowej rurki podpiętej do dachu nadbudówki, nałapaliśmy deszczówki już cały baniak – słodkiej wody na małym jachcie nigdy dosyć. Barometr leci na łeb na szyję (zgodnie z prognozami, które mówią, że będzie można ruszyć się stąd dopiero za 4 dni), chmury zasnuły niebo stwarzając atmosferę polskiego listopada w najgorszym wydaniu, do tego nie za bardzo mogę wysuszyć swoje przemoczone wczoraj rzeczy (ogrzewanie na jachcie teoretycznie jest, ale w praktyce - zepsute).

Na jachcie totalna cisza – Mario i Catalina śpią, ja zaś słuchałam sobie audiobooków i szant (pytałam jak tam z szantami w Rumunii. Okazuje się, że piosenki żeglarskie zupełnie tam nie występują). Poranek jednak był dość aktywny, bo przyszedł bardzo silny wiatr z północy (z północy bardzo rzadko coś tu wieje, a akurat na tę stronę otwarte jest nasze kotwicowisko) i zaczęliśmy mieć obawy, że nasze oba jachty zdryfuje na brzeg. Na wszelki wypadek Mario wywiózł na pontonie jeszcze jedną, drugą kotwicę, a potem pomogliśmy zakotwiczyć awaryjnie jeszcze katamaran Hansa. Kiedy już skończyliśmy, jak się okazało mocno czasochłonne w tych warunkach prace, w zatoczce pojawiła się kolejna jednostka – zrobiony w stylu retro niemiecki jacht Dagmar Aaen.

Zapomniałam! Rano mieliśmy sympatyczne odwiedziny. Na brzegu naprzeciwko nas pojawiła się rodzinka „carancas” – tak po tutejszemu nazywają się te ptaki, których angielska nazwa to „kelp goose” czyli w tłumaczeniu „gęś wodorostowa”. Bialutki, elegancki gęsi tata rozsiadł się jak basza na skałce stanowiącej punkt obserwacyjny na okolicę, podczas gdy czarno-plamiasta mamusia (jej barwy stanowią doskonały kamuflaż wśród nabrzeżnych kamieni) ogarniała gromadkę szarych, dość pokracznie poruszających się póki co pisklaków. Niestety, wypłoszyły ich dość szybko nasze manewry związane z kotwiczeniem – gęsia rodzinka odpłynęła w siną dal i mam obawy, że szybko nie wróci.


22 stycznia,
Caleta Maxwell
Stary człowiek i morze. Stary człowiek, ale jeszcze może!

Chyba się starzeję :). Wczoraj przy kotwiczeniu i wybieraniu stabilizujących nas lin zaciągniętych pontonem na brzeg, coś mi strzyknęło w dolnej części pleców no i teraz ruszam się jak mocno wiekowa paralityczka. Wprawdzie na noc Catalina przylepiła mi jakiś przeciwbólowy plaster, ale poza przyjemnym ciepłem za wiele mi nie dał. Na szczęście od takich boleści się nie umiera – mam nadzieję że szybko przejdzie.

Rano zakładałam że pośpimy, ale gdzie tam – coś koło 7-mej pojawiła się łódź rybacka, która też postanowiła zakotwiczyć po sąsiedzku z nami, ale jej trajkocący silnik stanowił skuteczny budzik. Swoją drogą skoro rybacy szukają schronienia w zatokach, to znaczy że na morzu fajnie nie jest.

Około południa stwierdziłam, że może z tą wspomnianą na początku starością to bez przesady, a zamiast zastanawiać się że coś mi strzyka, lepiej się po prostu ruszyć. Wywołałam przez radio Hansa, zapytałam, czy nie chce zdobyć ze mną pobliskiej góry, a że na szczęście chciał, to się szybko zebraliśmy i pontonem Hansa przeprawiliśmy się  na drugą stronę zatoczki.

Góra okazała się całkiem niezłym wyzwaniem. Nie specjalnie wysoka – z mapy wynika że ma 450 m wysokości (ale od poziomu morza!), ale problemem okazała się roślinność. Najpierw gęsty las, czy raczej drzewiaste krzaczory, a potem całe połacie czegoś co z góry wygląda jak podłoże porosłe mchem, a w rzeczywistości jak się na to stanie,  okazuje się, że to korony innego rodzaj krzali, w które wpada się niczym na lodowcu w szczelinę. W każdym razie szansa na złamanie nogi, całkiem spora. To że w międzyczasie ileś razy przechodził deszcz, to drobiazg, za to solidnie dał się nam we znaki porywisty wiatr, który momentami miałam wrażenie że ma szanse mnie po prostu zwiać w dół, z lądowaniem w oceanie. Nagrodą za trudy „wspinaczki”, były widoki na cały archipelag tutejszych wysepek, zatoczkę w której stoją nasze jachty, a także na widniejącą w oddali wyspę Horn.

Wróciliśmy z wycieczki zmęczeni, przemoczeni (na powrocie trzeba było płynąć pontonem pod fale, a przy tym wietrze było to kolejne wyzwanie), ale zadowoleni. Catalina w międzyczasie ugotowała gar soczewicy, Mario zaprosił Hansa na uczczenie pierwszego polsko-szwajcarskiego zdobycia góry flaszeczką pisco (na pewno nikt z Polski na tej górze  nie był), Hans przyniósł jeszcze butelczynę wina, no i tak to wieczorem umacnialiśmy międzynarodową przyjaźń ludzi morza.



21 stycznia, wieczorem
Caleta Maxwell
12 mil od Hornu

Już widzieliśmy słynne skały Hornu! I nawet przecięliśmy ich południk (co równocześnie oznacza że z wód Atlantyku weszliśmy na Pacyfik), no ale zrobiliśmy to od północy, czyli „nie liczy się”. Korciło nas żeby od razu, tak z marszu, tam – znaczy się na Horn - popłynąć, jednak zwyciężył rozsądek: że jesteśmy zmęczeni, że możemy nie zdążyć przed nocą, że skoro mamy kilka dni rezerwy, to lepiej poczekać i popłynąć bez pośpiechu, jak się uda – schodząc nawet na ląd i odwiedzając tamtejszego „latarnika” (tak naprawdę to latarnia działa automatycznie, ale jest tam gościu, który nadzoruje sytuację).

Płynęło się całkiem fajnie. Nie było wprawdzie tak lajtowo z wiatrem jak wskazywały prognozy pogody (podawano wiatr o sile 15 węzłów, było 25), ale bez problemów przeszliśmy tę problematyczną dla nas wcześniej zatokę Bahia Nassau. Potem, po wejściu w archipelag wysepek hornowych, obawialiśmy się jeszcze w Kanale Bravo tzw. williwaws – chodzi o niespodziewane szkwały o sile nawet 100 węzłów które trwają wprawdzie krótko, po kilkanaście sekund, ale są w stanie taką łódkę jak nasza przyłożyć masztem do wody. Na szczęście nie doświadczyliśmy niczego takiego.

Ciekawe, bo widzę tu sporo analogii do żeglowania u wybrzeży Alaski czy na Aleutach (arktyczne wyspy między Alaską a Rosją). Tam też były ostrzeżenia przed williwaws (tam były nawet silniejsze – 150 węzłów), też były prądy, też trzeba było uważać na skupiska wodorostów, no i brzegi są podobne! Okej, tu jednak jest trochę drzew (najbardziej typowe to tzw. arbol banderra, zdeformowane wiatrami tak, że przypominają powiewającą flagę), w arktycznej części Alaski i na Aleutach drzew nie ma, ale ogólnie krajobraz jest zbliżony.

