Kogo interesuje ŻEGLARSKA część wyprawy, czyli OPŁYWANIE PRZYLĄDKA HORN, zapraszam na bloga TUTAJ.

 

Oczywiście tak jak to jest na blogach, wcześniejsze dni są na dole, u góry wyświetlają się najnowsze informacje.

 

3 stycznia, ok. 18
W samolocie, gdzieś nad Antarktydą
Pożegnanie z Antarktydą

Ekran w samolocie pokazuje pod nami bezkresną biel (ekran, bo tak jak pisałam przy wylocie, na jeden wielki samolot są tylko 4 malutkie okienka, więc ktoś mądrze pomyślał że pasażerowie chcieliby coś tam widzieć). Iliuszyn jest ten sam co poprzednio, czyli wersja transportowo-wojskowa, no i ta sama rosyjsko-ukraińśko-białoruska załoga. Tym razem zamiast zaopatrzenia dla bazy, wieziemy do Punta Arenas śmieci, worki z odchodami i beczki z moczem (Piotrek wyliczył że jest tego moczu jakieś 3 tys. litrów).

Strasznie żal mi się było żegnać z Antarktydą. Kiedy wszyscy siedzieli w stołówce na obiedzie, wyszłam na zewnątrz i ciesząc się spokojem i ciszą, zahipnotyzowana gapiłam się na te surowe, ośnieżone góry, mające w sobie tyle przyciągającej magii.

Z drugiej strony koniec antarktycznej przygody to początek kolejnej. Czas na zamianę sprzętu górskiego na żeglarski i próbę zmierzenia się ze słynnym Przylądkiem Horn. Czyli przesiadka na jacht. Ahoj!



2 stycznia, wieczorem
Union Glacier
Marzenie? Deszcz !

Po ładnej pogodzie zostało już tylko dobre wspomnienie. Znowu sypie śnieg, a widoczność jest nieomal żadna, choć mimo wszystko nadzieja na jutrzejszego Iliuszyna jednak jest.

Dzisiejszy dzień spędziliśmy ogólnie relaksowo. Ja co prawda robiłam podejście do nart – ich wypożyczenia i machnięcia 10 km pętelki, ale jak na złość chłopak od wypożyczania sprzętu był dziś wyjątkowo nieuchwytny. Swoją drogą tutaj żeby wyjść za obóz (teren oznaczony czerwonymi chorągiewkami) trzeba to zgłosić, dostać zgodę (albo nie), pożyczyć radio, a po powrocie zgłosić powrót. Na to konto miałam czas aby pomęczyć niejakiego AJ (czyt. ejdżi – to ksywa), chłopaka który zrobił przejście do bieguna w zdaje się 47 dni (bardzo dobry czas) o przygotowania do takiej wyprawy. Obejrzałam też filmik z tej jego ekspedycji  – wszystko dobrze, tylko skąd ja wytrzasnę równowartość 70 ty. funtów? (przynajmniej takie były koszty jego projektu, określonego jako ogólnie „niskobudżetowy”).

W ramach codziennego programu „kulturalno-edukacyjnego” był też film o tym, jak wygląda rok w amerykańskiej bazie nad Morzem Rossa. Zupełnie inna to baza niż nasza polska stacyjka im. H. Arctowskiego na wyspie Króla Jerzego (mogę coś o tym powiedzieć, bo w tej polskiej byłam). Amerykańska to całe miasto, polska – nieco większy barak (fakt, z przytulną atmosferą, ale mimo wszystko skromny jeśli chodzi o warunki). Film był ciekawy, bo doskonale odzwierciedlał polarną rzeczywistość. Fajne było podsumowanie: co ludzi wracających po 15 miesiącach na Antarktyce do domu cieszy? Przytoczę kilka odpowiedzi jakie padały: spacer w ogrodzie botanicznym i wąchanie kwiatów, chodzenie na boso po trawie, świeże owoce, ale dwie osoby wymieniły: deszcz!!! No właśnie, tylu prostych rzeczy na co dzień wcale się nie docenia...


1 stycznia wieczorem
Union Glacier
Nowy rok, nowe plany. Jakie? Biegun!

Oj, ciężko się wstawało. Jednak śniadanie o 11.30 to mimo wszystko wciąż  barbarzyńska pora, jak się idzie spać o 6-tej. W sumie wcale mnie nie zdziwiło, że część naszej ekipy śniadanie odpuściła.

Nagrodą za wykazanie się postawą „skowronka” było to, że zjadłam śniadanie z ekipą poznanej w Sylwestra Kasi – przesympatycznej Polki która przyjechała na wycieczkę na biegun (tzn. już ten biegun w międzyczasie zaliczyli, a teraz tak jak my czekają na powrotnego Iliuszyna). Następstwem miłej rozmowy było załapanie się z Kasią and Company na wycieczkę do oddalonego o kilka kilometrów miejsca zwanego Elephant Hill. Rzeczywiście, zgodnie z nazwą, przypomina nieco głowę słonia (z trąbą rzecz jasna), ale pal sześć wzgórze – największe wrażenie zrobił na mnie lód! Cała okolica przypominała zamarznięte jezioro lub zatokę, choć w rzeczywistości był to wygładzony lodowiec, z lodem o takim błękicie, że aż człowieka zatykało z wrażenia! No i struktura tego lodu – różnego rodzaju pęknięcia, a w niektórych miejscach wzory wyglądające niczym oszronione wodorosty czy koralowce.

W drodze powrotnej (bo pojechaliśmy tam wyposażonym w specjalne opony samochodem) zatrzymaliśmy się jeszcze na pasie startowym/lądowiskowym dla Iliuszyna. To faktycznie żywy lód – spokojnie mógłby służyć jako tor do wyścigów łyżwiarskich. Teraz wiem dlaczego przy lądowaniu nasz Ił tak długo jechał i jechał (pas ma 6 km), a ja miałam obawy, czy się kiedyś zatrzyma.
Ostatni przystanek zrobiliśmy przy znaku „Stop”. Abstrakcyjnie to wygląda – jak okiem sięgnąć białe pustkowie, jedna droga po której właściwie nic nie jeździ, no i ni stąd ni zowąd - nakaz zatrzymania się. Zresztą  tuż obok ktoś ustawił rządek krasnoludków – jak widać Antarktyda sprzyja fantazji i szalonym pomysłom.

A propos szalonych pomysłów… W ramach postanowień noworocznych dociera się w mojej głowie pomysł z wyprawą na biegun. Ale nie chodzi o jakiś tam komercyjny „Last Degree”, czyli ostatni stopień (60 mil przed biegunem), kiedy idzie się z przewodnikiem pokonując w ciągu kilku dni zaledwie 6 mil dziennie i w razie czego ma się możliwość poproszenia o helikopter. Lakpa opowiadał o jednym z klientów, notabene szejku z Kataru który zdobywał Everest w tym samym roku co ja, że Szejk wykupił sobie opcje owego „Last Degree”, po czym przespacerował się 4 godziny i stwierdził, że to doświadczenie już zupełnie mu wystarczy (znaczy się zażądał helikoptera).


1 stycznia,
Union Glacier
Szalony Sylwester

Ale impreza była! Jeśli dodać do tego niezwykłość miejsca i scenerii – mogę uznać że był to mój najlepszy Sylwester w życiu (ale dobra, w te inne też się dobrze bawiłam).

Zaczęło się od tego, że przy kolacji, jakoś tak ok. 21-ej zapytałam Verna czy wie coś na temat pogody a on powtórzył to, co mówił rano, czyli że szanse na wylot z obozu bazowego są praktycznie żadne. Niedługo potem do namiotu wszedł ranger i wywołał Verna na zewnątrz. Zaraz potem Vern pojawił się znowu, oznajmiając, że od tego momentu mamy 30 minut na spakowanie się, bo zrobiło się okno pogodowe, dwa samoloty są już w drodze, a my jesteśmy pierwszą grupą która ma wylecieć. Nie dopiłam nawet herbaty – chwilę później wszyscy byliśmy w szale pakowania. Sama się zdziwiłam że na zwinięcie całego majdanu wystarczyło mi tylko 15 minut (zwinięcie puchowego śpiwora czy wypompowanie thermarestu/materaca wymaga trochę czasu), tak więc zanim samolocik wylądował, zdążyłam jeszcze zrobić kilka pożegnalnych fotek obozu i okolicy.

Lot był super – piękne widoki i żal, że kończy się fajna przygoda. A chwilę potem postanowienie: ja tu jeszcze wrócę – to znaczy może nie na Vinsona, ale na przejście Antarktydy, do Bieguna.

Wylądowaliśmy w Union Glacier ok. 23.40. Do wsiadania do krążącego wahadłowo samolotu szykowała się już nowa grupa rosyjska, znowu z Aleksandrem, w roli przewodnika. Nawet nie zdążyliśmy pogadać, Aleksander wyściskał mnie tylko, pożyczyliśmy sobie krótko „z Nowym Godom”, po czym oni odlecieli (powitanie roku mieli w samolocie) a my tak jak staliśmy poszliśmy na zorganizowaną przez ekipę bazy Union Glacier sylwestrową imprezę. Daleko iść tak naprawdę nie musieliśmy, bo powitanie Nowego Roku było plenerowe, przy wyrzeźbionym w lodzie napisie „Ice Bar – 2016” i śniegowo-lodowych stolikach. Fajnie, bo akurat wyszło słońce, było błękitne niebo a po iluś zamglonych dniach dookoła pojawiły się super widoki. Stroje były zróżnicowane – przeważały górskie (puchowe kurtki, wspinaczkowe buciory), bo drugi samolot przywiózł kolejnych 10 wspinaczy, a przed godziną pierwszą dołączyła vinsonowa ekipa argentyńska. Byli jednak i tacy, co się mocno wyróżniali - jak się okazało Wietnamczyk zabrał krawat i białą koszulę, zaś obsługa bazy w ogóle miała różne przebrania (najwięcej było Mikołajów, ale pojawiły się też np. dwa „tygrysy”). Tuż przed północą zaczęło się odliczanie, strzeliły szampany, a potem wiadomo – było ogólne wyściskiwanie się i multijęzyczne życzenia: „Happy New Year”, „Feliz Navidad” i oczywiście nasze „Szczęśliwego Nowego Roku” .

Nie wiem ile było tych szampanów (potem widziałam całe sanki pustych butelek), ale wystarczyło żeby wprowadzić wszystkich w iście szampańskie humory. No, może nie wszystkich, bo kiedy reszta świata się bawiła, Chińczycy w jadalni zapamiętale… grali w karty. Co do nas, to trudno w antarktycznych warunkach powiedzieć, że bawiliśmy się do białego rana, bo słońce świeciło cały czas, tak więc w namiocie w którym była dyskoteka pozasłaniano wszystkie okna, aby zrobić sztuczne ciemności.

Wytańczyłam się za wszystkie czasy. Mój wspaniały Polar – zegarek, który zlicza wszelką aktywność fizyczną (spalone w ciągu dnia kalorię, czas trwania aktywności itp.) wykazał, że tego dnia zrobiłam więcej kroków niż przy ataku szczytowym!

Skutki Sylwestra? Kaca nie zaliczyłam, choć koledzy dbali o to, bym sucho w gardle nie miała, ale mimo że śniadanie było dopiero o 11.30, niewyspana byłam strasznie.  Najciekawsze było przebudzenie. Wystawiłam głowę ze śpiwora i już otwierałam usta by powiedzieć Piotrkowi że pora wstawać, bo śniadanie, a tymczasem ze śpiwora wychyliła się głowa bynajmniej nie Piotrka, ale… Andrew. Spojrzeliśmy na siebie zaskoczeni, zaniemówiliśmy, po czym po chwili konsternacji, że nie wiedzieliśmy nawet, z kim spędzamy noc, wybuchnęliśmy śmiechem i przez następną minutę nie mogliśmy się już opanować. Jak się okazało, Andrew wyszedł z imprezy wcześniej i pewnie nieco wstawiony pomylił namioty ładując się do pierwszego wolnego, pustego, który uznał za swój. Kiedy ja przyszłam do namiotu, zobaczyłam wprawdzie zawinięte w śpiwór „zwłoki”, ale na pewniaka uznałam że to Piotrek, tak więc grzecznie napompowałam sobie materac, rozłożyłam śpiwór i zaraz potem już spałam. Kiedy Piotrek przyszedł do namiotu (wcześniej mu mówiłam że zajęłam ostatni w rzędzie), widząc w przedsionku dwie pary butów  taktownie nie wnikał do kogo należy druga, poza moją, para (w podtekście – nie sprawdzał z kim śpię) tylko grzecznie się wycofał (pewnie co pomyślał, to jego :)) i ostatecznie kimnął się w innym namiocie.

