Muszę powiedzieć że to była najtrudniejsza z moich dotychczasowych wypraw. Wiedziałam że to góra nie wysoka (raptem 6194 m) , ale zdradziecka, że bardzo zimna, że mnóstwo ludzi się tam odmraża, że "upierdliwa" (oprócz obciążenia plecakiem trzeba ciągnąć za sobą załadowane sanki), że wiele nie wchodzi (nawet Jerzy Kukuczka za pierwszym razem nie wszedł). W tym roku w ogóle mało ludzi McKinleya zdobyło - kiedy my startowaliśmy statystyki mówiły o zaledwie 19% wspinaczy, ostatecznie sezon zamknął się w 30%, ale to i tak nie dużo. 

McKinley urzekł mnie "urodą". To naprawdę piękna góra, jej sąsiadki zresztą też. Ale w kość też mi dał. Powodem był głównie atak szczytowy, a dokładniej jego dramaturgia na zejściu.  Najpierw z grani odpadł akurat na tym odcinku niewpięty w linę jeden z kolegów - szczerze mówiąc do póki go nie znaleźliśmy cudem ocalałego, zaczęliśmy się oswajać z myślą, że nie żyje. Potem prowadziliśmy akcję sprowadzania dwóch wspinaczy, którzy w warunkach jakie wówczas panowały (temperatury około minus 35 stopni) by zginęli. Problem w tym, że zajmując się nimi, ryzykowaliśmy własne życie. Po raz pierwszy na tej wyprawie miałam moment że nie byłam pewna, czy wrócę. Ale tylko przez moment - zaraz potem powiedziałam sobie w myślach: -Bierz się w garść i nie zamarzaj! Przecież obiecałaś rodzinie, że wrócisz, a danego słowa trzeba dotrzymywać!

Skoro to piszę, to znaczy że wszystko skończyło się dobrze. Ratowanych przez nas wspinaczy z tzw. High Campu (wysokość 5300 m) zabrał helikopter. Niestety rąk wspinacza rumuńskiego nie dało się uratować. 

Szersza relacja - na blogu, czyli tutaj

Ogólny opis wyprawy (dla dobra co niektórych z mocnym ułagodzeniem dramaturgii ataku szczytowego) - tutaj.