Z urozmaiceń dzisiejszej żeglugi (wyszliśmy z Puerto Toro o 7-mej, zakotwiczyliśmy ok. 18) to znowu były delfiny. Towarzyszyły nam przez większą część drogi – ścigały się, wyskakiwały przed dziobem, odstawiały swój zwyczajowy spektakl częsty przy spotkaniach z jachtami. Uwielbiam delfiny – to takie bratnie dusze żeglarzy. Mówi się, że albatrosy to dusze żeglarzy którzy zginęli na morzu, a ja mam wrażenie, że delfiny to z kolei dusze dzieci. Swoją drogą albatrosa, ptaka kojarzonego z Hornem, też już dzisiaj widziałam. Na razie tylko jednego – dostojnie szybującego, zachwycającego elegancją. Występują tu ich 4 podgatunki – największy to „albatros królewski”, którego rozpiętość skrzydeł dochodzi do 3,5 metra!

Zacumowaliśmy w Caleta Maxwell. Nie wiem kim był ów pan Maxwell,  ale na pewno jakiś zasłużony Anglik. Nazwę tę nadał brytyjski żeglarz, James Wedell, który odkrył w 1823 roku tę zatoczkę w czasie swojej podróży do Antarktyki.  W każdym razie ładne miejsce, w miarę dobrze chronione przez okoliczne wzgórza. Oprócz nas stoi tu też katamaran Hansa, który dopłynął tu dwie godziny przed nami (przed wyjściem z Puerto Torro umawialiśmy się na wspólne kotwiczenie w tym miejscu).

Póki co to właśnie co zeszłam właśnie z pokładu z sesji przepięknego zachodu słońca, który niestety nie wróży wcale dobrej pogody na jutro. Trochę wcześniej zameldowaliśmy Armadzie de Chile naszą pozycję – każą to robić codziennie o 20-tej, więc robimy, choć szczerze mówiąc wcale nie mamy pewności czy ktoś tego słucha (zazwyczaj nie ma żadnej odpowiedzi, więc mówi się jak do ściany). W ogóle z łącznością z Armadą to jakoś to dziwnie – nikt od nich nie używa angielskiego, choć wypadałoby aby ludzie do  kontaktów z obcymi jachtami międzynarodowy język przynajmniej trochę znali. Dziś na kanale 16tym słyszeliśmy jak ktoś z Armady chciał się chyba wykazać że coś tam po angielsku kuma, bo przy łączności z Hansem Hans się zapomniał i mówiąc coś tam po hiszpańsku wtrącił nagle:
- Repeat, please! (powtórz proszę)
Na co z drugiej strony rozległo się:
- Repeat please!
No to się panowie dogadali… Ogólnie obowiązuje zasada – chcesz pływać po tych wodach, to dla swojego dobra poducz się hiszpańskiego. Nie rozumiesz – twój problem. Nawet prognozy pogody podaje się wyłącznie po hiszpańsku i żadnego tam zwalniania z potokiem słów ze względu na cudzoziemskich żeglarzy.


20 stycznia, wieczorem
Puerto Toro
Szykujemy się!

W miarę dobre prognozy pogody na jutro utrzymują się – szykujemy się do zmagań z Hornem. Nie tylko my – taki sam zamiar ma Hans (okazało się, że to my mówimy o nim: Mark, a tak naprawdę to Hans :) ) z katamaranu oraz fińska „Manta”, która dopłynęła dzisiaj. Tym razem atmosfera przygotowań do „ataku” zelżała – owszem, przygotowujemy się (znowu wyciągnęłam na wierzch kalosze i bojową wersję sztormiaka), ale w stosunku do pierwszej próby, tydzień temu, teraz już z większym luzem (choć  może ten luz, to zasługa pisco której wypiliśmy w ramach toastu „aby się udało”?). O 6-ej rano jesteśmy umówieni z Hansem, że przyjdzie z załadowanymi świeżymi prognozami pogody, no i zaraz potem ruszamy! Ahoj Przygodo!

ps. W międzyczasie nasz optymizm osłabiło nieco przybicie „Patagonii” – jachtu żeglującego z chilijską rodzinką (aż miło patrzeć jak te nastolatki radzą sobie z obsługą jachtu – rodzice tylko nadzorują). Poznaliśmy ich kilka dni temu jak weszli na noc do Puerto Toro, ale rano już ich nie było. Popłynęli na Horn, no i dzisiaj wrócili. Oczywiście im pogratulowaliśmy, a oni że nie, nie ma czego, bo Hornu nie opłynęli! Czekali 3 dni w jednej z zatok i odpuścili. Kurcze, jak oni z takim jachtem (dwa razy większy od naszego i na dodatek stalowy), przy tak doświadczonej i sprawnej załodze nie dali rady, to jak będzie z nami?


20 stycznia
Puerto Toro, ale może już ostatni dzień?
Powiew optymizmu

Z prognoz wynika, że jutro znowu możemy spróbować – na dojściu do archipelagu Hornu powinno zrobić się okno pogodowe. Skoro tak, to spróbujemy je wykorzystać.

Póki co zawiesiłam pod salingiem polską flagę. Najpierw musiałam ją jednak zrobić, bo flaga którą przywiozłam ze sobą porwałaby się przy pierwszej godzinie wystawienia ją na tutejsze wiatry. Ze zrobieniem kłopotu nie było, bo tak się składa, że flaga chilijska jest biało-czerwona z dodatkiem niebieskiego kwadratu z gwiazdą. W tym układzie jeszcze w Puerto Williams zakupiłam  banderkę chilijską, po czym niebieską cześć odcięłam, no i mam dumnie powiewającą biało-czerwoną.

Z wydarzeń dnia – „uczłowieczyłam się”. Znaczy się – wzięłam prysznic. Prawdziwy! Inicjatorem tego Wielkiego Wydarzenia naszej załogi (bo wszyscy skorzystaliśmy z okazji) był Cesar, znaczy się lokalny przedstawiciel Armady de Chile, z którym się bardzo polubiliśmy, a który wczoraj przyniósł nam świeżo wypieczone bułeczki, przy okazji proponując skorzystanie z łazienki. Mogę mieć tylko nadzieję że zaproszenie Cesara wynika z tego, że chłopak zna rzeczywistość załóg małych jachtów (znaczy się – brak łazienki i oszczędzanie wody), a nie dlatego, że tak powiem – wonieliśmy.

Na kąpieli wyłącznie się nie skończyło, bo Cesar wraz ze swoją żoną jeszcze nas sympatycznie ugościli – kolejnymi świeżo upieczonymi bułeczkami z pysznym dżemem rabarbarowym (specjalność południowego Chile. Te bułeczki to Cesar sam, własnoręcznie wypieka! Jeśli tak ma większość Chilijczyków, to polecam jako materiał na mężów! :). W każdym razie pachnący i czyści, możemy płynąć na Horn!



19 stycznia
Puerto Toro
Morze i góry uczą cierpliwości, no ale ile można…

Zgodnie z naszą nową świecką tradycją, Mario rozpoczął dzień tekstem: „I kolejny dzień w  raju!”