Ciekawy finał sylwestrowej nocy miał też Arek, który przyznał, że miał bardzo duże luki w pamięci. On z kolei trafił do swojego namiotu, ale nie mógł znaleźć śpiwora, tak więc usnął zwinięty w kłębek bez przykrycia. Obudził się przemarznięty do tego stopnia, że aby się „rozmrozić” był pierwszym w bazowej jadalni i przy herbacie ileś godzin czekał do tego opóźnionego, południowego śniadania. Mamy też noworocznego rannego – to Sam, który jak się okazało, dość poważnie uszkodził sobie w czasie imprezy kolano. Faktycznie, był moment, kiedy większą ekipą trochę się wygłupialiśmy i skończyło się tym, że wszyscy wylądowaliśmy na podłodze tworząc wielowarstwową „lazanię”, czyli przewracając się na siebie wzajemnie. Wystarczyło, aby coś tam Samowi w nodze chrupnęło. Dobrze że to już po górach, a nie przed.

 


31 grudnia ok. 19
Vinson Base Camp
Na koniec roku

Prognozy nadal są kiepskie – w ciągu najbliższych dni nie ma co się spodziewać lotów w dół. W ramach przygotowań do sylwestrowej nocy (wszystkie ekipy umówiły się na imprezę w namiocie rangersów), wzięłam, jak to mówimy, „showerek”, czyli „prysznic” o ile można tak nazwać wypucowanie się nawilżonymi chusteczkami (swoją drogą musiałam je wcześniej rozmrozić). Najgorzej mam z włosami – aby nie straszyć swoimi przetłuszczonymi strąkami, staram się nie zdejmować czapki, tyle że w ramach odmiany zamieniłam jej grubą, ciepłą wersję, na moją ulubioną czapeczkę z orzełkiem i napisem „Polska”.

Kolejną przyjemnością z okazji końca roku była zmiana mocno przepoconych ciuchów na ostatnią, czystą jeszcze rezerwę. A jak już się przebrałam to poszłam się znowu spocić, bo w międzyczasie chłopcy postanowili zbudować igloo, wypadało więc im pomóc. Budowa igloo zajęła w sumie większą część dnia – Sławek, Szczepan i ja wycinaliśmy  piłą śnieżne bloki , Arek je podawał,  a Sam z Andrew układali  je i dopasowywali, tworząc spiralny murek. Kiedy budowla była już prawie ukończona nagle… zawaliła się. Na szczęście tylko częściowo. Cóż było robić – zabraliśmy się za odbudowę.

W międzyczasie z góry zeszli Piotrek, Eilien oraz Lakpa – dzień wcześniej zdobyli szczyt, tak więc możemy powiedzieć, że skuteczność ekipy wyniosła 100%. Niedługo potem pojawili się, również w glorii sukcesu, Argentyńczycy. Jak widać mamy szansę na fajny Sylwester, w międzynarodowym gronie.



30 grudnia, ok. godz. 23
Z High Campu/Camp 2 (3773 m) do Base Campu (2100 m)
Kiedy będzie samolot? W przyszłym roku!

Po jakiś 6 godzinach dość szybkiego schodzenia z High Campu, znowu jesteśmy w Base Campie. Początek, strome zejście po poręczówkach, dało mi nieźle w kość, bo miałam problem z ciągle luzującym się rakiem. Stok był naprawdę stromy, a ja jeszcze (tak jak każdy z nas zresztą), schodziłam z ciężkim plecakiem, co bardzo utrudniało samodzielne manipulowanie przy tym nieszczęsnym raku.  Na szczęście pomógł mi niezawodny  Sam, który został ze mną i co chwila mi ten rak dopasowywał na nowo. Okazało się, że powodem jest mój but, któremu z jakichś powodów zaczęła się rozwarstwiać podeszwa, co kolidowało z konstrukcją mojego zaawansowanego raka-półautomata. W międzyczasie zaliczyłam jeszcze wpadnięcie w szczelinę, na szczęście płytką i tylko jedną nogą (tak po udo), nawet więc nie zdążyłam się przestraszyć.

O odciskach na nogach nie wspominam. Pod dużym palcem prawej stopy zrobił mi się wielki krwiak – efekt zsuniętego ogrzewacza, włożonego przy ataku szczytowym między skarpetki. To i tak nic przy obtarciach i odciskach, którymi licytują się niektórzy z kolegów. W końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo…

Tematem dnia były „shit bagi”, czyli po prostu torby na odchody. Każdy z nas zdążył już wypełnić swoją torebkę na tyle, że zrobił się z tego sporawy pakunek, a że zawartość zdążyła zamarznąć (w końcu nikt takich toreb w namiocie nie trzyma), to i trochę to też waży. Ale waga to pal sześć, problem był gdzie to włożyć, bo shit bag`i trzeba znieść do base campu (podobnie jak i wszelkie śmieci). W plecaku? No cóż, większość tak musiała zrobić, nie zważając że mimo torebek jednak trochę ta zawartość śmierdzi. Na szczęście mój North Face`owski plecak ma sprytną kieszeń na zewnątrz – teraz, z takim „towarem”, była jak znalazł.

Od połowy drogi, czyli od Low Campu gdzie zabieraliśmy zakopane w śniegu depozyty (duże torby i sanki do ich ciągnięcia) „gówniany problem” rozwiązał się sam, bo można było śmierdzące shit bagi wstawić na sanki. Szło się nawet fajnie, choć pogoda po drodze pokazała nam, co znaczy Antarktyda. No więc po bardzo wietrznej nocy i zimnym, baaaardzo zimnym poranku (obstawiam 35 stopni na minusie), około południa chmury się rozpierzchły i zaczęło przygrzewać słońce, aż w końcu zrobiło się tak gorąco, że przez sporą część drogi schodziłam w samej bieliźnie oddychającej  i windstoperze, oraz kalesonach i cienkich spodniach. Widoki były przepiękne, niebo bezchmurne, ale jak się okazało – do czasu. Mniej więcej na wysokości 2300 m n.p.m. weszliśmy w chmury, ochłodziło się, a mgła była taka, że jako prowadząca dziś naszą grupę, nie widziałam prawie nic. Otaczało nas istne „mleko”, w którym momentami szłam „na czuja”, a że mimo wszystko trzymamy się szlaku, potwierdzały tylko pojawiające się co jakiś czas trasery. Dodatkowo mało przyjemne było to, że wyraźnie było widać i słychać (charakterystyczne dudnienie), że to teren mocno szczeliniasty,  a powiązanie liną, jako pierwszej i tak mi niewiele dawało (przy dużej szczelinie zanim koledzy by zareagowali napięciem liny, miałabym szansę nie tylko wpaść do lodowej głębi, ale jeszcze zaliczyć wpadające mi na głowie zapakowane sanki).

Wracając do pogody – kiedy już zaczęły mnie boleć oczy  (od tego wpatrywania się w bezkresną biel), nagle wyłoniły się namioty Base Campu. Niezwykle to wyglądało – wielka pustka i niczym fatamorgana - te kolorowe namiociki. Dopóki jeszcze pracowaliśmy (tzn. rozstawialiśmy namioty), było jeszcze w miarę ciepło, ale zaraz potem mróz już solidnie dał nam się we znaki. Zaskakujące, że w stosunku do ostatniego obozu jesteśmy dużo niżej, ale tutejszy chłód jest dużo bardziej dotkliwy niż ten wysoko w górach.

Ciekawe, ile tu będziemy. Prognoza pogody jest podawana tylko na 2 dni i niestety, z tego co nam powiedziano, żaden z tych dwóch dni nie daje szansy na okno pogodowe w którym przyleciałby po nas samolot. Z tego wynika, że Sylwestra spędzamy w Base Campie. Iliuszyn który miał nas zabrać z Union Glacier do Punta Arenas był 29-tego, czyli wczoraj, kolejny ma być według grafików 3 stycznia. Chcieliśmy witać Nowy Rok na Antarktydzie, to proszę, życzenia się spełniają. Gorzej jeśli przyjdzie nam tu czekać dwa tygodnie albo jeszcze dłużej…

Ps. Piotrek i  Eilien, którzy nie weszli wczoraj z nami na szczyt, dzisiaj górę zdobyli. Cieszę się, niemniej niż pewnie oni sami. Na razie są w High Campie, ale pewnie jutro do nas dołączą.

 

29 grudnia, wieczorem, ok. 23
Z High Campu (Camp 2 – 3773 m) na szczyt Mt Vinson (4892 m), powrót do High Campu
Vinson zdobyty! Mam Koronę Ziemi!

Na szczycie Mt Vinson, mojej ostatniej góry z Korony Ziemi.Ale super dzień na atak szczytowy mieliśmy! Według otrzymanej przez radio pogody miał być „low wind”, czyli wiatr z tych słabych (tutaj czynnik wiatru jest szczególnie ważny, bo powoduje dodatkowe wyziębienie), a na szczycie temperatura „tylko” minus 32 stopni.
Góra nie jest „techniczna”, nie wymaga wiszenia na linach, ale wszystkich nas zaskoczyło, że trzeba się aż tyle nałazić. W sumie do pokonania w czasie ataku szczytowego jest 14 km, przy czym różnica poziomów wynosi 1120m. Nie mogę też powiedzieć że zupełnie „na lekko” się idzie, bo jednak do plecaka trzeba trochę różnych rzeczy wrzucić. W moim przypadku oprócz tego co konieczne (ciepłe ciuchy, gogle, jako zamiennik do Co zabrałam ze sobą na szczyt...okularów, kominiarka, krem z mocnym filtrem, butelka na sikanie, worek do załatwiania cięższych spraw, 2 litry picia w tym jeden w termosie itp.), w zestawie szczytowym znalazł się jeszcze zajmujący 1/3 plecaka pluszowy pingwin (obiecałam że go zaciągnę na górę), mały pingwinek (to z kolei maskotka Roxi, szefowej kuchni w Union Glacier, z którą się bardzo polubiłyśmy a która prosiła czy nie mogłabym zabrać jej ulubieńca na górę), pieczątka wypraw z cyklu „Korony Ziemi” (do stemplowania moich książek – ci co byli na spotkaniach autorskich wiedzą co mam na myśli), polska flaga z nazwiskami tych, którzy mi pomogli przy wyprawie (patrz: akcja „Pocztówka” na tej stronie www), żele i batony energetyczne itp. itd.

Do szczytu już całkiem niedaleko...Atak szczytowy z nami odpuściła sobie Eilen. Miała problemy z aklimatyzacją, dogadała się więc z Vernem, że dostanie na górę dodatkowy dzień. Po drodze musiał zrezygnować Piotrek. Żal mi go było strasznie, bo niektórzy z kolegów wsiedli na niego że jest za wolny, a myślę że swoim tempem, powolutku, na szczyt by doszedł. Szczerze mówiąc na jednym odcinku i ja mimo mierzonej w obozie saturacji 93% (bardzo dobry wynik wskazujący o odpowiedniej aklimatyzacji) miałam problem by za chłopakami nadążyć – to naprawdę mocna ekipa, biegająca maratony i ultramaratony (Sławek zrobił taki na 240 km), nastawiona na bicie rekordów w czasie zdobywania szczytów, podczas gdy moim priorytetem są zdjęcia i cieszenie się widokami. [uzupełnienie: i Piotrek i Eilien szczyt zdobyli - następnego dnia].

A to już na zejściu...Najfajniejsza była dość eksponowana (inaczej mówiąc – z przepaściami), skalno-śnieżna grań szczytowa. Lubię takie przejścia (szliśmy z lotną asekuracją), no i jakie widoki z niej były! Szczyt też jest spektakularny. Oczywiście były gratulacje, radosne ściskanie się, sesje zdjęciowe – w sumie spędziliśmy tam dobrze ponad godzinę. Ku satysfakcji kolegów, pobiliśmy czas wejścia Rosjan – nam całość (z obozu na szczyt i z powrotem) zajęła 9 godzin (po odjęciu tego siedzenia na górze), im 10 i pół, a ogólnie większość ekip robi tę drogę w około 12 godzin.

Na grani podszczytowej.Dla mnie zdobycie Vinsona oznacza równocześnie zamknięcie Korony Ziemi (Koronę zamknął też inny kolega z wyprawy Sławek Krok!). Cieszę się z tej Korony, jasne, ale mimo wszystko jeszcze to do mnie nie dociera. Z licznych gratulacji najbardziej wzruszył mnie Szczepan, kolega z ekipy (Szczepan wie dlaczego :) ) oraz bardzo ciepły sms od mojego Taty. Wiem od Marka, który robi wpisy na mojej stronie facebookowej, że sporo tam gratulacji od Was, którzy śledzicie moje poczynania, ale na ich przeczytanie będzie czas dopiero po powrocie do jakiejś cywilizacji z dostępem do internetu. Niemniej – dziękuję, no i… się cieszę :).


