Tym właśnie jachcikiem spróbujemy z Mariem i Cataliną opłynąć Horn.

 

Ostatnią  dla mnie górę z Korony Ziemi (czyli Mt Vinson) postanowiłam połączyć z ponownym opłynięciem Przylądka Horn. "Ponownym", bo już raz to zrobiłam - 29 marca 2003 roku (w czasie dwumiesięcznego rejsu wraz z 8 kolegami na jachcie "Stary").  Dlaczego chcę jeszcze raz? Powodów jest kilka:

1) Bo po prostu - chcę :)  (w końcu jestem żeglarką), a dla każdego żeglarza Przylądek Horn to Wielkie Coś!
W swoim pierwszym rejsie "hornowym" osławionego Przylądka nie widziałam - mieliśmy go na trawersie w odległości ok. 200 mil morskich (płynęliśmy z Valparaiso na Antarktydę). Teraz, jeśli by się udało z pogodą, charakterystyczne skały byłaby szansa zobaczyć z bliska.

Trasa mojego rejsu na Starym (2003 rok).2) Bo skoro już tam, na krańcu Ameryki Południowej będę, to aż się prosi żeby o Horn zahaczyć. Punta Arenas z którego startujemy na Antarktydę i zdobywanie Mt Vinson jest praktycznie po sąsiedzku z Puerto Williams, gdzie zimował jacht Mario, mojego rumuńskiego znajomego (po sąsiedzku - znaczy 30 godzin płynięcia promem, ale jak na odległości które są w słabo zaludnionej Patagonii, to przysłowiowy "rzut beretem").

3) Bo na tak małym jachcie (10,5 m) nikt z Polski Hornu nie opływał, a ja lubię wyzwania :)

4) Główny powód: chcę popłynąć z Mario, bo chciałabym bardzo, aby zrealizował swoje marzenie, jakim jest właśnie opłynięcie Hornu. Po traumatycznych wydarzeniach na McKinleyu - opis tutaj - Mario jest  osobą ważną w moim życiu. W końcu skoro z kolegami ratowaliśmy mu życie, niech teraz to życie wykorzystuje, nawet jeśli w pewnym stopniu ma ograniczoną sprawność.