Zaczynamy się zastanawiać, czy skoro się tak tu zasiedzieliśmy, to Puerto Toro nie przyzna nam lokalnego honorowego obywatelstwa? Albo sami poprosimy o prawo stałego pobytu. Śmiejemy się, że zaczniemy wtedy organizować tu wakacje dla tych, którzy chcą czegoś innego niż all inclusive na Dominikanie czy Malediwach. „Takiego spokoju jak tutaj nie zaznasz nigdzie indziej…”, „Tylko tu odpoczniesz od cywilizacji…”. Grunt to marketing.

Ale cywilizacja XXI wieku tak naprawdę tutaj też jest. Odkryłam w wiosce na przykład dwa samochody. Nie wiem gdzie jeżdżą, bo najdłuższy dystans w tej metropolii wynosi jakieś 100 metrów, no ale może pojazdy stanowią symbol władzy (jedno auto należy do Armady de Chile, drugie do carabinieros). No a wczoraj przyleciał helikopter! Malutki, wojskowy, ale zawsze…

Z innych spraw to powinnam się pochwalić, że byłam na katamaranie Marka. Pomogłam mu przecumować jacht, no i potem zostałam zaproszona na zwiedzanie tego pływającego salonu. Ale tam przestronnie! Łóżko Marka ma taką powierzchnię, jak nasza cała mesa! A w jego łazience zmieściłoby się naszych 10! (u nas jest tylko kibelek, umywalki brak, a u niego - nawet prysznic!). Ładny ten katamaran, jestem pełna szacunku dla Marka że go sam wybudował i teraz sam prowadzi, ale powiem szczerze, wolę takie małe, kameralne, swojskie łódeczki. Inna sprawa, że z prysznica to bym skorzystała! Na razie nie jest źle – 10 dzień bez mycia (nie licząc użytku z chusteczek).

I jeszcze w ramach chwalenia się – zrobiłam dziś dobry uczynek. Ponieważ w ciągu dnia zgłodniałam, zrobiłam sobie na szybko Travelluncha – liofilizowane jedzonko które normalnie jem w górach, ale po Antarktydzie zostało mi kilka sztuk, więc zabrałam je na rejs. Przygotowałam sobie nie byle co, tylko kurczaka w ziołach, z ryżem – pycha! No ale zobaczyłam na nabrzeżu mojego przyjaciela – bezdomnego psiaka, który jak schodzę z jachtu wszędzie mi towarzyszy, no i mimo że miałam na kurczaka ogromną ochotę, większą część porcji czworonogiemu kumplowi sprezentowałam. Ale się cieszył! Uznałam, że dla widoku tak szybko merdającego ogona, do kolacji mogę już być głodna.

Ps. Robię postępy w znajomości rumuńskiego. Jednym ze słów które szczególnie często padają na jachcie jest „dupa”. Teraz już wiem, że to po prostu… „potem, po czymś”. Mamy też jednak trochę słów o takim samym znaczeniu. Na przykład: "czajnik"!



18 stycznia, rano
Puerto Toro (nadal :(()
Test cierpliwości

Z moim ADHD nie łatwo mi wytrzymać tyle dni w jednym miejscu. Locję (mądrą książkę o lokalnej nawigacji) znam już niemal na pamięć, w szczegółach przerobiłam instrukcję do kamerki GoPro (w lądowym życiu nigdy nie miałam na to czasu), no ale chętnie już bym  wypłynęła, a przynajmniej zmieniła miejsce.

Nadzieja jednak jest, bo przy rytualnej na  naszym jachcie porannej kawie (Catalina jest mistrzynią w jej przyrządzaniu) pojawił się Mark z tabletem na który ściąga  prognozy pogody. Tym razem Mark przyszedł z dobrymi newsami – wygląda na to, że w czwartek mamy szansę na krótkie okno pogodowe pozwalające do przeskoczenia do kotwicowisko w grupie wysp koło Hornu. Jeśli pogoda by się utrzymała, po tym krótkim czasie dobrej pogody (wiatr 15 węzłów, o dziwo – z północy, co tu nie jest częste, za to dla nas bardzo korzystne), przyjdzie krótki sztorm, po którym znów powinno być okno pogodowe pozwalające na opłynięcie Hornu i szybki powrót do Wyspy Navarino, na której jest m.in. Puerto Williams.
Pozostaje trzymać kciuki aby rzeczywiście tak było.

A w ogóle to dziś imieniny mojego Taty. Henryk :). Tato! Całusy i najlepsze życzenia. M.in. takie byś na mój powrót zrobił swoje pyszne naleśniki! :)


18 stycznia, wieczorem
Puerto Toro
Jak miło pogadać po polsku!

Ale niespodzianka! Siedzimy na jachcie, gadamy,  a tu nagle z radia ustawionego jak to zwykle na morzu na kanał 16 rozlega się wywołanie  po hiszpańsku że jacht Selma Expedition zgłasza coś tam. Co konkretnie nie słyszałam, ale nazwa „Selma” od razu postawiła mnie na nogi, bo przecież to dobrze znajomy mi polski jacht, pod dowództwem przeważnie Piotrka Kuźniara pływający często w tych rejonach. Skoro tak, to jak tylko Selma skończyła oficjalne rozmowy, zaraz Piotrka wywołałam, zmieniliśmy kanał (16-tka jest kanałem ratunkowym i do krótkich rozmów), no i ucięliśmy sobie sympatyczną pogawędkę po polsku. Niestety spotkać bezpośrednio się nie uda – Selma płynie do Ushuaja, na wymianę załóg, a w Puerto Williams będzie, ale już po moim wylocie. Szkoda, ale i tak jakoś miło mi się na sercu zrobiło, że wreszcie mam w pobliżu rodaków.

Z innych newsów to dołączyły do nas dwa kolejne jachty – Polarwind z czarterową załogą niemiecko-szwajcarską i jakiś argentyński. Obydwa miały w planach Horn, ale ze względu na prognozy i ograniczony czas odpuściły – jutro wracają do Puerto Williams. Wszyscy psioczą, że ten rok na Hornie jest wyjątkowo niekorzystny. Podobno efekt „El Nińo”.

 

17 stycznia
Puerto Toro
Ponoć niedziela…

Portowa kapliczka dedykowana sw. Piotrowi jako opiekunowi ludzi morza.Straciłam już kompletnie poczucie czasu, ale podładowałam trochę swoją komórkę (właściwie tylko dla funkcji alarmu),a tam wyraźnie stoi że dziś niedziela. Skoro tak to zafundowałam sobie prysznic (czytaj: zużyłam pół paczki chusteczek nawilżających) i założyłam czyste ciuchy.

Przy śniadaniu zgadało się, że może w kwestii wpływu na poprawę pogody pomogłoby pójście do portowej, stojącej na brzegu kapliczki i prośba o wsparcie u jej patrona św. Piotra, jakby nie było człowieka morza (choć właściwie to rybakiem to był on na jeziorze). Poszłam zobaczyć kapliczkę już wczoraj – jest tam miniaturowa łódź na której stoi figura św. Piotra i wymowny obraz pokazujący świętego jak niby pomaga sterować płynącemu w sztormie marynarzowi.
Niedziela niedzielą, ale rano, przy śniadaniu Mario zapytał grzecznie czy jeśli nie mam innych planów, to może pomogłabym mu zreperować generator (elektrownię wiatrową). No i tak to spędziliśmy kilka godzin nad kablami i śrubkami ze zdjętego z góry wiatraka, co nie powiem by było jakąś moją wymarzoną pracą, ale skoro nie mogę iść na zakupy do centrum handlowego…
J  (żartuję rzecz jasna).