28 grudnia, wieczorem
High Camp (Obóz II)
Rest przed atakiem

High Camp, czyli obóz II.Hasłem dnia była „gówniana afera”.  Powód? Ktoś zrobił kupę do dołu na sikanie, no i przy śniadaniu był wykład , że wszystko co ma stałą konsystencję (śmieci, odchody), to trzeba do worków, które się znosi, a które odlecą docelowo do Chile, a tylko to co płynne ( w tym popłuczyny po myciu zębów) to do tych „pee hole” (dołów na sikanie). Bogu dzięki swój shit bag (worek na kupy) zdążyłam w nocy zapełnić, tak więc byłam poza kręgiem podejrzeń.

Swoją drogą z tymi workami to trochę problem. No bo gdzie je trzymać? W namiocie?  Raczej nie, bo będzie śmierdzieć. Któryś z chłopaków mówił, że trzyma za namiotem, a żeby go nie zwiało, przybił rakiem. Gorzej jak na słońcu rozmarznie i przez tą dziury od raków zawartość się wyleje.

Co robię w wolnych chwilach? Piszę bloga!Na zewnątrz zimno i chmurnie, przez co większość dnia przeleniuchowaliśmy w namiotach. Jedni spali, inni słuchali audiobooków, Arek uczył się angielskiego, a  efekty zaprezentował przy kolacji w skupieniu deklamując zwrot: Give me… (tu moment zawahania) - krakersa, (tu przerwa na poszukiwanie kolejnego słówka) - please.  Swoją drogą nasi koledzy z Zachodu uczą się polskich słówek. Na przykład Andrew, Amerykanin, ciągle powtarza zapadłe mu w pamięci: Długa droga droga (w znaczeniu że niby kosztowna wędrówka). Trochę też pogadaliśmy . Vern, nasz przewodnik to super ciekawa postać. O niektórych jego osiągnięciach już pisałam, ale tak dla uporządkowania co ma na koncie - oto kilka wydarzeń z jego życia:
- w 1988 – pierwsze wejście solowo na Vinsona
- 1995 – dotarcie do Bieguna Południowego drogą Scotta
- 2006 – dojście do Bieguna na nartach pokonując „Last Degree” (ostatni stopień)
- 2010 – udział w pierwszym na świecie samochodowym przejeździe przez Antarktydę (Moon Regan Antarctic Expedition czy jakoś tak)
- prowadzenie wejść na Mt Vinsona (nasza wyprawa oznacza jego 34 wejście na tę górę)
- 10-krotne zrobienie Korony Ziemi  - w tym spektakularne zaliczenie Korony Ziemi w rekordowym  czasie 134 dni i dwa razy Korona Ziemi w 355 dni.
Antarktyczne pustkowia.Poza tym jak już chyba wspominałam, jako pierwszy zrobił Koronę Ziemi… z gitarą (Vern świetnie gra, nawet teraz ma ze sobą gitarę), a z części szczytów Korony zleciał na paralotni (m.in. z Vinsona, Kili i z Aconcaguy z której wyrzuciło go zbyt nisko, więc do bazy w której czekali na niego koledzy, musiał w końcu podchodzić). Swoją drogą Vern ma dzisiaj 8 rocznicę ślubu. Tego ślubu (już o tym wcześniej pisałam), który odbył się na szczycie Mt Vinson! Podpuściliśmy trochę Verna na osobiste wynurzenia. Okazuje się, że jego żona była wcześniej robiącą karierę prawniczką, ale potem jak go poznała, została  przewodniczką – prowadzi trekkingi.  Na jakimś bankiecie w gronie nowojorskiej elity jakiś gościu podobno podszedł do Verna i badawczo mu się przyglądając powiedział, że chciał zobaczyć jak wygląda facet który wyciągnął ową prawniczkę z jednej z najlepszych w mieście kancelarii.

Jutro atakujemy . Szczyt mam na myśli. Dziś wyszły do góry dwa zespoły – jeden z Azjatami (Koreańczyk, Wietnamczyk i ktoś tam jeszcze), no i dziewczyny – Japonka, Saudyjka i Brazylijka z przewodniczką (czyli też dziewczyną). Azjaci wrócili po mniej więcej 12 godzinach, dziewczyny trochę po nich, ale najważniejsze że z sukcesem. W naszej ekipie z jutrzejszego ataku wycofała się Eilien – domówiła się że spróbuje dzień później, bo na razie nie czuje się jeszcze odpowiednio zaaklimatyzowana.

Ja na razie czuję się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Ale w sumie to ja akurat dobrze się aklimatyzuję, bez żadnego wspomagania się lekami. O dziwo, w przeciwieństwie do innych gór, gdzie męczy mnie duszący kaszel, na Antarktydzie nic takiego mnie nie dopadło. Kataru zresztą też nie mam, zero dolegliwości. Jedyne co stanowi pewien dyskomfort, to sikanie. Te w namiocie, do butelki, to akurat no problem, opanowałam to do perfekcji niezależnie od ilości i płci Tak oznacza się miejsca, gdzie można opróżnić pee bottle, czyli butelkę na sikanie. I nigdzie indziej!współspaczy. Gorzej z sikaniem po drodze – to też trzeba robić do butelki, ale tu się sprawa komplikuje, bo po pierwsze, bo przecież mam na sobie uprząż, której zdjęcie i założenie z powrotem (inaczej nie trafię do butelki) jest dość czasochłonne. Druga sprawa to mimo wszystko obecność kolegów jest w tym przypadku dość krępująca. Idziemy po lodowcu powiązani w trzech zespołach, które odpoczynki robią razem, ale ze względu na szczeliny, nie ma możliwości rozwiązania się z liny i pójścia gdzieś na bok. Finał jest taki, że aby mniej sikać, mniej w ciągu dnia piję, a jak się mniej pije, to człowiek się gorzej aklimatyzuje. Aby wyrobić aklimatyzacyjną normę 4-5 litrów na dobę, piję głównie wieczorami/nocami , robiąc sobie przez sikpauzy po 5 przerywników w spaniu i zapełniając przy tym 2 litrowe butelki.
A co do sikania, to ogólnie obowiązującym na Antarktydzie hasłem jest: najważniejsze to nie pomylić pee bottle z drink bottle (butelki na mocz z butelką z piciem). Ja na szczęście mam je w różnych kolorach :).


27 grudnia
Z Low Campu do High Campu
Poręczówki wcale nie straszne

6-godzinna wędrówka z sankami z Base Campu do Low Campu.Minęły 3 dni, a ja, leń totalny, nie robiłam żadnych notatek...
W międzyczasie doszliśmy z Base campu do – najpierw Obozu I (tzw. Low Camp), a po dniu restu (sprzyjającego aklimatyzacji odpoczynku), pokonując strome podejście z poręczówkami, dotarliśmy do Obozu II, czyli High Campu. Szczerze mówiąc myślałam że od razu, tzn. po jednej nocce w High Campie ruszymy na szczyt, ale nie wszyscy zaadoptowali się do wysokości (niektórzy zgłaszali bolące głowy i problemy ze spaniem), tak więc Vern zarządził kolejny całodniowy rest.

Dotarcie tutaj wcale nie było tak trudne, jak myślałam że będzie. No ale może to doświadczenia po wspinaniu się na himalajski Ama Dablam w październiku, sprawiły, że po tamtej górze teraz wszystko jest proste :).  W każdym razie dzień z poręczówkami zajął nam 7 godzin, przy czym co godzinę robiliśmy 15 minut przerwy. Po drodze kilkakrotnie mijaliśmy się z ekipą argentyńską, tyle że oni wynosili do góry tylko depozyt (część rzeczy, które zostawili na kończu poręczówek), a potem wracali do obozu 1, podczas gdy my drałowaliśmy od razu z całością ekwipunku.

Na poręczówkach.W Obozie II przywitali nas Rosjanie, przy czym Aleksander nie tylko mnie wylewnie wyściskał, ale jeszcze poczęstował kubkiem gorącej czekolady i obdarował zniesionym ze szczytu kamyczkiem (tak na marginesie to przynajmniej oficjalnie nic lokalnego nie można z Antarktydy wywieźć, nawet kamyczków).  Rosjanie, mimo że właśnie co zeszli ze szczytu, zamierzają jednym ciągiem dojść teraz do Base Campu. Kawał drogi mają, ale z drugiej strony w przeciwieństwie do nas, idą na lekko, bo wynajęli sobie ekipę do noszenia betów i rozstawiania namiotów. Goni ich czas, bo chcą wylecieć Iljuszynem, który według rozkładu ma być jutro.              

Bardzo polubiłam Rosjan – mogę mieć pretensje do ich władz o to co wydarzyło się na Czukotce (dwukrotne aresztowanie, postawienie przed sądem i zakaz wjazdu do Rosji przez 5 lat, przy czym wciąż nie wiem za co), ale kontakty ze zwykłymi ludźmi z tamtego kraju są naprawdę przesympatyczne. A już Rosjanie spotykani w górach to jedna z moich ulubionych nacji.

Zegarek udowadnia, że jest środek nocy :)Co do rozstawiania namiotów to nie tylko Rosjanie byli zwolnieni z obowiązku ich rozstawiania. Inne ekipy albo korzystają ze stałych obozowisk rozstawionych na czas wspinaczkowego sezonu przez firmę ALE, albo rozstawiają im te namioty przewodnicy. Nie, nie zazdrościmy im, po prostu się dziwimy, bo dla nas (może to tylko „polskie” podejście?) wyprawa górska oznacza jednak wspólne działania i pracę. A rozstawianie namiotów w tutejszych warunkach trochę pracy oznacza. Najpierw trzeba przygotować sobie śnieżną platformę, ubić ją (bo zwykle to głęboki śnieg), rozstawić namiot stosownie do kierunku wiatru, mocując m.in. szablami śnieżnymi, a potem jeszcze ten namiot okopać śniegiem tak, by w czasie silnego wiatru nie pofrunął. Jeśli do tego mocno wieje i jest bardzo zimno, przyjemnie nie jest.

Dobra, jest prawie pierwsza w nocy. Czas kłaść się spać. Coś nie równą platformę dziś zrobiliśmy. Rano znowu Piotrek będzie się tłumaczył, że „leciał na mnie”.

 

24 grudnia, wieczorem, ok. 22.30
W Vinson Base Camp (nareszcie!!!)
Chwała na wysokościach! – w przenośni i dosłownie czyli górska Wigilia

Wreszczie mamy długo wyczekiwany lot!Dostaliśmy prezent świąteczny o jakim każdy z nas marzył – lot do bazy pod Vinsonem. To nic, że marzniemy (termometr Sławka wskazał -25), że niektórych już zaczęła boleć głowa (wysokość), że nie można naładować elektroniki (brak prądu) – najważniejsze że wreszcie jesteśmy w górach. I to jakich górach – biała przestrzeń Antarktydy jest naprawdę magiczna.

Tutaj góry mamy już na wyciągnięcie ręki, no i Vinsona też widać, choć ten akurat szczyt jest z tej perspektywy jeszcze dość odległy i wbrew temu co wcześniej o nim myśleliśmy, budzi może nie grozę, ale na pewno spory respekt.

Rano było w bazie Union Glacier sporo zamieszania, bo było wiadomo że z Punta Arenas wystartował wreszcie długo oczekiwany Iliuszyn.  Efekt był taki, że wszyscy się pakowali – jedni na powrót do Punta (i de facto do domu), inni pod Baza pod Vinsonem.Vinsona (trzeba było zwinąć namioty), a w miarę jak zaczęły kursować do Vinsona małe Twin Ottery, do zamieszania dołączyli jeszcze ci, którzy z Vinsona wracali. Łatwo było ich rozpoznać – spalone twarze (opalenizna „na pandę” czyli ciemna twarz i biały ślad po goglach), brudne włosy, przepocone ubrania. Nie to co my – co niektórzy z nas (ja też) zdążyli się jeszcze rano wykąpać! Jedna z ekip spędziła w bazie pod Vinsonem czekając na możliwość wylotu bite 9 dni – szczerze im współczuję, bo taki „kibel” na powrocie to szczególnie wkurzająca atrakcja, zwłaszcza że nie wszyscy z nich szczyt zdobyli  i(główny powód: zimno!).

Po bardzo sympatycznym pożegnaniu przez chłopaków z bazy argentyńskiej (odlatują do domu), punkt druga zapakowaliśmy się do samolociku i polecieliśmy. Właściwie to część ekipy poleciała wcześniej – nasza czwórka (Lakpa, Paweł, Elien i ja plus ekipa Thomasa i Ulissesa) po trochę ponad półgodzinnym locie (110 km) dotarła już szczerze mówiąc na gotowe – nasi koledzy zdążyli już rozstawić namioty i wykopać zostawiony przez Verna rok wcześniej depozyt prowiantowo-sprzętowy. Na szczęście do rozstawienia została jeszcze mesa, tak więc mogłam się poudzielać w tej części prac.

