Całkiem sporo się tu zmieści :)Firma: Marmot
Model: Eiger 42+

Do wyprawy zostały dwa tygodnie, a tymczasem mój dotychczasowy plecak wspinaczkowy odmówił dalszej współpracy. Miał prawo - rzeczywiście wyeksploatowałam go strasznie (był ze mną m.in. na Evereście i McKinleyu). Jego następcą (godnym :) ) został czerwono-szary Marmot z kolekcji wchodzącej na rynek w 2015 roku (czyli wyjeżdżając w listopadzie 2014, miałam okazję zrobić jego przedpremierowe testy!).

Wiedząc, że wyprawa, na którą jadę będzie solidną wyrypą, oczekiwania wobec plecaka miałam duże - bądź co bądź miałam nosić go na grzbiecie każdego dnia przez wiele godzin. Na szczęście Marmot to w środowisku wspinaczkowym ceniona marka - plecak sprawdził się bez zarzutu.

Wiem, nie ma plecaków uniwersalnych. Na tej wyprawie zależało mi przede wszystkim na tym, aby był w miarę lekki, a równocześnie jednak mocny i wytrzymały, aby sprzączki i paski przy sporym obciążeniu nie zrywały się i nie zniszczyły zbyt szybko i aby system nośny pozwalał na w miarę wygodne jego noszenie. Pojemność  42 litry (z pewnym plusem), jaką model ten zgodnie z nazwą posiada, uznałam za idealną - to wielkość w sam raz do zapakowania się na atak szczytowy czy też całodniowe chodzenie, ale na upartego wystarczy także na wypad kilkudniowy. Według opisu producenta plecak waży 1220 g, co jest bardzo przyzwoitym rezultatem. Jeśli ktoś uzna, że to i tak za dużo (bywa, że liczy się naprawdę każdy gram), może odpiąć sobie klapę - góra plecaka pozwala na takie jego zapięcie i zabezpieczenie przed śniegiem czy deszczem (system rolowania i spinania jak w wodoodpornych workach np. na kajakach), że brak owej klapy w niczym przeszkadzać nie będzie. A co do wytrzymałości, materiał z którego plecak jest wykonany (w dużej mierze jest to mający bardzo dobre parametry Pertex Endurance) gwarantuje, że będzie nam służył naprawdę bardzo długo.   

Po Papui plecak pojechał ze mną do Australii.Jak przystało na plecak typowo wspinaczkowy, nie ma w nim wielkich bocznych kieszeni, które mogłyby gdzieś tam w skałach się klinować - to typowy "wór", z jedną wewnętrzną kieszenią do której można coś tam wsunąć przy plecach (ja nosiłam tam tableta i panele baterii słonecznych). Najpotrzebniejsze drobiazgi możemy wrzucić do zapinanej kieszeni, całkiem pojemnej zresztą, znajdującej się w klapie. Dodatkowe dwie małe kieszonki, ale już nie zamykane, pozwalające jedynie na włożenie w nie np. butelki z wodą, są u podstawy plecaka, na bokach. Za to, jak to lubią wspinacze, nie brak pasków, pętelek i gumek pozwalających na przypięcie sprzętu - czekana, kasku, kijków i różnego typu przydatnego szpeju. Nawet przy pasie biodrowym mamy dwie wzmocnione pętle, dzięki którym mogłam mieć pod ręką np. przydatne karabinki (łatwiej mi było się do nich dostać, niż gdybym je nosiła wpięte przy uprzęży). Z innych praktycznych patentów  (ale to przy specjalistycznych plecakach to już swego rodzaju norma) - zrobiono wyjście (czytaj: dziurkę) na rurkę z noszonego w plecaku camelbag`a (dla niewtajemniczonych: chodzi o pojemnik z piciem, z rurką którą mamy cały czas przy ramieniu, co pozwala aby pić bez zdejmowania plecaka i wyciągania butelki). Dobre są też gustowne odblaski przy pętelkach przy klapie oraz na zewnątrz plecaka - drobna rzecz, a może wpłynąć istotnie na nasze bezpieczeństwo. 

I jeszcze na koniec - jak z wygodą noszenia? Dla mnie było bez zarzutu. Odpowiednio profilowane plecy, bas biodrowy, pas piersiowy, regulacje przy ramionach - wszystko to sprawia, że można sobie plecak dopasować, jak tylko chcemy. Skoro tyle dni z nim przechodziłam, często po 10-12 godzin na dobę i ani razu go nie sklęłam, to znaczy że był dobry. :) 

 

rf лифтинг цена