Wielki katamaran Marka.W międzyczasie pojawił się Mark, nasz nowy znajomy ze stojącego po sąsiedzku katamaranu, no i jakoś tak mile się gadało, że zaprosiliśmy Marka na kolację. Catalina przygotowała fasolkę po bretońsku (właściwie to chyba po rumuńsku?), Mark przyniósł wino, no i tak to spędziliśmy wieczór na opowieściach z rejsów po morzach dalekich i bliskich. Żal mi trochę Marka, widać że jest cholernie samotny. Z tego co mówi wynika, że rozstał się z żoną, która chyba nie była zainteresowana ani życiem na morzu, ani ciągłą nieobecnością męża, no i w rezultacie cały dobytek Marka stanowi teraz potężny katamaran, na którym żegluje sam, choć jak sam mówi, dla jednej osoby łódź to zdecydowanie za duża. Z drugiej strony Mark do swojego katamaranu żywi specjalne uczucie, choćby z racji tego, że go sam zbudował, za cenę jak określił – trzech przyzwoitych domów, a o owym  uczuciu świadczy nazwa łodzi „Mi Corazion” („Moje serce”). Póki co przyżeglował samotnie z Australii, chce opłynąć Horn,  a co dalej – jeszcze nie wie.

A to my i szef portu - Cesar ze swoimi coreczkami.W ramach rozmów o życiu żeglarzy zeszło też na stacjonującą w marinie w Port Williams rodzinę niejakiego Jamesa. James to Amerykanin mający za żonę Kambodżankę, mają trójkę małych dzieci plus czwarte w drodze, a mieszkają na jachcie. Nie jest to jednak szczęśliwa historia, raczej tragiczna… W każdym razie kiedy James & family płynął na swojej regatowej jednostce (ogólnie wszyscy którzy ten jacht widzieli, zgodnie stwierdzali, że nie jest to jacht do rodzinnego pływania), złamali maszt, a że nieszczęścia chodzą parami, to jeszcze zepsuła się im odsalarka. Po iluś dniach dryfowania w wizji śmierci z pragnienia (słonej wody nie da się pić), uratowała ich chilijska marynarka wojenna. Finał jest taki, że rodzina Jamesa nie ma pieniędzy na nowy maszt, czyli nie ma jak dalej żeglować, nie ma ponoć żadnych oszczędności, nie ma na stałym lądzie żadnego domu, nie ma też nikogo kto mógłby im pomóc. Od półtora roku stoją w marinie w Puerto Williams za darmo, James ma tam niby jakąś namiastkę pracy, ale tak naprawdę można im tylko współczuć. Z drugiej strony znam też historie żeglarskich rodzin dowodzących że jednak można udanie rodzinnie żeglować. Tak jak znajomi Austriacy z „Maktaka”, jachtu który znam z Przejścia Północno-Zachodniego. Super udana para z dwoma fajnymi, dobrze wychowanymi chłopakami, szczęśliwa z takiego nomadzkiego, żeglarskiego sposobu na życie. Czy ja chciałabym wieść wyłącznie morski żywot? Trudne pytanie… Jako przygoda na jakiś czas – tak, na stałe – nie. Mimo wszystko zbyt ważne są dla mnie więzi rodzinno-przyjacielskie, a mądre powiedzenie mówi, że „kto dużo podróżuje, ma wielu znajomych, a mało przyjaciół”.

 

 

16, 17 stycznia
Puerto Toro
Tragiczne historie dawnych marynarzy

Postoj przy nabrzezu w Puerto ToroNo i znowu czekamy na pogodę. W zatoce gdzie jesteśmy teoretycznie wygląda że jest okej, no ale to osłonięte miejsce, a trochę dalej wiatr 30 węzłów prosto w nos, co dla nas oznacza brak szans. Zastanawiamy się, czy nie przeskoczyć przynajmniej na kotwicowisko na następnej wyspie – Lenox. Zawsze to jeszcze bliżej Hornu, choć z drugiej strony tamtejsza zatoczka nie daje już takiego komfortu postoju (rozfalowanie, niepewność czy kotwica trzyma). Nie jesteśmy już tu sami – wczoraj dołączył do nas wielki katamaran, na którym płynie samotnie Mark – Szwajcar z Australii, też mający w planach opłynięcie Hornu. W przeciwieństwie do nas Mark ma na jachcie połączenie z internetem, tak więc obiecał, że będzie dzielił się z nami prognozami pogody.

W ramach wykorzystania dnia w towarzystwie jednego z bezdomnych psiaków wybrałam się na wycieczkę na pobliski półwysep. Co się okazało – aż roi się tam od bunkrów! Solidnych ziemnych bunkrów, z okienkami wycelowanymi w kierunku morza, z którego rozumiem miałby przybyć argentyński desant. Już widzę tych czterech tutejszych karabinieros którzy nudzą się jak mopsy na swoim posterunku, jak nagle mieliby chwycić za broń i obstawić te liczne tutejsze umocnienia.


Miejscowe bunkry.Ogólnie dzień minął nam głównie na czytaniu. Moją ulubioną lekturą stała się locja tutejszych akwenów (Nautical Guide) w której oprócz wiadomości przydatnych w żegludze, jest też sporo ciekawostek m.in. historycznych. W opisach tutejszych wysp aż roi się od dramatycznych historii żeglarzy którzy zostali tu na zawsze. Nie zawsze ginęli w sztormach czy rozbici na wrakach. Jest w okolicy np. mała wysepka Isla Ormeńo, której nazwa upamiętnia tragiczne wydarzenie z 1919 roku. Otóż w czasie wypadu zwiadowczego na ląd, z chilijskiego oddziału wojskowego zawieruszył się jeden z marynarzy. Przez całą noc szukała go ekipa 8 kolegów pod dowództwem niejakiego Ildefonso Ormeńo Bravo. Nad ranem poszukiwanego znaleźli – w kiepskim stanie, ale jakoś przeżył. Niestety dla dowódcy cała akcja była ponad siły – wycieńczony został jedyną śmiertelną ofiarą owej historii  - pochowano go na wyspie, która od tej pory uwiecznia jego nazwisko.