Nasz wigilijny stół. :)Wigiline telefony do domów (via satelitarne Iridium) wykonaliśmy już wcześniej. Trochę kiepsko, bo okazuje się że nie docierają do nas wysyłane z Polski smsy – tego typu kontakty bardzo pomagają psychicznie gdy jest się taki kawał od domu.

Za to Wigilię mieliśmy super.  Na pierwszą gwiazdkę za oknem rzecz jasna byśmy się nie doczekali (ani tu gwiazdy, ani okien), ale zaczęliśmy tradycyjnie od opłatka (przed wyjazdem umówiliśmy się, kto co zabiera), co bardzo spodobało się naszym zagranicznym kolegom (na Zachodzie nie ma takiej tradycji). Jak już sobie „pożyczyliśmy” to zaczęliśmy wigilijną kolację. To nic że barszczyk i zupa grzybowa były z torebki („gorące kubki”) i że puszka którą kupiłam w Punta Arenas okazała się nie śledziami a szprotkami – okazało się że szprotki z jabłkami i cebulą (bez śmietany, bo tego nie zdobyłam) też są całkiem dobre. A zresztą były też inne ryby w różnych postaciach przywiezione z kolei przez kolegów, a do barszczyku - uszka (przywożąc je Piotrek mocno ryzykował, bo w Chile jest zakaz W czasie wigilijnej wieczerzy... Zanim przejdziemy do hamburgera, po szproteczce :)przywozu większości rodzajów żywności). Pewną konsternację wzbudziło coś co przywiózł Sławek, a co wzięliśmy za białą rybę, choć jak się okazało jest to cienko poplastrowana słonina. Największym zaskoczeniem było jednak danie popisowe Lakpy, który w bazie jest też kucharzem i w ramach kolacji wigilijnej zaserwował nam... hamburgery, w stylu tych jakie można kupić w McDonaldsie. Zajadając hamburgery na zmianę ze szprotkami śpiewaliśmy kolędy (Łukasz zadbał o ich wersję w wykonaniu Golców), a Paweł nagrał przesłanie do swojej mamusi, że mimo że jest na końcu świata i barszczyk może nie jest taki jak domowy, to niech się mamusia nie martwi, bo jest mu naprawdę dobrze. Na koniec, już przy pierniku (Paweł kupił to gdzieś w Punta Arenas) oraz winie, Vren dał nam prezenty gwiazdkowe – mapkę pokazującą co nas czeka na górze (droga wspinania) oraz po trzy pakiety do Mikołaje w wersji wspinaczkowej.załatwiania się (bo mamy sprawy fizjologiczne załatwiać do torebek, nosić to ze sobą, a na koniec zabrać do Union Glacier, skąd już obsługa zabiera wszelkie nieczystości, także te toaletowe do Punta Arenas).

Jedno jest pewne – ta akurat Wigilia na pewno nie pomyli nam się z żadną inną. Ze względu na atmosferę, towarzystwo, no i otoczenie. Aaa, choinka też była! Nawet dwie – jedna taka na 15 cm, wyrzeźbiona z drewna, przywieziona z Polski przez Pawła, druga – wycięta z papieru. Poza tym Szczepan zdobył gdzieś w Punta Arenas wspinające się Mikołaje – wiszą na głównym maszcie mesy. Gościem specjalnym wieczoru był pingwin – ten którego dostaliśmy wczoraj z obozu. Nawet wino z nami pił (nie za dużo, bo chyba nie letni). Vern zaproponował, aby nazwać go Vini (zdrobniale od Vinsona), Ładnie brzmi – zgadzam się.


23 grudnia po kolacji
Wciąż Union Glacier
Jest nadzieja (na lot)

Sędzia dzisiejszych zawodów :)Zrobiło się okno pogodowe i zaczęły się loty! Pierwsza ekipa już poleciała, a następnym samolotem mamy lecieć już my. Z drugiej strony szkoda nam trochę opuszczać Union Glacier. Zwłaszcza po dzisiejszym popołudniu które przerodziło się w mega imprezę. Zaczęło się od pomysłu rozegrania mistrzostw w siatkówkę. Mecze były zacięte, ale niestety nasz team w składzie: Sławek, Szczepan, Andrew, Łukasz, Lakpa i ja przegraliśmy w finale z Argentyńczykami. Najważniejsze jednak, że było wesoło. Sędzią był biskup, czy jak mówili inni – papież, bo taki strój nosił, zawzięcie gwizdający i wprowadzający mnóstwo zamieszania. A że zaraz po meczu było grzane wino (co ciekawe, w tutejszej wersji podawane z wrzuconymi do niego orzeszkami laskowymi), na dodatek pite bez ograniczeń, no to można sobie wyobrazić ciąg dalszy. Były tańce (jest nas tu w gronie wspinaczy chyba 8 dziewczyn), mnóstwo zbiorowych zdjęć i ogólna głupawka, zakończona ogólnym brataniem się.

Mam nowego towarzysza. Dostałam go pod warunkiem wniesienia na szczyt! A w ogóle nasz team wzbogacił się o nowego member`a (sorry za obce słowa, ale lepiej  to brzmi niż: „członek”).  Został nim pingwin –pluszak którego nam podarowano. Jedyny problem, że obiecałam że zabierzemy go na szczyt Mt Vinson, co w praktyce oznacza, że muszę go nosić w swoim plecaku, a pingwin mały nie jest. No ale dobra, skoro ma potem lecieć ze mną do Polski, to dla takiego towarzysza warto się pomęczyć.


23 grudnia, godz. 23
Przyszedł pilot i ogłosił, że „next wheather update tomorrow after breakfast”. Krótko mówiąc nie lecimy. Podobno lądowanie przy vinsonowej bazie jest zbyt ryzykowne. Po opowieściach Verna jak to już raz przeżył rozbicie się samolotu  na Antarktydzie, wolę nie prowokować takich przygód. Jedno jest pewne – jeszcze pal sześć my, ale w bazie w górach zostało  9 osób, które czekają na samolot ileś dni i jakoś trzeba je stamtąd ściągnąć. Czyli trzeba się rozpakować – bo w międzyczasie musieliśmy się zapakować. Dobrze że nadgorliwie nie zwinęliśmy namiotów.


23 grudnia, po obiedzie
W Union Glacier
Psom na Antarktydę wstęp wzbroniony

Pierwszą czynnością poranka jest otrzepanie z namiotu śniegu.A my wciąż w Union Glacier… Zaczynamy się trochę wkurzać.  No bo już któryś dzień, a my ciągle praktycznie w punkcie startu. Właśnie gadałam z Samem, że na naszych profilach internetowych niefrasobliwie napisaliśmy, że na Święta powinniśmy atakować szczyt, a tymczasem można powiedzieć że nawet nie widzieliśmy gór (baza pod Vinsonem jest 110 km od Union Glacier). Pogoda nadal do niczego – gruba warstwa chmur, a namioty zasypane świeżym śniegiem, co jednak ma ten plus, że jest ciepło.

Część z nas śpi do południa, druga część – ranne ptaszki przychodzące na śniadanie na 9-tą, wykorzystuje czas jak się da… Co do spania to muszę powiedzieć, że śpię tu jak zabita. Fakt, kładę się około drugiej (w nocy), około piątej przewracam się na drugi bok, a potem o 8.30 Piotrek mnie budzi, no bo śniadanie…

Jak na Biegunie - jest i kula wyznaczające Biegun, i duch słynnego Amundsena...W sumie to paradoksalnie brakuje mi tu czasu. Dziś np. miałam iść na narty, ale gdzie tam – całe przedpołudnie przegadałam, tym bardziej że poznałam gościa który ileś razy prowadził długie antarktyczne ekspedycje i dał mi mnóstwo użytecznych rad, jak  zorganizować  zakorzeniającą się w mojej głowie wyprawę na Biegun (perspektywa 60 dni marszu na nartach ciągnąc załadowane sanki). No i jeszcze zaliczyłam prelekcję Japończyka, który w ramach kilkuosobowej międzynarodowej ekspedycji zrobił trawers Antarktydy przy użyciu psich zaprzęgów. Trwało to ponad pół roku, ale cel osiągnęli. Teraz to już by to nie było możliwe, bo jakiś czas temu wprowadzono zakaz sprowadzania na Biały Kontynent psów (jak też wszelkich zwierzaków domowych) ze względu na choroby które zwierzaki mogą ze sobą tu przywlec.


22 grudnia przed kolacją
wciąż w Union Glacier
Pomysł z Biegunem i Wielki Mecz

Naprawdę zacięty mecz. Niestety, przegraliśmy  :(.Fajna ta Antarktyda! Właśnie zakończyliśmy Wielki Mecz w siatkę – Europa kontra Ameryki. Po stronie Ameryk grał Andrew – Amerykanin z naszej ekipy plus chłopcy ze stacji argentyńskiej czekający na samolot do domu , a Europę stanowiliśmy my, tzn. część naszego teamu plus Aleksiej z ekipy rosyjskiej (trzeba przyznać, że świetnie gra!). Gwoli ścisłości na krótki czas na boisko wszedł też Lakpa (w końcu Amerykaninem nie jest). Mecz był zacięty, ale niestety, mimo ambitnego poświęcania się w rzutach do piłek (ja nawet wybiłam sobie palca), minimalnie przegraliśmy.  Tak się przy tym rozgrzaliśmy, że od pewnego momentu graliśmy już w samych koszulkach. Swoją drogą niektórzy koledzy patrząc na mnie, sugerowali ich wymianę :). Uznałam jednak, że kompletnie mi się to nie opłaca – założyłam dzisiaj nówkę sztukę, bo po porannych nartach byłam tak zgrzana (biliśmy rekordy w czasach okrążania obozu), że nie było innej opcji jak wziąć prysznic, no i zmienić ciuchy.

Nasza dzielna drużyna (Europa) i nasi przeciwnicy (Ameryki).A właśnie – prysznic! Ciekawy patent… Najpierw nalewa się z kranu do wiadra gorącej wody, ale że jest tylko gorąca, to żeby wyregulować temperaturę wsypuje się do niej przyniesiony w miednicy śnieg. Potem wkłada się w to wiadro specjalną rurę i dzięki zasysaniu robi się nieco warczący od pompy prysznic. Żeby nie było za bardzo luksusowo, jest jednak prośba, żeby pamiętać że woda na Antarktydzie jest luksusem i  w związku z tym nie „prysznicujemy się” codziennie, tylko nie częściej niż 2-3 dni.

Ogólnie jest wesoło, nawet bardzo, ale tak naprawdę wszyscy chcieliby już być w górach. Trochę zaczyna nas denerwować że nie możemy się stąd wydostać. Z prognoz pogody wynika, że takie zachmurzenie i silny w górach wiatr mają się utrzymać jeszcze 5 dni – trochę słabo. Ale i tak mamy lepiej siedząc tutaj, niż ekipa która nie może w bazie pod Vinsonem wydostać się z powrotem, a obiecała rodzinie wrócić do domu na Święta. My tymczasem zastanawiamy się, czy przy takim tempie zdobywania góry zdążymy z powrotem na Wielkanoc?

Właściwie jeszcze na dobre nie rozpoczęła się ta wyprawa, a ja już myślę o kolejnej. Konkretnie – o Biegunie. Wczoraj poleciała na Biegun amerykańska rodzinka – zapłacili 30 tys. dolarów od osoby, czyli w sumie 120 tysiaków (to bez dolotu tutaj – dolot z Argentyny tutaj to kolejne 35 tys. Dolców), pobyli na biegunie 1,5 godziny i wrócili. Oczywiście nie o takim „zdobywaniu” Bieguna myślę – chodzi mi o prawdziwą ekspedycję, wielotygodniowe przejście na nartach, bez żadnego przewodnika. Złapałam tu kilka fajnych kontaktów do ludzi, którzy podobne doświadczenia mają już za sobą – może za kilka lat się uda?   

21 grudnia, w południe
baza Union Glacier (Antarktyda)
Najdłuższy dzień w roku

Niestety, dzisiaj samoloty do base campu również nie wystartowały. Powiało optymizmem, bo na bazowej tablicy ogłoszeń pojawiło się hasło: Flight VBC – standby! Czyli ekipy lecące na Vinsona (do base camp`u) mają być przygotowane na lot w każdej chwili. Do dyspozycji są dwa malutkie samoloty (Twin Ottery na płozach), których piloci powiedzieli, że jak będą ze dwie godziny  okna pogodowego (lot w jedną stronę trwa godzinę), to polecą. Niestety przed nami w kolejce są Rosjanie, co oznacza że my łapiemy się dopiero na lot 3 i 4, niemniej profilaktycznie już się spakowaliśmy i czekamy.