Albo inna historia, dotycząca wyspy Picton którą mamy naprzeciwko. W 1850 roku wraz z kilkoma kolegami wysiadł  na niej z płynącego z Europy statku niejaki Allen Gardiner, brytyjski misjonarz, który postanowił szerzyć tu chrześcijaństwo. Miejscowi Indianie, mający już niezbyt dobre doświadczenia z białymi przybyszami, no i wcale nie zainteresowani nową religią, przywiali ich bynajmniej nie przyjacielsko, a że Gardiner i towarzysze mieli ze sobą broń, ale zapomnieli zabrać do niej amunicji, bronić się nie mieli jak, przez co w trybie pilnym musieli się ewakuować uciekając szalupami  do innej zatoki. Tam znowu zaatakowali ich Indianie, tak więc znowu musieli „spływać” (w tym przypadku dosłownie), a że zrobiło się sztormowo, to wiatr i prąd zniosły ich gdzieś daleko, wyrzucając na brzeg, gdzie szanse przetrwania dała im znajdująca się tam jaskinia. Niestety, nie przetrwali – morze zabrało im beczki z zapasami jedzenia, zaś zostawione w różnych miejscach napisy na skałach i listy w butelkach (z nadzieją, że ktoś z załóg przepływających statków je dostrzeże), zostały odnalezione dopiero 9 miesięcy później, po tym, jak nieszczęśnicy zmarzli z wyziębienia i głodu. Brr… Straszna śmierć…


15 stycznia
Puerto Toro
Nieudany „atak”

Pisanie bloga w plenerze.Tym razem piszę bloga w niezwykłym, znaczy się przepięknym miejscu. Na wzgórzu, gdzie jak okiem sięgnąć żadnych oznak cywilizacji (położonej ok. 2 km dalej wioski nie widać). Jest cudownie - śpiewają mi ptaki, z oddali dobiega szum morza które leniwie zalewa w przypływie (fachowo: przy wysokiej wodzie) kamienistą plażę (o ile tak można nazwać tutejszy brzeg), a w ramach doznań „węchowych”, roznosi się wszędzie delikatny zapach ziół. Dookoła jak okiem sięgnąć jest albo zielono (trawa i drzewa), ew. –  szaro (pnie drzew), no i niebiesko (ocean  i niebo ). Jest super widoczność – horyzont przesłania jedynie wyspa Lenox na której pewnie wkrótce będziemy kotwiczyć. Przepiękny dzień, pierwszy tak ciepły ze mogę siedzieć praktycznie tylko w podkoszulku (aczkolwiek podkoszulek jest z wełny merynosów. Tak na marginesie – tu zrobię ukłon w kierunku sponsora mojej bielizny – wszystko co mam na wersję „blisko ciała”, to super spisujące się rzeczy firmy  naszej rodzimej firmy Brubeck, Made in Poland).

Widziane po drodze :)Ale to tu jest tak ładnie. Rano było zimno i wietrznie, choć mowa o warunkach na morzu. Tak jak się wczoraj umówiliśmy,  wstaliśmy w środku nocy, dokładnie o 1.30, oddaliśmy cumy i popłynęliśmy. Początek był rewelacyjny – rozgwieżdżone niebo z moim ulubionym pasem Oriona (charakterystyczny rządek trzech gwiazd), no i oczywiście Krzyż Południa. Do tego stosukowo mała fala, łagodny wiatr. W nagrodę za wczesne wstanie, około 4-ej mieliśmy przepiękny wschód słońca – spektakl kolorowych, żółto-czerwonych chmur. Tyle że potem już przestało być fajnie – wzmagający się wiatr sprawiał, że mimo pełnej mocy silnika płynęliśmy coraz wolniej i wolniej, aż w końcu kiedy prędkość spadła do zaledwie mili na godzinę, będąc 18 mil od Puerto Toro, zdecydowaliśmy że nie damy rady – trzeba było zawrócić. Do Hornu jest jakieś 60 mil, niby nie dużo, ale problemem stało się przeskoczenie tzw. Bahia Nassau – szerokiej zatoki na której wiadomo było że będzie wiało solidnie, niestety prosto w dziób, co może dla większych łodzi nie stanowiłoby takiego problemu, nas  natomiast zostawia bez szans.

No i znowu w Puerto Toro!Powrót był szybki – na rozwiniętym tylko foku, bez silnika, grzaliśmy 6-7 mil na godzinę. Na pocieszenie po drodze minęliśmy kolejną już wyspę z kormoranami i uchatkami (niektórzy mylą je z fokami), a o 11-tej zacumowani do znajomego już pomostu w Puerto Toro jedliśmy normalne śniadanie.

No cóż, niemiły jest smak porażki, ale z drugiej strony tak jak i w górach uważam, że trzeba mieć czasem odwagę się wycofać. Poza tym co innego jest pływać na dużych jednostkach, co innego na małych łupinkach (nawet Cesar, tutejszy „szef portu” powiedział, że tak małego jachtu tutaj jeszcze nie widział).
Po śniadaniu padliśmy… Ścięło nas jeśli chodzi o sen – 3 godziny spaliśmy jak zabici. Po południu jednak się zwlokłam z koi, tzn. podróżnicza ciekawość sprawiła, że poszłam powłóczyć się po okolicy. Za radą Cesara zrobiłam sobie trekking do malowniczego jeziorka, choć powiem szczerze, łażenie po bagnistym, mocno błotnistym podłożu wymaga całkiem sporo samozaparcia. Przy okazji zahaczyłam o jak tu mówią: „stary cmentarz”, choć tak naprawdę jest na nim jeden krzyż, na grobie w którym pochowany jest ponoć jakiś pierwszy osadnik, a potem zrobiłam sesję zdjęciową przy „suchym lesie” – obumarłych drzewach, co jest „zasługą” licznie tu żyjących bobrów. To prawdziwa plaga – sprowadzili te zwierzaki z Kanady Argentyńczycy, no ale że bobry granic nie respektują, no to pojawiły się też na brzegach chilijskich wprowadzając w lokalnym ekosystemie dużo niekorzystnych zmian. Ponoć lokalesi na nie polują i je jedzą.  

Tutejsze okolice - uschniete lasy to zasluga bobrow.Co do tych lokalesów to za dużo ich tu nie ma. Aktualnie 3 rodziny plus 4 carabinieros (żołnierze), w sumie ok. 15 osób. Potem, po wakacjach będzie ciut więcej, zwłaszcza jak jesienią rozpocznie się sezon na połowy krabów, ale nawet w „szczycie sezonu” wioska nie przekracza liczby 30 mieszkańców, w większości przysłanych na terminowe kontrakty (wspominany już Carlos przyjechał tu na rok, ale przynajmniej jest z rodziną). Tak jak już pisałam, Puerto Toros chlubi się tym, że jest najbardziej na południe wysuniętą osadą świata (nie licząc Antarktydy rzecz jasna), ale powiem szczerze, życie tu nie jest łatwe. Nie działają telefony komórkowe, a jedyna możliwość komunikacji ze światem to telefon i jedyny na wioskę komputer z internetem na posterunku carabinieros. Nawet sklepu nie ma – zaopatrzenie przywożą rybacy, sporadycznie okręty Armady de Chile, czasem coś tam sprezentują załogi jachtów (u nas też Catalina dała dzieciom torbę owoców i słodyczy). Dzieciaki mają tu szkołę, ale  powiedzmy sobie szczerze, co to za nauka jeśli jest tylko szóstka dzieci, w różnym wieku, i jeden nauczyciel. Podobno na Cabo de Hornos przez cały rok mieszka jedna rodzina z dzieckiem uczonym przez własnego ojca. A wracając do szkoły – do wzywania na zajęcia służy wiszący przed wejściem dzwon okrętowy J.



14 stycznia

Z Puerto Williams do Puerto Toro
Cumy rzucone!