Hasłem dnia jest „Przesilenie letnie” (bo tu jest teraz lato). Inaczej – mamy dziś najdłuższy dzień w roku. Żartujemy że skoro najdłuższy, to pewnie trwa 25 godzin, ktoś inny dodał, że będzie siedział aż do świtu (którego tu przecież nie ma). Podano że o godzinie równo 14.31 słońce będzie w Polarna koszykówka czyli co robimy w ramach czekania na lot.najwyższym punkcie w skali roku. Dziś przynajmniej słońce widzimy, bo wczoraj było cały czas za chmurami, co nie zmieniało faktu, że odblask od śniegu był taki, że nawet w nocy trzeba było chodzić w przyciemniających okularach.

Czekanie na samolot skracamy sobie zajęciami w podgrupach. Na boisku do siatkówki Rosjanie rozgrywają mecz z Argentyńczykami (miałam problem komu kibicować, bo polubiłam jednych i drugich), pracownicy bazy zrobili sobie wyścigi rowerowo-narciarskie (na biegówkach), w wyłożonym matami „domku” z kontenera trwają zajęcia jogi, zaś obok ktoś tam pobrzękuje na gitarze. Równocześnie obsługa namiotu kuchennego ubiera choinkę i obwiesza wnętrze bombkami plus wielkim napisem Merry Christmas, a my (polska ekipa) po prostu sobie gadamy. Ja w międzyczasie zrobiłam sobie prasówkę – mamy tutaj taką lokalną gazetkę z krótkimi artykułami „ze świata”. We wczorajszym „wydaniu” było o Polsce, że trwają protesty, że społeczeństwo niezadowolone z łamania demokracji itp.


Godzinę później…

Jedna z bazowych gier. Grają Rosjanie (Aleks z Aleksandrem) i Mona, wspinaczka z Arabii Saudyjskiej.O tej 14.31 nic specjalnego ze słońcem się nie stało – świeciło zupełnie normalnie. Za to czekając na to słońce w zenicie, fajną dziewczynę poznałam. Ma na imię Mona, pochodzi z Arabii Saudyjskiej i tak jak chyba tu wszyscy, robi Koronę Ziemi. Szczerze mówiąc myślałam że to Amerykanka - świetnie mówi po angielsku, wyluzowana, ubrana w T-shirt i czapeczkę-baseballówkę.  Rozmawiałyśmy o Saudyjce, która w trakcie mojej wspinaczki na Everest też tam była, zostając pierwszą Saudyjką na Evereście – okazuje się że to koleżanka Mony. Coś się zgadało o życiu prywatnym – Mona, jakby nie patrzeć, bardzo ładna dziewczyna, powiedziała że nie ma męża, bo „ jej miłość, to góry”. No, no, ostro… :). Wszyscy pytają ją o to, jak to jest przeskoczyć z tak gorącego kraju w chłód Antarktydy – Mona śmieje się, że różnica jest niewielka, bo okej, tam jest pustynia, ale tutaj też. Ale przyznała się też, że marznie strasznie, zwłaszcza w palce, a kiedy powiedziałam jej że to i moja przypadłość, wyraźnie ją to pocieszyło.

Nasz obóz o północy.Co do wspinaczy z Arabii Saudyjskiej to Aleksander, szef  rosyjskiego Seven Summits Club opowiadał, że kilka lat temu miał u siebie pierwszego everestowca z tego kraju. Ponoć facet postanowił postawić wsławić się najwyższym na tej górze  masztem flagowym. Mógł sobie na to pozwolić, bo to nie on te maszty wnosił tylko Szerpowie, co łatw nie było, bo już pal sześć ciężar, ale jeszcze trzeba dodać opory wiatru. W rezultacie na Evereście stanął  maszt o wysokości 5 m, a właściwie dwa maszty, bo napinały flagę z dwóch stron.

Z innych rzeczy – dorwaliśmy książkę pokazującą życie w antarktycznych bazach. Na jednym ze zdjęć jest facet sam sobie wycinający wyrostek. Ponoć kiedyś wszyscy chętni do pracy w takich bazach mieli wymóg wcześniejszego wyrwania sobie zębów-ósemek oraz wycięcia wyrostka, bo gdyby coś, na szpital nie można by było liczyć (najbliższy do którego da się dolecieć samolotem z Union Glacier to dopiero w Ushuaia, 4,5 godziny lotu stąd). Pytałam ludzi w bazie – mówią że teraz wymóg ten został zniesiony, ale dawniej, faktycznie obowiązywał.


Jeszcze później…

Nadal czekamy na lot, ale wszyscy są gotowi – spakowani, mentalnie już w Base Campie. W międzyczasie Paweł zrobił mi masaż pleców – zaskoczył mnie, bo naprawdę bardzo profesjonalnie mu to wychodzi. 20 minut i człowiek niczym nowo narodzony. Powinniśmy przydzielić Pawłowi w ekipie funkcję specjalną - fizjoterapeuty.


Wieczorem…

Narciarska wycieczka, czyli Vern, Piotrek i Sam plus ja akurat robiąca zdjęcie.Kolacja, a my nadal czekamy. Podobno mamy lecieć w nocy. Żeby dobrze wykorzystać czas, poszliśmy sobie w czwórkę (ja, Sam, Paweł i Vern) na biegówki. Szczerze mówiąc to kocham narty, ale do tej pory miałam do czynienia tylko ze zjazdowymi, ew. ze ski tourami, a tu proszę, coś nowego. Chyba jednak nie było tragicznie skoro zrobiliśmy wokoło obozu cztery wielkie koła, przy czym jakoś za moimi kolegami nadążyłam i ani razu nie leżałam. Mało tego – nawet mi się spodobało. Przypomniała mi się natomiast opowieść Lakpy  o znajomym mi z Everestu szejku z Kataru, który postanowił zaliczyć Biegun, ambitnie wybierając opcję „Ski last degree” czyli dojście do Bieguna na nartach z ostatniego stopnia (czyli start z 89 stopnia z którego do 90 stopnia oznaczającego Biegun jest 60 km). Cała ekspedycja skończyła się raptem po 4 godzinach, kiedy to szejk stwierdził, że wystarczy i zażyczył sobie helikopter.


Po kolacji…

No niestety, dziś nie polecimy. Oglądaliśmy mapki zachmurzenia – nad Vinsonem chmury tak gęste, że nie ma mowy o wylądowaniu. Na pocieszenie zrobiłam sobie sesję zdjęciową z pingwinem. Pluszowym. Prawdziwych tu nie ma, bo jesteśmy dość daleka od wybrzeża, tak więc nie miałyby się Vern tuż przed opowiedzeniem historii o pingwinie. Ze swoją ukochaną gitarą :)czym wyżywić. A propos pingwinów Vern opowiedział mi ciekawą historię o pewnym pilocie, nie byle jakim, bo zdaje się pierwszym który przeleciał w poprzek Antarktydy malutką Cesną (nazywał się Giles Kershaw), a który przed śmiercią wyjawił, że będąc gdzieś tam na wybrzeżu załadował do samolotu pingwina. Pingwin niestety po drodze padł, tak więc podczas jakiegoś międzylądowania po prostu pozostawił jego zwłoki gdzieś na antarktycznym pustkowiu. Minęło ileś lat, a tu nagle w National Geografic pojawia się artykuł o epokowym odkryciu jakim było znalezienie pingwina hen, daleko od wybrzeża, co sprowokowało dociekania, jak ten pingwin tam dotarł? Pilot nie zdradził się, zostawiając naukowcom tajemniczą zagadkę nierozwiązaną, a Vern chyba też tego specjalnie nie upubliczniał. A co do Verna to jak się okazuje, nie tylko ma na koncie najszybsze w świecie zrobienie Korony Ziemi (134 dni!), ale w ramach "dziwnych rekordów", jako pierwszy w świecie wszedł na wszystkie szczyty Korony Ziemi... z gitarą (bo Vern uwielbia grać, a Koronę Ziemi zrobił już kilka razy).


Wieczorem, godz. 23 (za oknem widno jak w południe)

Ale była kolacja – łosoś, kilka surówek, fantastyczne lody (lody na Antarktydzie! W krainie lodów! – fajnie brzmi :) )…  A po kolacji był dla chętnych (oczywiście byłam chętna) film o Erneście Shackeltonie – to obok Amundsena i Nansena jeden z moich idoli.

Nasza ekipa plus koleżanka z Brazylii robią planszowe biznesy.Teraz wszystkie teamy wspinaczkowe  siedzą w mesie integrując się przy grach planszowych albo gadając. Ja akurat jestem po półgodzinnej pogawędce z Thomasem który zachęcał mnie do przyjazdu w argentyńskie góry. Wszyscy pełni nadziei czekali na zapowiadany na 22.30 „last update” czyli ostateczną informację czy lecimy. Nadzieja była, bo kwadrans wcześniej wyleciał prywatny czarter na Biegun Południowy (cena: 30 tys. dolarów od osoby! Poleciała 4-osobowa amerykańska rodzinka). Niestety, na Biegunie pogoda jest lepsza, no i lata tam większy samolot, bo znajdująca się tam baza posiada regularne lotnisko. Góry z kolei rządzą się innymi prawami. Ogłoszona decyzja jest nieodwołalna: dzisiaj z lotów nici, „next update tomorrow at 9 o`clock” (następna informacja o 9 rano). No nic, trzeba znowu się wyciągnąć śpiwór, napompować thermaresta (materac), a jutro rano znowu się zapakować. Dobrze, że nie zwinęliśmy namiotów. 

 

20 grudnia, wieczorem, o 11 wieczorem
baza Union Glacier (Antarktyda)
Od szczelin po rowery

Zajęcia z autoasekuracji, czyli symuluję samodzielne wychodzenie ze szczeliny.Dziś rano obudziliśmy się zasypani śniegiem. Nie spadło go jakoś dużo, ale namioty trochę nam przysypało. Plusem tego była ciepła bardzo noc (zawsze jak śnieży, to nie ma mrozu), co w połączeniu z ciepłym, puchowym śpiworem (na minus 40 stopni), sprawiło, że w nocy rozebrałam się do bielizny, a i tak rano obudziłam się kompletnie spocona.

Niestety, wciąż nie polecieliśmy do base campu. Trochę zaczynamy się denerwować, bo w Union Glacier jest bardzo miło, zintegrowaliśmy się już ze wszystkimi innymi ekipami, no ale mimo wszystko naszym celem jest góra.

Inna sprawa, że dzień mieliśmy całkiem intensywny. Rano, po śniadaniu, zaliczyliśmy pierwszą część szkolenia dotyczącego wyciągania partnera ze szczeliny lodowcowej. Inaczej mówiąc było trochę zabawy z  budowaniem Budowanie stanowiska asekuracyjnego przy wyciąganiu partnera ze szczeliny lodowcowej.stanowiska przy użyciu czekana, szabli śnieżnej czy choćby i… termosu (po przywiązaniu do niego liny i zakopaniu w śniegu służy jako rodzaj kotwicy), a potem wspinaliśmy się przy użyciu tzw. prusików (chodzi o wykorzystanie odpowiednich węzłów do tego by samemu wyciągnąć się w górę na linie).

Po południu również były zabawy „szczelinowe”, tym razem już bardziej praktyczne – oczywiście to co wydawało się jasne i łatwe w teorii, w praktyce już takie łatwe nie było, zwłaszcza jak musiałam „wyciągać” sporo większego i cięższego ode mnie Piotrka.

Tak swoją drogą to Vern poinstruował nas, jakie są trzy zasady współczesnego wspinacza. No więc: 1) look cool   2) feel cool  3) safety. W tłumaczeniu: 1) wyglądaj „cool”  2) zachowuj się „cool”  3) dbaj o bezpieczeństwo. To oczywiście na żarty, w prześmiewczym tonie, bo tak naprawdę Vern stawia bezpieczeństwo na miejscu pierwszym i podoba mi się, że z takim rozsądkiem podchodzi do gór.  Śmieliśmy się dziś, że w ramach „look cool” powinniśmy wejść na obiad w uprzężach, podzwaniając wspinaczkowym „szpejem” (oczywiście nikt z nas tak nie zrobił). 

Na wycieczce rowerowej do jedynego w okolicy niby-drzewka.Nadwyżkę energii spożytkowaliśmy na wycieczkę rowerową. Jazda rowerem ku naszemu zaskoczeniu okazała się dość męcząca – to że tutejsze rowery mają grube opony z kolcami i solidne przerzutki nie zmienia faktu, że po śniegu jeździ się po prostu ciężko – tak jak po piachu. Po dość szybkim starcie szybko się zasapaliśmy, a równocześnie zimne, polarne powietrze aż zatykało i ziębiło gardło.  Na szczęście dla nas bardzo daleko, ze względów bezpieczeństwa i tak nie mogliśmy jechać – celem była ustawiona 3 km od obozu wycięta ze sklejki choinka, co na antarktycznej pustyni wygląda delikatnie mówiąc zaskakująco, bo żadnych naturalnych drzew na Antarktydzie przecież nie ma.

W międzyczasie: 1)  wzięłam prysznic (dokładniej: wymyłam się w wiadrze z gorącą wodą do której dosypuje się śniegu – bo taki system tu obowiązuje pod nazwą "prysznic"),   2) obejrzałam pokaz slajdów kolesia który szedł z Vinsona do Union Glacier na nartach   3) Polsko-rosyjska integracja, czyli słuchamy jak nasi rosyjscy koledzy śpiewają piosenki Wysockiego.posłuchałam Rosjan jak grali na gitarze, śpiewając piosenki Wysockiego i Okudżawy   4) pogadałam z Tomasem, Argentyńczykiem, który jest przewodnikiem na różnych górach i jak się okazało, miał mi przekazać pozdrowienia od Ricarda. Ricardo to chłopak z Mendozy z którym wspinałam się na Piramidzie Carstensza – kto czytał mojego bloga z tamtej wyprawy wie, że mieliśmy wtedy bardzo fajny trzyosobowy team – ja, Ricardo i Unai, Bask z Hiszpanii. Jak widać – świat jest mały. Zresztą jest tu więcej osób z różnych stron świata, z którymi mam wspólnych znajomych, albo z którymi już gdzieś na jakichś górach byłam.

Teraz już wieczór, mesa pustoszeje. Na zewnątrz znowu sypie śnieg. Nie chce mi się iść do namiotu więc studiuję książki o Antarktydzie. W jednej z nich przeczytałam że Mt Vinson ma 5140 m wysokości – to o 200 m wyżej niż podaje Wikipedia. I komu tu wierzyć? Różnice o kilka metrów rozumiem, ale tyle??? No dobra, no to może kilka ciekawostek odnośnie Antarktydy:
Mapka Antarktydy i współrzędne geograficzne Union Glacier.- biorąc pod uwagę zlodowaciałe morze otaczające kontynent, co sprawia że trudno rozgraniczyć co jest morzem, a co lądem, średnica Antarktydy wynosi 4,5 tys. km. To mniej więcej tak jakby przejechać samochodem z Moskwy do Lizbony!
- najbliższy od Antarktydy stały ląd to Ameryka Południowa – odległość wynosi 965 km. DO Australii jest 2500 km, do Afryki 4000 km.
- ze względu na pokrywę lodową, Antarktyda jest kontynentem o najwyższej średniej wysokości. Wynosi ona 2300 m n.p.m.
-na Antarktydzie jest 90 % światowych zasobów słodkiej wody.
- jeżeli tutejszy lód stopnieje, poziom światowych oceanów podniesie się o 50-60 m
- pierwszym człowiekiem który zobaczył Antarktydę był prawdopodobnie rosyjski eksplorer Thaddeus von Bellingshausen – było to 27 stycznia 1820 roku chociaż zdaje się, że nie bardzo wiedział co to za ląd.
               

19 grudnia, wieczorem, trochę przed północą
baza Union Glacier (Antarktyda)
I jak tu spać???

Co jak co, ale w na jedzenie w amerykańskiej bazie Union Glacier narzekać nie można. Północ, a jasno tak, jak w ciągu dnia (a nawet bardziej, bo w ciągu dnia było pochmurno). W końcu trwa polarny dzień. W jadalni, czyli ogrzewanym namiocie gdzie siedzimy sobie teraz przy kawce/herbatce, opychając się pysznym sernikiem, trwa życie towarzyskie, bo nikomu nie chce się spać. Poza kawą/herbatą jest też darmowe wino i piwo, co sprawia że tym bardziej nam się tu podoba, a równocześnie ułatwia oswojenie się z informacja, że pogodowo jest delikatnie mówiąc „kicha”, czyli nie ma szans na wylot do bazy pod Vinsonem.

To że nie wylecieliśmy do bazy od razu dzisiaj, to pal sześć – w sumie spodziewaliśmy się, takiej opcji. Gorzej że prognozy pogody straszą, że przez następne kilka dni też może lotów nie być, bo podobno sypie tam śniegiem, wieje, a widoczność jest taka, że o locie tam może myśleć tylko pilot-samobójca.

Takim właśnie samolotem leci się do bazy pod Mt Vinson, oczywiście o ile jest tzw. lotna pogoda.Baza pod Vinsonem oddalona jest od Union Glacier gdzie teraz jesteśmy, o zaledwie 120 km. Bliziutko, ale starczy by były aż takie różnice pogodowe. Tak na marginesie to z Union Glacier korzysta się dopiero od niedawna - wcześniej samoloty z Argentyny lądowały w innej bazie – Patriot Hills, 60 km dalej na południowy-wschód, jednak uznano że pogodowo  jest tam zbyt humorzasto, zbyt często wieje boczny, niebezpieczny dla samolotów wiatr, tak więc zmieniono lokalizację bazy na dużo bardziej sprzyjający lodowiec Union (czyli Union Glacier). Patiot Hills opustoszało – bazę która tam była, a która należała do Chilijczyków, oddano w prezencie… Białorusinom, ale że rząd Łukaszenki nie ma kasy na jej utrzymanie, ograniczył się jedynie do postawienia na tym białym pustkowiu cerkwi i żadnej obsługi tam nie utrzymuje.

Zajęcia z Co do dnia to w sumie dobrze go wykorzystaliśmy. Zaraz po obiedzie Vern, nasz amerykański przewodnik, zrobił nam szkolenie z potrzebnych węzłów. Te wspinaczkowe ogólnie znaliśmy, ale warto było poznać ich angielskie nazwy. Były jednak także węzły „antarktyczne” – np. do przywiązywania ładunku do sanek (chodzi o to, że zamarznięta linka ma utrzymywać ładunek, ale równocześnie ma się łatwo rozwiązywać).  Przy okazji przygotowaliśmy sobie linki – na tzw. prusiki (potrzebne m.in. do wychodzenia ze szczelin) , do mocowania sanek, do przywiązania czekana itp., a potem poszliśmy sobie na spacer po lodowcu. Jak już pisałam, granicą obozu są czerwone chorągiewki wyznaczające strefę gdzie są szczeliny – właśnie tam treningowo poszliśmy, oczywiście powiązani liną. Koniec wycieczki był przy zaparkowanych w śniegu samochodach – zostały tu po rajdzie do Bieguna Południowego. Ostatecznie w ramach drogi powrotnej dojechały tutaj, ale okazało się, że ich transport samolotem pochłonie więcej pieniędzy niż ich wartość, tak więc ostatecznie przekazano na użytek stacji. Jednym z tych, którzy jechali w owym rajdzie był Vern – nasz przewodnik, którego ściągnięto do składu wyprawy ze względu na bogate antarktyczne doświadczenie.

Dwójka ze sternikiem, czyli ja i Łukasz wiosłujemy czekanami, a Szczepan robi za sternika/napęd.Czas przed kolacją wypełniły nam różne pomysły typu: gra w koszykówkę (jest tu boisko), jazda na rowerze (jest w bazie kilka jednośladów na grubych oponach), wygłupy w sankach (udawaliśmy że to łódka którą można powiosłować przy pomocy czekanów) oraz zdjęcia przy zrobionym ze śniegu tzw. Amundsen Bar. A właśnie, skoro wspomniałam o kolacji – jakie posiłki tutaj są! To jedno z większych tutejszych zaskoczeń – szwedzki stół godny dobrego hotelu (np.koktajle z krewetek) i wystawione non-stop przekąski typu oliwki, migdały, słodycze, owoce (nawet arbuzy!). Jak tak dalej pójdzie to nie zgubię tu ani kilograma (na co trochę liczyłam).


19 grudnia, już  w południe
Union Glacier (Antarktyda)

Zaraz po wylądowaniu.Już trochę odespałam zarwaną noc… Jest południe, żeby nie wiem co i tak się nie da spać dłużej, bo słońce tak grzeje, że w namiocie mamy  niemal saunę.

Dolecieliśmy około czwartej  nad ranem. W sumie lot trwał prawie 5 godzin: 40 minut odcinek do Ushaia i potem 4 godz. 10 minut z Ushuaia do Union Glacier. 40 minut przed lądowaniem obudzono nas, żebyśmy ubrali się stosownie do warunków antarktycznych – w bagażu podręcznym mieliśmy kurtki puchowe, grube spodnie, wyciągaliśmy rękawiczki i czapki… 

Samo lądowanie było zaskakująco delikatne jak na tak wielką maszynę. Na ekranie z podglądem z kamerki zewnętrznej pokazała się wielka, biała przestrzeń ograniczona górami; przypominało to zamarznięty fiord. A jak już Rozładunek bagaży z samolotu. kołami dotknęliśmy podłoża, miałam wrażenie że się nie zatrzymamy – pędziliśmy z niesamowitą prędkością po lodowej drodze naprawdę spory kawał – nie wiem czy to dlatego, że pas startowy to żywy lód, więc ślisko, czy dlatego że ten Ił ma taką długą drogę hamowania.

Pierwsze wrażenia z antarktycznej ziemi? Na pewno radość, że wreszcie dotarliśmy, że "to" się dzieje naprawdę, że rozpoczęło się jedna z najciekawszych wypraw mojego życia. Do tego fala chłodu, ale też bez przesady – nie było to żadne paraliżujące zimno, raczej rześkość (termometry wskazywały raptem minus 10 stopni). No i słońce – była czwarta rano, a słońce świeciło naprawdę mocno.  I jeszcze ten abstrakcyjnie wyglądający w tej scenerii samolot – wielki, metalowy „ptak”, zupełnie nie pasujący do otoczenia, perfekcyjnie ukształtowanego przez naturę.

Baza w Union Glacier - główny obóz.Dzień zaczęliśmy od wycieczki po bazie… Nie ma tu żadnych budynków – wszystko działa na zasadzie  namiotów i kontenerów rozstawianych tylko na "sezon", czyli trzy miesiące antarktycznego lata. „Centrum” stanowią dwa wielkie, ogrzewane namioty nazwane „Fram”i „Terra Nova” (nazwy statków pierwszych zdobywców bieguna południowego – Amundsena i Scotta). Po sąsiedzku stoją kontenery sanitarne – jeden gdzie można wziąć prysznic, drugi toaletowy, przy czym w każdej toalecie trzeba rozdzielać potrzeby fizjologiczne na dwa sedesy - tzw. Number One (sikanie) i Number Two (cięższe sprawy) – chodzi o konieczność wywożenia wszelkich nieczystości o niepłynnej konsystencji. Użycie wody ogranicza się do minimum. Żadnego spłukiwania toalet, nawet umywalki do mycia rąk nie ma. Wszędzie natomiast są pojemniki z żelem antybakteryjnym, żeby nie roznosić chorób.

A to już nasz obózGłówny teren to oczywiście obóz z rozbitymi już komfortowymi namiotami (nawet łóżka w nich są! Z pościelą!). Ale to tylko dla tych bogatszych ekip – my obóz (z normalnymi, górskimi namiotami) rozbijaliśmy sami, nieco z boku, a zamiast łóżek mamy to co sobie przywieźliśmy (na ogół są to dmuchane Therma-resty pod które podkładamy jeszcze karimaty). Wszystko, mam na myśli obóz, jest „ogrodzone” – poza czerwone chorągiewki nie można wychodzić, bo z jednej strony straszą szczelinami, a z drugiej strony jest lotnisko dla małych samolotów.

Aaa, jeszcze zapomniałam napisać o boiskach! Można na śniegu pograć w siatkę lub kosza!

 

18 grudnia, północ,
gdzieś nad Cieśniną Drake`a
Lecimy!!!

No i jednak lecimy! Udało się za trzecim podejściem – wieczorem. Zabrali nas z hostelu o 19.30, a niedługo potem już startowaliśmy.

Wnętrze transportowego Iljuszyna.Przelot transportowym Iłem (Iljuszynem) Il-76 jest atrakcją samą w sobie. Ponoć można nim przewieźć dwa wielkie czołgi i ileś żołnierzy do ataku desantowego, choć w naszym wypadku jest to mnóstwo bagaży i 50 osób.  Mówiąc „osoby” mam na myśli z 20 turystów lecących docelowo na biegun,  wspinaczy (poza naszą ekipą jest jeszcze ekipa rosyjska z agencji „Seven Summits Club” – w sumie 3 osoby pod opieką 4 przewodników plus 4-osobowa ekipa argentyńsko-peruwiańska) i kilkunastu chłopaków stanowiących zmianę na stacji argentyńskiej (z Union Glacier zabierze ich mały samolocik).