Toast na wyplynieciu - za udany rejs!Dziś rano ślęcząc nad internetowymi mapami pogody i symulacjami co się może synoptycznie zdarzyć, wymyśliłam że może zamiast płynąć „normalną” drogą na Horn, popłyniemy kanałami na zachód i tam wyskoczymy na morze mając od rufy zachodnie  wiatry, które są tu swego rodzaju jeśli nie regułą, to największym prawdopodobieństwem. Mariusowi bardzo pomysł się spodobał, po czym pełni zapału poszliśmy do biura Armady de Chile z prośbą o tzw. autoryzację (inaczej mówiąc – zezwolenie na płynięcie tę trasą). Armada nas jednak szybko zgasiła – oficer dyżurny owszem, nawet zgodził się z naszymi uwagami, że tak bezpieczniej, zwłaszcza dla małego jachtu lepiej itp., no ale dał do zrozumienia że ma konkretne procedury, a te oznaczają że „Ruta de Hornos” jest tylko jedna. Cóż było robić – wypełniliśmy zgłoszenie wyjścia na Ruta de Hornos, zatankowaliśmy wodę, Catalina zrobiła jeszcze jakieś zakupy, i trochę przed 16-tą oddaliśmy cumy patrząc na znikające w oddali maszty jachtów z mariny. Oczywiście aby tradycji stało się zadość, zaraz po wypłynięciu wznieśliśmy toast za udany rejs. Z braku rumu było pisco – typowa chilijska wódka z winogron, przy czym pierwszą szklaneczkę wyleliśmy za burtę, dla Neptuna, no bo wiadomo, nie zaszkodzi zadbać o jego przychylność.
J

Wrak - jeden z wielu w tym rejonie.Płynęło się całkiem fajnie – przyjemny bajdewindowo-połówkowy wiaterek pozwolił na rozwinięcie foka, co jakiś czas przed dziobem pokazywały się pingwiny (jak tylko wyciągałam aparat by je sfotografować od razu nurkowały, jakby się wstydząc fotek), latały klucze kormoranów, raz nawet pojawiły się delfiny , więc ogólnie było ciekawie. Poza tym były fajne widoki – ośnieżone góry, zarówno na brzegu argentyńskim jak i chilijskim, co i rusz pojawiały się jakieś wysepki, no i spotkaliśmy się z jachtem należącym zdaje się do argentyńskiej marynarki wojennej. Co do wysepek to m.in. minęliśmy wyspę Picton przy której notabene stał pordzewiały wrak statku. Nie dziwię się – tutejsze wody są bardzo zdradzieckie, bo raz że pogoda, prądy, ale też mielizny – np. koło mijanej wyspy Snipe, ok, pół mili od lądu w otoczeniu kilkudziesięciometrowych głębin, jest miejsce gdzie jest raptem 1,5 m głębokości.

Z dzisiejszych spotkan - pingwin we wlasnej osobie!Co do wyspy Picton to jeszcze do chyba zeszłego roku były na niej miny po nie tak dawnym konflikcie argentyńsko-chilijskim. Podobno marynarka chilijska zaminowała też wtedy Przylądek Horn. Nie jest żadną tajemnicą że oba te kraje za sobą nie przepadają.

 

Po kilku godzinach płynięcia i zrobieniu ok. 27 mil, zacumowaliśmy w spokojnej zatoczce zwanej Puerto Toro. Jest tu kilka domów na krzyż plus pusty obecnie pirs, wybudowany z myślą o łodziach rybackich (akurat jest przerwa w sezonie połowów). Ku naszemu miłemu zaskoczeniu lokalny przedstawiciel Armady de Chile przyniósł wydruki prognoz pogody, które są wyjątkowo dla nas korzystne – w tej sytuacji spróbujemy  dopłynąć do Hornu już jutro. Teraz jest trochę po 22-ej - nastawiliśmy budziki na 1.30 i ruszamy! Atmosfera na jachcie przypomina tą, jaką miałam przed atakiem szczytowym na Everest – przygotowania, adrenalina, emocje… Po doświadczeniach dzisiejszego płynięcia wyciągnęłam dwie dodatkowe pary Doplyniecie do Puerto Toroskarpet (w kaloszach które mam marzną mi nogi), lepsze rękawiczki, kominiarkę którą używałam na Antarktydzie…  Do tego szelki asekuracyjne (wożę swoje sprawdzone, prywatne),  bojowy sztormiak, polską flagę…

Wracając do Puerto Toro - to ponoć najbardziej na południe wysunięta wioska świata. Wygląda jak istny koniec świata – kilkanaście domków w miejscu kompletnie oderwanym od cywilizacji. W ramach komitetu powitalnego pojawił się odbierający od nas cumy „szef portu” (wcześniej poinformowaliśmy go o zamiarze wpłynięcia przez radio), kilka zaciekawionych, mocno zapchlonych psów, a wkrótce potem przyszedł jakiś lokales z pytaniem czy nie mamy papierosów (ma pecha – nikt z nas nie pali). Poszłam na chwilę się przejść – otoczenie trochę jak na Mazurach, do tego te spokojne, osłonięte wody zatoki. Kto patrząc na zdjęcia uwierzy mi, że jesteśmy przy Hornie?

 

11 stycznia
wciąż Puerto Williams
Śnieg w środku lata

Koniczyna w śniegu.Ponoć mamy tu środek lata… Tak przynajmniej wynika z południowoamerykańskiego kalendarza i tak sugerowałyby kwitnące kwiaty. Ale klimat Ziemi Ognistej zmienny jest, tak więc dziś od rana sypie śniegiem. Niby mokry to śnieg i zaraz topniejący, tak więc do warunków jakie miałam na Antarktydzie daleko, ale kolorowa koniczyna przysypana białym puchem wygląda nieco dziwnie.

Pogoda się trochę poprawia. Dziś o świcie wyszedł z portu katamaran który stał naprzeciw nas – jak na 30 milowy przeskok do położonego po drugiej stronie kanału Beagle Ushuaia, warunki wiatrowe ma wystarczające. My jeszcze musimy poczekać – to co jest na otwartym morzu na mapkach synoptycznych wciąż wygląda nieciekawie. Póki co zdecydowaliśmy że jutro jednak Puerto Williams opuścimy, tyle że zrobimy wypad do jednego z pobliskich lodowców.

List od prezydenta Chile :).Z ciekawych rzeczy, to dostaliśmy list. Nie byle jaki – od samego prezydenta Chile! Okej, tak naprawdę to urzędowa sztampa rozdana dla załóg iluś jachtów które są w tym rejonie, no ale zawsze to list w pewnym sensie „specjalny”. W skrócie – Pan Prezydent zaprasza na uroczystości z okazji 400-rocznicy pierwszego opłynięcia Hornu, czego dokonał 29 stycznia 1616 roku kapitan Willem Cornelisz Schouten. To on właśnie skalistą wysepkę stanowiącą jak się okazało – najbardziej na południe wysuniętą częścią Ameryki Południowej, nazwał mianem swojego rodzinnego miasta, którym był położony w Holandii Hoorn, a zresztą tak samo nazywał się jeden z jego niestety utraconych żaglowców. Z czasem uproszczono zapis, tzn. wyrzucono jedno „o”, no i mamy Horn.

Co do tych uroczystości rocznicowych to zbiegają się one dokładnie z moim wylotem z Puerto Williams. Czyli ręki prezydent mi nie uściśnie :).
Okej, muszę kończyć, bo Mario mówi, że musimy coś tam pilnie zrobić z naszymi cumami. Czyli – do roboty!

10 stycznia
Puerto Williams
Poznawanie okolicy

Lokalne obrazki.Z prognoz pogody wynika, że jutro też w morze nie wyjdziemy, tak więc z racji niedzieli zrobiliśmy sobie dziś dzień wolny od prac (popracujemy jutro). Skoro tak, to wykorzystałam ten czas na powłóczenie się po okolicy.