Zanim się wejdzie do samolotu, trzeba zdezynfekować buty.W każdym razie samolot robi wrażenie. Z zewnątrz – bo kolos, wewnątrz – bo wszędzie wiszą jakieś kable, śmierdzi naftą, a że jest w nim dość ciemno (ma tylko 4 malutkie okienka), sprawia wrażenie „latającej trumny”. Obsługują go Rosjanie (zresztą na kadłubie napisane jest „Alma Aty Air) poganiający nas przy wsiadaniu: „Bystro, bystro…” . Trzeba się było spieszyć, bo loty są robione w oknach pogodowych, które bywają bardzo krótkie. Bagaże były załadowane już dzień wcześniej, tak więc teraz cała akcja wsiadania zajęła nie więcej niż kwadrans, a mogłabym i krócej, tyle że każdy musiał przejść przez maty odkażające buty  (żeby przypadkiem nie przywlec na Antarktydę jakichś nasionek, traw i jakichś mikroorganizmów mogących zaburzyć lokalny ekostystem).

Samolotowy widok na ekran zastępujący okna.Ku naszemu miłemu zaskoczeniu samolot ma miejsca siedzące (zakładaliśmy, że może trzeba będzie siedzieć na ziemi), choć powiedzmy sobie szczerze – dość siermiężne to fotele.  Mam całkiem miłe towarzystwo – Piotrka i Sama, ale i tak trudno rozmawiać, bo ryczy ta machina strasznie (na szczęście dali nam koreczki do uszu). Nie nudzimy się jednak – można sobie pooglądać widoki spod spodu – na wielkim ekranie pokazuje się obraz z kamerki pod kadłubem. Właściwie to pokazywał się na początku, dopóki nie wlecieliśmy w chmury, ale ten początek był naprawdę ciekawy, bo z racji tego, że mieliśmy lądowanie w argentyńskim Ushuaia (zabieraliśmy jakieś cargo), widać było z góry m.in. Kanał Beagle którym wkrótce będę żeglować. Liczyłam trochę na to, że zobaczę z góry Horn, ale gdzie tam – teraz już nie widać nic. Śmiesznie natomiast, bo wylatywaliśmy po zmroku, ale zaraz, w miarę lotu na południe, zrobiło się zupełnie jasno. Następne ciemności, w sensie prawdziwej nocy, czekają nas dopiero po powrocie do Chile,a teraz trzeba będzie przyzwyczaić się do polarnego dnia.

 

17 grudnia, rano (ok. 10) ,wciaz w Punta Arenas
Jeszcze nie z Antarktydy :(


Pingwiny pilnujace naszych wywieszonych kart pokladowych :)Dzis bedzie bez polskiej czcionki, bo korzystam z komputera Andrei, przesympatycznej dziewczyny z hostelu gdzie nocuje (Victoria Hostal). Andrea stracila w gorach przyjaciela (Chiliczyk, ktory sie w tutejszych gorach wspinal), tak wiec do wspinaczy ma szczegolny sentyment. Wczoraj rozczulila mnie, przynoszac mi do pokoju ciasteczka.

Niestety, choc powinnismy byc teraz juz gdzies nad Ciesnina Dreke’a , w drodze na Antarktyde, nie wylecielismy. Punktualnie o 5.30 pod hostel przyjechal bus, ktory zawioz nas na lotnisko, tam zostalismy poinformowani ze ze wzgledu na pogode lot zostal wstrzymany, a po pol godzinie czekania pilot zdecydowal ze chwilowo nie ma szans. Problemem jest pogoda na Antarktydzie. Tu samolot wystartuje niemal w kazdych warunkach, ale trzeba sie wstrzelic w okno pogodowe, czesto zaledwie kilkugodzinne, kiedy mozna bedzie w bazie Union Glacier wyladowac. Wczoraj pokazywano nam zdjecia A to ja i Andrea... :)jak to tam wyglada – pas startowy jest odsniezany ratrakiem, a tak naprawde to zawiewany przez snieg czysty lod.

Tak czy owak czekamy. Samolot jest juz zaladowany naszymi bagazami, czekamy tylko na sygnal ze okej, lecimy. Brak wiadomosci oznacza ze sie udalo Punta Arenas opuscic.

 

 

16 grudnia, wieczorem, Punta Arenas (Chile)
Noc jest w cieniu

Vern całuje stopy Magellana (chodzi o pomnik :) )Dziś Vern (nasz przewodnik) zrobił nam szkolenie (Vern jest na zdjęciu obok - w momencie jak całuje stopy stojącego na pomniku Magellana, co jakoby ma mu zapewnić powrót do Punta Arenas).
Przede wszystkim powiedział wstępnie co nasz czeka (ogólnie celem jest nie tylko zdobycie szczytu, ale szczęśliwy powrót całej ekipy, co ważne – bez odmrożeń). Ponieważ teraz na Antarktydzie nie ściemnia się, umówiliśmy się, że noc jest wtedy, kiedy jesteśmy w cieniu gór, czyli będzie zimniej. Zimno ma być ciągle – mamy się przygotować na minus 40 stopni w cieniu :), co i tak jest niczym przy 120 stopniach na minusie, które odnotowano zimą (ale zimą nikt po Antarktydzie nie chodzi).
Pocieszające jest to, że można będzie wysypiać się „do południa”, bo za obowiązujący przyjmujemy czas chilijski, według którego cień będzie znikał z namiotów czasem dopiero o 12-tej. Ale coś za coś – może się zdarzyć, że będziemy do północy chodzić, a słońce cały czas gdzieś tam będzie widoczne.

No właśnie – „słońce”. Vern uprzedził że na lodowcu należy do naszych najgorszych wrogów. Kremy z filtrami, okulary mamy mieć cały czas. W sumie kiepsko byłoby nie zdobyć góry ze względu na ślepotę śnieżną.

Pakujemy się. Tutaj akurat robią to Sławek i Faraon.Ogólnie sporo było o bezpieczeństwie. Że szczeliny są cały czas, tak więc trzeba uważać, a na wszelki wypadek poćwiczymy sobie w obozie bazowym techniki wychodzenia ze szczelin. I jeszcze – żebyśmy nie lekceważyli wysokości, bo Mt Vinson ma wprawdzie tylko 4800 m z haczykiem, ale w przypadku Antarktydy trzeba dodawać 1000 m – „odczuwalna” wysokość będzie odpowiadała prawie 6 tysiącom.

Spora część przemówienia Verna dotyczyła ekologii. Że Antarktyda to dla ludzkości nieoceniony skarb, bo znajduje się tu 90% światowych rezerw pitnej wody (paradoksalnie jest to też największa w świecie pustynia!), no i m.in. z tego powodu Antarktydę traktuje się jak jeden wielki park narodowy, ze szczególną dbałością o to, by jej nie zmienić. Z tego też powodu Vern uczulił nas, że mamy zadbać o to by broń Boże nie przywieźć tam żadnych organicznych cząstek (nasiona, trawy, błoto etc.) – mamy wytrzepać kieszenie, oczyścić dno plecaków, umyć podeszwy butów, raki i czekany. Nikt tego sprawdzać nie będzie ale „nie chcielibyście chyba być tymi, dzięki którym wyginie cała populacja pingwinów?” obrazowo uświadomił nam Vern.

To że będziemy nosić wszystkie swoje śmieci to jasne, ale dotyczy to także naszych odchodów. Mają wrócić z nami do  Punta Arenas. Sikanie ma odbywać się do butelek, które opróżnia się jedynie w wyznaczonych miejscach (tam też można wylewać wodę po płukaniu mytych zębów czy np. wodę po umyciu menażki). Grubsze sprawy załatwiamy do specjalnych toreb, które ze sobą nosimy. Załatwianie się w ciągu dnia – to dopiero brzmi ciekawie, bo ze względu na szczeliny lodowcowe będziemy chodzić powiązani liną – ma odbywać się bez odwiązywania i schodzenia ze „ścieżki”. Po prostu kucamy, wyciągamy butelkę lub torebkę, a to że mamy przed sobą i z tyłu partnerów, no cóż – niech się wstydzi, ten kto widzi. 

A póki co, ahoj przygodo! Jutro rano mamy oddać zapakowane bety, jakie mają lecieć w lukach samolotu (wielki, transportowy Ił, bo ten typ samolotów spisuje się w długodystansowych lotach na Antarktydzie najlepiej). Kiedy rzeczywiście wylecimy – nie wiadomo, bo wszystko zależy od pogody. W każdym razie samolot ma być zapakowany, a my na standby`ju, na zasadzie że w każdej chwili gotowi do lotu.



16 grudnia, Punta Arenas (Chile)
Miasto na krańcu świata

Punta Arenas o dziwo - w słońcu!Punta Arenas to miasto, w którym nie każdy chciałby mieszkać. I nie chodzi o to, że nasz hostel jest jak się okazało wieczorem (w dzień jakoś tego nie zauważyliśmy) w dzielnicy burdeli oficjalnie zwanych klubami nocnymi. Ogólnie żyć tu nie jest łatwo, choćby na układ geograficzno-klimatyczny. Ogólnie przez większą cześć roku wieje tu strasznie, no i notorycznie pada – w zależności od pory roku albo deszcz, albo śnieg (dziś akurat było w ciągu dnia ładnie, ale norma jest normą – już znowu pada). Mając na myśli pogodę, nie mogę zrozumieć, skąd tu tylu Chorwatów. To znaczy wiem, że przyjeżdżali tu w dawnych czasach „za chlebem”, no ale dla nich, miłośników słońca, osiedlanie się tutaj musi być w ogóle wielkim szokiem. Może nadrabiają to działaniami „socjalnymi” – widziałam chorwacką restaurację, jest klub sportowy „Croatia” i w ogóle w wielu miejscach widać chorwackie flagi.

Dowód że naprawdę jestem nad Cieśniną Magellana.Dzień zdominowało mi załatwianie biletu na prom – po powrocie z Antarktydy muszę dostać się jakoś do Puerto Williams (chilijska Ziemia Ognista), gdzie cumuje jacht Mario. Niestety, na promie (30 godzin płynięcia) jestem z braku biletów na liście oczekujących, dzisiaj więc zaprzyjaźniałam się z kasjerkami, w celu przesunięcia mnie na listę pasażerów na 100% płynących. Czy się uda będę wiedziała jednak dopiero po powrocie z Antarktydy, ale ponoć szanse są bardzo duże.

Niełatwo się z Punta Arenas wydostać gdzieś dalej. Tzn. są samoloty, ale inaczej to już większa logistyka. Podobał mi si drogowskaz który dzisiaj widziałam: Osorno (najbliższe większe miasto w granicach Chile) – 2400 km (czy jakos tak). Mało tego, aby tam się dostać, albo trzeba wsiąść na statek, albo przejechać setki kilometrów po terytorium Argentyny, bo po stronie chilijskiej ze względu na liczne jeziora nie ma dróg!

Replika statku Magellana.Skoro już byłam w porcie (w sprawie tego promu), zaliczyłam też lokalne muzeum z replikami statków. Główną atrakcją jest tam „Victoria” – żaglowiec Magellana, bo to jeden z głównych tutaj bohaterów. O tym że przyczynił się do eksterminacji miejscowych Indian, raczej się nie mówi – pozostaje się przy chwaleniu go, że odkrył cieśninę nazwaną potem Cieśniną Magellana (było to bardzo ważne dla żeglujących tędy statków, bo dzięki temu nie musiały okrążać budzącego grozę Przylądka Horn). Z innych jednostek to trwają prace nad wykończeniem żaglowca "Beagle", na którym płynął tędy Karol Darwin. Żeglarz z niego był akurat żaden (męczyła go strasznie choroba morska), ale nie można go winić, bo załapał się w rejs jako naukowiec.

Tak na marginesie to ciekawe były też i współczesne statki. W porcie stał na przykład prom o jakże wdzięcznej nazwie „Melinka”. Zawsze to w zdrobnieniu lepiej, bo marynarz który chwaliłby się że „pracuje na Melinie” to jednak słabo brzmi.

 

 

15 grudnia, już w Punta Arenas
Po pierwszym (i drugim) piwie…

No i doleciałam... Po 40 godzinach podróży wylądowałam w Punta Arenas.Po 40 godzinach w samolotach i na lotniskach wreszcie wylądowałam w Punta Arenas. Z lotniska do hostelu który sobie całą ekipą zarezerwowaliśmy, przywiózł mnie Vern - nasz amerykański przewodnik, swoją drogą bardzo sympatyczny gościu i podobno wielki spec od Antarktydy. Od innych gór też – Vern był na przykład pierwszym w świecie wspinaczem, który dokonał solowego, zimowego wejścia na Mt McKinley (Mt Punta Arenas jeszcze z okna samolotu.Denali). Tzn. pierwszy sam, zimą na szczycie był tam jakiś Japończyk, tylko że zginął w drodze powrotnej, a Vern – żyje i ma się dobrze. Mt Vinsona wyraźnie lubi, czego dowodem jest to, że wziął na tej górze ślub. Naprawdę –  poznał dziewczynę, Amerykankę będąc w… Rosji, a po 5 miesiącach w czasie wyprawy na VInsona gdzie ona była uczestniczką, nagle, spontanicznie postanowili się pobrać. Wykorzystali że w grupie był jakiś misjonarz, który z formalnego punktu widzenia mógł udzielić ślubu, mieli też Japończyka który nie mówił ni w ząb po angielsku, ale umiał robić zdjęć, więc robił za fotografa, no i na szczycie najwyższej góry Antarktydy powiedzieli sobie sakramentalne „tak”.  Prawda że romantyczne?

Ale wracam do naszej wyprawy…  Oprócz Verna będzie z nami jeszcze Lakpa Sherpa. Tak, tak, autentyczny Szerpa z Nepalu, choć właściwie od wielu już lat mieszkający w amerykańskim Seattle. Lakpa był 17 razy na Evereście, ale jak mi powiedział, Pierwsza wspólna herbata (jeszcze tylko z częścią ekipy). Na zdjęciu jest też Lakpa.więcej już nie zamierza, po tym jak w lawinie w 2014 r. wyciągnął spod śniegu zasypanych przez lawinę iluś swoich kolegów. Poza tym Lakpa jest pierwszym Nepalczykiem, który zrobił Koronę Ziemi. Trochę się zdziwiłam, kiedy Lakpa w pewnym momencie oznajmił, że się już znamy. Okazało się, że faktycznie, poznaliśmy się w 2013 roku po zejściu z Everestu w jednym ze schronisk. Mało tego, wspominam Lakpę  po imieniu w swojej książce – tych, którzy bardzo chcą poczytać o czym mi wtedy opowiadał, odsyłam na str. 281 (zdradzę – chodziło o Szejka z Kataru, który pod opieką Lakpy wspinał się na Everest).
Ale to co najważniejsze, to spotkałam się wreszcie z naszą ekipą. Okej, nie jesteśmy jeszcze w pełnym składzie, ale jest już Sławek, Arek, Faraon i Łukasz. Właśnie wróciliśmy z kolacji – wcale mnie nie zdziwiło że chłopcy są już specjalistami od lokalnych piw :).


15 grudnia, w samolocie z Santiago de Chile do Punta Arenas, po południu
Na lewo wulkan, na prawo ocean

Jeden z wulkanów widziany z okna samolotu.Lubię Chile. Byłam tu ileś razy, ale tyle jest tu ciekawych miejsc, a do tego fajni ludzie, że zawsze chętnie tu wracam. Teraz przez samolotowe okno widzę Pacyfik – w 2003 roku gdzieś tam bujałam się na nim, przez miesiąc żeglując  z Valparaiso (największy chilijski port) do Przylądka Horn i dalej – docelowo na Falklandy czy jak kto woli: Malviny. Pode mną z kolei droga prowadząca do Puerto Mont – pokonywałam ją kiedyś autostopem, co było super doświadczeniem, bo Chilijczycy chętnie na stopa biorą. Pojawiły się też wulkany – Chile to kraj dziesiątków, jeśli nie setek wulkanów, co poniekąd ma też związek z licznymi tutaj trzęsieniami ziemi.

Przesiadka w Santiago minęła szybko, głównie na staniu w kolejkach, bo trzeba było zaliczyć odprawę paszportową, sanitarno-celną (sprawdzają czy się nie wwozi żywności), a poza tym odebrać bagaż i potem ponownie go nadać. Z bagażem na szczęście żadnych zawirowań nie było – znaczy doleciał (ciągle mam w pamięci, jak przed wyprawą na Everest przez 3 dni odzyskiwałam swoje bety). Fajnie, bo w kolejce do paszportów spotkałam Szczepana, czyli jednego z kolegów z ekipy. Szczepanowi coś się posypało z lotami, utknął chyba we Frankfurcie, no i ostatecznie dotarł do Santiago z jednodniowym obsuwem. Poza mile spędzonym czasem na kawie w lotniskowej knajpie (Szczepan leci do Punta Arenas innym lotem niż ja) osoba kolegi okazała się też zbawienna dla mojego nadbagażu, bo żeby nie dopłacać musiałam coś zrobić z 8 kg. Trochę z tego jeszcze do swojego podręcznego poupychałam, ale gdy już nie było gdzie, Szczepan pomógł.

Z ciekawostek – większość nacji wjeżdża do Chile bez wiz i opłat. Większość, bo jest kilka „wyróżnionych”. Za wjazd do Chile kasuje się: Meksykanów (32 dolary amerykańskie), Kanadyjczyków (112 dolarów). Tak na marginesie w sąsiedniej Argentynie, haracz ściąga się poza Kanadyjczykami, także od  Nowozelandczyków i Amerykanów.

Polaków na szczęście tu lubią. Wiele osób wciąż kojarzy Ignacego Domeykę, żyjącego w latach 1802-89. Naszego geologa, który sporą część życia spędził na eksploracji i badaniach terytorium tego kraju. Jak byłam na Pustyni Atacama, to pamiętam że był tam masyw - Cordiliera Domeyki, a jest też miejscowość "Domeyko". A w Santiago de Chile, czyli stolicy jest dom Domeyki, w którym jeszcze kilka lat temu miałam okazję spotkać panią Domeykową, wnuczkę słynnego geologa (już wtedy przekroczyła sto lat, tak więc nie wiem czy jeszcze żyje).

 

14 grudnia, Madryt (przesiadka w drodze do Chile)
Wyleciałam!

Uwielbiam ten moment, kiedy człowiek zasiada w samolotowym fotelu i dociera do niego (do człowieka znaczy się), że jak już czegoś z codzienno-przyziemnych spraw nie zrobił, to trudno, zaczęła się wyprawa i ważne staje się co innego. Polityka? Giełda? Gdzie kupić dobre śledzie (no bo święta)? Przedświąteczny szał chodzenia po sklepach? To już nieistotne, nas chwilowo nie dotyczy. Teraz, w moim przypadku, ważna jest Góra i Przylądek (mowa o Hornie) – żeby wszystko się udało, a żywioły okazały się łaskawe.

Ale tak w ogóle to mało brakowało abym nie wyleciała… Tzn. poleciałabym, ale nie na koniec świata, ale… do Gdańska. Jak się okazało, zmieniono gate (wejście) do samolotu, no i , gapa ewidentna, byłam jedyną którą się w temacie nie zorientowała. Fakt, do ostatniej chwili załatwiałam różne sprawy wisząc na telefonie, tak więc nie słyszałam komunikatów, no i trochę się zdziwiłam gdy się okazało, że samolot do którego wchodzę to leci do Trójmiasta, a nie do Madrytu. Żeby mi nie było zbyt łatwo, gate 6 zmieniono na 37, co oznaczało sprint na drugi koniec lotniska, ale to akurat mogę potraktować jako element treningu kondycyjnego. 

Przelot do Madrytu przespałam, bo byłam po zarwanej nocy, ale po przylocie Hiszpanie zadbali abym szybko się ocknęła, bo w ramach miłego przywitania, w pełni szczerze oznajmili, że wcale nie są pewni, czy mój bagaż ze mną przybył. Co gorsze – z jakichś powodów nie są w stanie ustalić, gdzie niby jest. Ostatecznie skończyło się pocieszeniem, żebym się nie martwiła, bo do Chile mimo wszystko powinien dotrzeć (nie sprecyzowano czy chodzi o dzień czy tydzień obsuwu), po czym pani z obsługi dodała jeszcze: „…-Maybe!”

Specjalne atrakcje miałam też na hiszpańskiej kontroli bezpieczeństwa. Na Okęciu przyczepiono się do mojego licznego sprzętu foto – pieczołowicie oglądano mojego Nikona, potem kamerkę GoPro z licznym oprzyrządowaniem, ale tu nie… Tu zainteresowano się moim pasem asekuracyjnym na jacht. Wożę go ze sobą na „rejsy zwiększonego ryzyka” (nie ma co kryć, że opływanie Przylądka Horn do nich należy), bo nawet jeśli na wyposażeniu sprzętu taki sprzęt jest, nauczona doświadczeniem wiem, że co swój, to swój. Ogólnie – chodzi o rodzaj uprzęży z tzw. wąsami, to jest taśmami z karabińczykami (ogólnie  to jak przy wspinaczce tylko z zastosowaniem innych nazw  - wspinacze powiedzieliby np. nie "karabińczyk" tylko: "karabinek", no i dla asekuracji w górach wpinamy się w "poręczówki", a na jachcie w rozciągniętą przez jacht "life linę", ew. różne części jachtowego osprzętu. Poza tym ten mój pas ma jeszcze specjalny nabój który przy kontakcie z wodą (np. wypadnięciu za burtę) automatycznie wystrzeliwuje i pompuje szelki tworząc z nich rodzaj kapoka. Na wszelki wypadek jest też jeszcze przy pasie gwizdek, świecąca w wodzie lampka i trochę innych użytecznych gadżetów.

Medytowania nad pasem było tyle, że o matko… Zwołano całe konsylium, chociaż gdy powiedziałam że już ileś lotnisk z tym pasem przerobiłam (prawda) i nigdzie nie było problemów ( nie do końca prawda),  nikt mi już pasa zabierać nie zamierzał, a jedynie chciano się z czystej ciekawości dowiedzieć jak to działa. Tu jeszcze wyjaśnię, że pas na bagaż podręczny zabieram bo: a) jest ciężki, więc nie chcę nabijać wagi głównego bagażu;  b) przy kontrolach bagażu podręcznego mogę wyjaśnić co to takiego, a przy bagażu głównym nie, a więc mogłabym go stracić).



13 grudnia, Warszawa
Trudne wybory czyli jak tu się spakować

I gdzie to wszystko (nie wszsytko tu widać) pomieścić?Od kilku dni poruszanie się po dużym pokoju naszego mieszkania jest mocno utrudnione. Istny labirynt, bo cały pokój zawalony jest wyprawowym ekwipunkiem. W jednym rogu leży szpej wspinaczkowy, w drugim sprzęt żeglarski, wersalka tonie w ciuchach, na podłodze zalega cała reszta… Najgorsze, że trudno się zdecydować, co zabrać. Na Antarktydę ze względu na ekstremalnie niskie temperatury, muszę mieć gruby śpiwór puchowy, ale na jachcie gdzie pewnie będzie wilgoć, a może też coś cieknąć, śpiwór z naturalnego puchu nie zda egzaminu. Albo buty – buty wysokogórskie nie nadają się na jacht, w kaloszach niezbędnych na jachcie nie pójdę w góry. W ekwipunku górskim muszę wziąć pod uwagę, że liczy się każdy gram, bo przecież wszystko samemu trzeba wnieść, a zwłaszcza na wysokości każdy gram się jednak czuje.

Ograniczałam się w tym pakowaniu na maksa, ale i tak po zważeniu wyszło że całość waży 31 kg z hakiem, podczas gdy przepisowo mogę mieć ze sobą 23 kg. No i teraz dopiero zaczyna się łamigłówka, bo wszystko wydaje się równie ważne. No bo co ważniejsze – termos czy butelka do sikania? Spodnie puchowe czy goretexowe? Latarka? Na Antarktydzie niepotrzebna, bo nie będzie się ściemniać (dzień polarny), ale w części żeglarskiej – przyda się. Znając życie, ileś rzeczy i tak okaże się bezużytecznych, a równocześnie już pierwszego dnia dotkliwie odczuję, czego zapomniałam. :)

 

 

5 grudnia, Warszawa
Przygotowania...

Czas zacząć pisanie bloga. Do mojego wylotu do Chile jeszcze 9 dni, ale atmosfera "Wielkiej Wyprawy" już powoli daje się odczuć. Dzisiaj pół dnia spędziłam na korespondencji z Amerykanami i naszą ekipą, jak robimy z noclegami w Punta Arenas, kiedy kto przylatuje (bo każdy z nas ma inne połączenia), co z ekwipunku zabieramy, a co trzeba odpuścić. Miałam np. pomysł by wziąć coś dobrego (w znaczeniu kulinarnego) na Wigilię, która najprawdopodobniej wypadnie gdzieś na antarktycznym pustkowiu, w namiotach rozbitych pośród bezkresnej bieli. Szybka konsultacja z amerykańskim liderem wyprawy sprawiła, że z pomysłu się wycofałam -w Chile obowiązują ostre restrykcje jeśli chodzi o przywożenie żywności, tak więc nie będę przemycała makowca czy śledzików ryzykując karę ponoć nawet 20 tys. dolców!

Poza tym zaczyna dopadać mnie przerażenie, jak ja się spakuję? Muszę wziąć ciuchy i sprzęt zarówno na wspinanie, jak i żeglowanie (w górach nieodzowna będzie np. kurtka puchowa, podczas gdy na morzu kompletnie się nie sprawdzi, a potrzebny będzie porządny sztormiak). Poza tym rozrzut klimatyczny będzie od upałów (w Ameryce Południowej jest teraz pełnia lata) po nawet 40 stopniowe mrozy ( to na Antarktydzie). Tymczasem limit bagażu wynosi - 23 kg!