Położone na wyspie Isla Navarino Puerto Williams to dość senne miasteczko (czy może wioska?) liczące oficjalnie 2,5 tys. mieszkańców.  Ludzi na ulicach prawie nie ma, samochodów jest kilka na krzyż, za to nie brak koni (bynajmniej nie mechanicznych, pasących się wszędzie wokoło). Jedyny kontakt komunikacyjny z resztą świata zapewnia pływający raz na tydzień prom (połączenie z Punta Arenas – ten trzydziestokilka godzinny rejs z którego i ja korzystałam) oraz raz na kilka dni - mały samolocik, też do Punta (będę nim wracać, bo udało mi się kupić na niego bilet po cenie paradoksalnie o połowę tańszej niż prom). Dawniej były jeszcze promy do argentyńskiego Ushuaia, ale z jakichś powodów ich nie ma, z czego korzystają Baza Armady de Chile.„przemytnicze jachty” po drakońskich cenach podrzucające na kontynent nie mających się jak wydostać  z tego krańca świata zdesperowanych turystów.

Właściwie wszystko w Puerto Williams kręci się wokół Armady de Chile, czyli chilijskiej Marynarki Wojennej, która ma tutaj bazę obsługiwaną właśnie przez miejscowych. Baza może duża nie jest, no ale zawsze to jakaś demonstracja siły  (Puerto Williams to ważny punkt strategiczny, a z położoną po drugiej stronie Kanału Begle Argentyną, Chile się za bardzo  nie kocha).

Z ciekawostek jest w „centrum” (kilka sklepów i nieczynnych w większości knajp) słup. A na słupie drogowskazy podające jak daleko jest do różnych miejsc na świecie. Jest tam Tokio, Nowy Jork, Rio de Janeiro i inne metropolie, a na Jak widać - górą polskie miasta! :)szczycie – Tczew (!) – 14 430 km, a tuż pod nim (!) Kraków – 13 750 km. Widać nasi tu byli!  No dobra, skoro już jest aglomeracja „Tczew”, to Warszawy już wpisywać mi nie wypada :) (przy okazji – pozdrawiam znajomych z Tczewa!).

W ramach rozruszania się, obeszłam też zatokę w której stoimy. Trochę dla widoków na ośnieżone góry, ale głównie żeby zrobić zdjęcia naszego jachtu od strony wody. Jest tam klub żeglarski w którym dzieciaki pływają na Optymistach. W gablotce klubowej są zdjęcia jak zimą pośród bloków lodowych brodzą w wodzie wyciągając łódki (żadnego pomostu nie ma).

Najwięcej czasu zajęło mi dziś muzeum. Tak naprawdę dlatego, że to chyba jedyne na całej wyspie miejsce, gdzie jako tako działa Wi-fi. Teoretycznie jest darmowy i ogólnodostępny, w praktyce – aby się zalogować trzeba wpisać dane z chilijskiego dokumentu tożsamości. W rezultacie nikt z cudzoziemców zalogować się nie może, choć ja akurat miałam farta, bo poznałam lokalesa który udostępnił mi swoje dane personalne. Ale swoją drogą muzeum warto było zobaczyć, zwłaszcza dla zdjęć Indian z plemienia Selk`nam i Yamana, którzy tu kiedyś żyli. To właśnie od ognisk które tu rozpalali, żeby się ogrzać (chodzili nadzy, albo co najwyżej okryci skórami zwierząt), ten najbardziej na południe wysunięty zakątek Ameryki Południowej nazwano Ziemią Ognistą. Indianie z Ziemi Ognistej. Niestety, już  ich nie ma...Czytałam dziś o nich w pewnej mądrej, anglojęzycznej książce. Załoga statku „Fitzroy”, który dotarł w te rejony w 1830 roku zabrała czwórkę Indian (trzech dwudziestolatków i 9-letnią dziewczynkę) do Anglii, gdzie przez rok byli poddawani „cywilizowaniu”, czytaj: europeizacji, co znaczyło że chodzili ubrani w stylu angielskim, no i przymusowo ich ochrzczono i uczono religii. Po dwóch latach zabrano ich z powrotem do ich rodzinnych stron, bo zamysł był taki, aby w ten sposób zbliżyć obie kultury (indiańską i angielską). Przywiózł ich tu w 1833 roku, w ramach swojej drugiej ekspedycji statek „Beagle”, na którym notabene płynął młody Karol Darwin. Rok później znowu dotarł tu żaglowiec ”Fitzroy”, no i  doszło do spotkania z jednym z owych „europeizowanych” Indian. Okazało się, że kontakt z „cywilizacją” za bardzo mu się nie przydał - znowu był zarośnięty, praktycznie nagi. Mówił że pozostali zabrali mu wszystko co miał i że cała czwórka wróciła do życia zgodnie z indiańską tradycją. Jak widać, nie ma sensu narzucać swoich zasad plemionom, które sobie tego nie życzą. A co do Indian, żadnych tu już nie ma – część z nich została zabita przez białych kolonizatorów, do unicestwienia pozostałych przyczyniły się przywleczone przez Białych choroby i alkohol.

Oto groźny :) stróż mariny.A tak na marginesie to jest już noc i leżę w koi, kołysana przez bujający się na fali jacht. Spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór – przy argentyńskim winku pooglądaliśmy zdjęcia Mariusa i Cataliny (Marius to zawodowy fotograf, więc zdjęcia są super). Przy okazji pogadaliśmy o żeglarskich tradycjach. Jak się okazuje, w Rumunii też jest zwyczaj niewychodzenia w trudniejsze rejsy w piątek (pięć minut przez północą w czwartek jest okej, podobnie godzina 0001 w sobotę). Natomiast nie ma takich zwyczajów jakie polscy żeglarze wiążą z Hornem. Czyli np. że Kaphornowcy, ci co opłynęli Horn, mogą gwizdać na pokładzie. Dowiedziałam się za to, że jest zwyczaj, stosowany przez żeglarzy różnych nacji, że po opłynięciu Hornu robią sobie w uchu dziurkę i noszą kolczyk. No to się pośpieszyłam – ja już kolczyki mam od wielu lat.

 

9 stycznia, ok. godz. 23
W marinie w Puerto Williams
Horn znaczy: cierpliwość

Kocham żeglowanie!Znowu jestem w swoim żywiole. Okej, jedną z dwóch moich głównych pasji są góry, ale nie ukrywam że pół oczka wyżej jest żeglarstwo. Każda marina, każdy jacht wywołuje we mnie niezwykłą tęsknotę za morzem, a jak już faktycznie zaczynam rejs, dostaję taki zastrzyk energii, że po prostu mnie nosi ze szczęścia.

Wydarzenia ostatnich dni w skrócie: prom którym płynęłyśmy z Cataliną z Punta Arenas dotarł do Puerto Williams około 1-ej w nocy, czyli po 32 godzinach. Z nabrzeża odebrał nas Francesco, przesympatyczny chłopak, który tu mieszka, a który jest jakimś dobrym znajomym Mario.  Po dotarciu do mariny powitanie z Mario nieco się przeciągnęło, bo wiadomo, trzeba było pogadać, czemu sprzyjała wyciągnięta przez gospodarza butelka pisco (chilijski alkohol robiony z winogron).

A to nasza 10,5 metrowa łódeczka którą wybieramy się na Horn.Muszę powiedzieć, że w zasadzie nie widać niepełnosprawności dłoni Mario. Rozmawiałam na ten temat już wcześniej z Cataliną, tak więc byłam przygotowana na to co mnie czeka (pokazałam jej zdjęcia Maria zaraz po wypadku, wkrótce po jego wyjściu ze szpitala). Owszem, nie ma kawałka nosa, ale można uznać że po prostu taka jego uroda, a co do brakujących palców, to tak wykorzystuje dłonie, że praktycznie nie zwraca się na to uwagi. Okej, raz dzisiaj wyszedł problem zamknięcia szekli, którą podał mi Mario – minęło kilka sekund zanim gapa, zorientowałam się, że przecież dla Maria przy braku palców, jest to problem.

Dostałam koję na rufie, ale trudno powiedzieć że jest tylko moje królestwo – koje są tylko trzy, a na morzu w zależności od halsu, jedna z tych które są w mesie będzie nie do użytku (przy przechyle będzie się z niej wypadać). Z tego powodu na morzu koje będą przechodnie, czyli na zasadzie: jedna osoba i tak jest na wachcie, a ta co schodzi zajmuje koję która jest wolna i w miarę wygodna. Póki co problemu nie ma – kołysana bujaniem się jachtu spałam jak zabita.

Tak wygląda marina w której stoimy.Poranek okazał się dobrą okazją do  integracji z sąsiadami – mam na myśli żeglarzy z innych łódek. W związku z zapowiedzią wiatrów o sile 50 węzłów (krótko mówiąc: sztorm!), nikt w morze nie wychodzi, za to zabrakło w marinie miejsc. Położona w dobrze chronionej zatoczce marina jest niewielka, ale i tak stoi w niej obecnie 41 jednostek plus kilka na kotwicy. My, jako najmniejsza ze wszystkich łódek, cumujemy na końcu, co oznacza, że aby się do nas dostać, trzeba przejść przez pokłady 6 jachtów.

W każdym razie ledwo skończyliśmy śniadanie, okazało się, że w ramach przygotowań do silnego wiatru, trzeba jachty trochę poprzestawiać i lepiej powiązać. Francuzów przecumowano do innego rzędu, do nas wpasowano Nowozelandczyka, w każdym razie zamieszania i związanej z tym pracy wszystkich załóg było na tyle dużo, że zdążyłam z częścią z nich się zakumplić. Podoba mi się taka przyjacielska atmosfera niezależnie od noszonej bandery.

Bandera z wpisami załóg jachtu Bona Terra. Niestety jacht ten zatonął na Hornie w 2008 roku.Międzynarodową atmosferę widać też w klubowo-barowej części mariny, gdzie całe wnętrze obwieszone jest różnymi proporczykami, koszulkami, flagami, a nawet... majtkami (z wpisami załóg). Polskich śladów też tu trochę jest, choć tak sobie pomyślałam, że część z  nich to także nasze żeglarskie tragedie. Na przykład tabliczka załogi jachtu „Nashachata” - wkrótce potem wysztrandowali na brzegu w tutejszym Kanale Beagle, co zakończyło się śmiercią kapitana i jeszcze jednej osoby. Albo bandera "Bona Terry" - jacht ten zatonął na Hornie w 2008 roku. No i pechowy "Polonus", który z kolei miał kłopoty w Zatoce Admiralicji na Antarktydzie i też wylądował na brzegu. Z tych którym się nic nie przydarzyło, jest proporczyk z „Panoramy”, „Selmy” i poloniijnego "Nektona". Na zakończenie rejsu dowieszę swoją flagę – malutką, ale zawsze… Teraz jeszcze za wcześnie, bo nie wiadomo co na niej wpisać. Celem jest Horn, ale kto wie, czy się uda? Jak na razie trzeba cierpliwie czekać na lepsze warunki pogodowe, a potem jak z górami, liczyć że groźny Przylądek będzie łaskawy.

Mario i Catalina (Catalina  w trakcie przeglądu jachtowej apteczki).Resztę dnia spędziłyśmy z Cataliną na zakupach (wszystko tu droższe niż w Punta) i na przegadaniu z Mario taktyki płynięcia. Widać, że Mario to dobry żeglarz – w swoim wokółziemskim rejsie jest  od 7 lat – a zbudował ten jacht 20 lat temu (konstrukcja drewniana, wzmocniona tworzywem). Żegluje spokojnie, z rozwagą, w bardzo przemyślany sposób, a w kanałach Patagonii które łatwe do żeglowania nie są (porywiste wiatry, silne prądy) jest już od 3 lat. Traktuje mnie jako co-skippera, mam nadzieję że go nie zawiodę!


8 stycznia, godz. Ok. 22
Na promie z Punta Arenas do Puerto Williams
Prawie jak na Alasce

Nasz prom po dotarciu do Puerto Williams.To już 18 godzina naszego płynięcia. Po lewej burcie właśnie mijamy Ushuaja (my mówimy „uszuaja”, natomiast obsługa promu, jakby sepleniąc: „usuaja”). Tak czy owak wkrótce (planowo za 2 godziny) dopłyniemy do Puerto Williams, gdzie czeka na mnie mój nowy, pływający, trzytygodniowy pewnie „dom”.

Piszę w liczbie mnogiej, czyli „my”, bo na promie jestem z Cataliną, partnerką Maria. Poznałyśmy się przedwczoraj w Punta Arenas, zaraz po przylocie Cataliny, a pożegnaniu z moją dotychczasową, górską ekipą. Catalina okazała się super fajną babką – po jednym dniu mam wrażenie jakbyś znały się przez wieki. Z opowieści wynika że sporo z Mario pływała, choć jak sama się śmieje, żeglarka z niej żadna, ale będzie nam gotować :). Nie ukrywam że to super układ – ja tam zdecydowanie od wacht kambuzowych wolę wachtowanie na deku czy w nawigacyjnej.

Widoki z promu. Lodowce, mnóstwo lodowców!Co do promu to kiedy go w porcie w Ushuaja zobaczyłam, wmawiałam taksówkarzowi, że na pewno się pomylił i nie do tej części portu nas zawiózł. Bo prom to malutki, wydawało się że poza miejscem na kilka samochodów już nic więcej na nim nie ma, ale jak się okazało – pozory mylą. W niepozornej części dla turystów jest 44 miejsc z fotelami rozkładającymi się do poziomu, niczym łóżka. Nie rozkłada się jedynie 45 miejsce, przy drzwiach do toalety, no i niestety okazało się, że to właśnie miejsce dla mnie. No ale nie mam co narzekać – jeszcze do 4 stycznia byłam na liście rezerwowej, nie wiedząc czy popłynę, a skoro się udało załapać, to trzeba było brać to co jest.

W sumie to całkiem pracowity dzień miałam – posegregowałam sobie zdjęcia z Antarktydy, porobiłam trochę notatek. Co jakiś czas kapitan informował, że a to wieloryby przed dziobem, a to z którejś burty, a to spektakularny lodowiec. Widoki rzeczywiście były super, bo lodowców na wejściu do Kanału Beagle było zatrzęsienie. Szczerze mówiąc trochę przypominają mi te krajobrazy południową Alaskę, okolice Seward, gdzie robi się drogie rejsy z oglądaniem lodowców i wielorybów. Z tą różnicą że tu lodowce lepsze, a rejs jednak tańszy.