Na szczycie z flagą na której są wypisani Ci, którzy mi pomogli w ramach Akcji Pocztówka.Carstensz zdobyty!!! Rzeczywiście, łatwo nie było, bo ze względu na papuaskich separatystów i związane z tym bezpieczeństwo (czy raczej jego brak) musieliśmy przechodzić do góry przez dżunglę trudniejszą trasą. Ogólnie - ponad dwa tygodnie ciągłego moknięcia, łażenia po kolana w błocie, wykorzystywania każdej chwili na podsuszanie przemoczonych ciuchów i nie powiem - naprawdę spory wysiłek, bo papuaska dżungla potrafi dać w kość. Góra z kolei - bardzo fajna! Sporo fajnego, technicznego wspinania, duża ekspozycja (znaczy się - stromizny) i momenty z całkiem niezłą adrenaliną.

Póki co blog obejmuje tylko część wyprawy - do ataku szczytowego. W związku z problemem z dostępem do internetu, resztę (plus zdjęcia) uzupełnię po powrocie do Polski (po 14 grudnia). 
Kogo interesuje część australijska wyprawy (zdobywanie Góry Kościuszki i Góry Strzeleckiego) plus relacja z Timoru Wschodniego - zapraszam tutaj.

 

GŁÓWNA CZĘŚĆ WYPRAWY NA PIRAMIDĘ CARSTENSZA (PAPUA), czyli
Z DŻUNGLI NA SZCZYT (I Z POWROTEM)

 

12 listopada, 1. dzień wyprawy
Timika-Sugapa
Witaj Papuo!

Pierwsi spotkani Papuasi - zaraz po wyjściu z samolotu.Leje, jestem dokumentnie przemoczona, czyli jest tak jak miało być, choć to jeszcze nie dżungla. Siedzimy w jakiejś szopie,  w wiosce złożonej z trzech chałup, na podwórku taplają się w błocie czarne świniaki (czarne nie z brudu – taka ich uroda) i czekamy aż dotrą  tragarze którzy niosą nasze namioty, sprzęt i wyprawowe torby z naszymi prywatnymi rzeczami.

W sumie to sie dziś nie nachodziliśmy – z założenia miał to być dzień „organizacyjny”. Rano, jak już się zebraliśmy (bo punktem zbornym wyprawy była Timika, główne miasto południowej Papui), mieliśmy jak najszybciej polecieć małymi samolocikami do Sugapy – wioski będącej punktem startowym trekkingu. Jedna, większa ekipa poleciała większym samolotem, ja natomiast z Ricardem -Argentyńczykiem i Unaiem-Baskiem plus dwóch przewodników mieliśmy lecieć drugim, mniejszym. Problem w tym, że tego mniejszego samolotu nie było i nikt nie umiał powiedzieć kiedy będzie. Każde nasze pytanie kończyło się jedną z dwóch wersji odpowiedzi:  że będzie za godzinę, albo że za 20 minut. W końcu po czterech godzinach, kiedy znaliśmy już połowę ludzi siedzących na lotnisku i podrzemaliśmy na drewnianych, strasznie niewygodnych ławeczkach, gruchnęła wieść: lecimy!

Rozpakowywanie samolociku po przylocie do Sugapy.Lot był całkiem przyjemny, mimo że samolot nie pierwszej młodości (szczerze mówiąc mam wątpliwości czy przechodzi jakieś przeglądy), a wokoło kotłowało się pełno chmur (m.in. burzowych). A pod nami, w lukach między chmurami same lasy-dżungla, lasy-dżungla, bezkresna zieleń i pagórki… Normalnych dróg długodystansowych, takich dla samochodów, tu nie ma - widać jedynie wydeptane przez lokalsów ścieżki.

Główna (i jedyna :) ) ulica metropolii zwanej Sugapą.Sugapa, gdzie wylądowaliśmy okazała się całkiem ciekawą wioską. To znaczy żadnych atrakcji turystycznych w niej nie ma, ale za to jaki folklor! Od razu otoczył nas tłum lokalesów, w tym panowie których jedyne odzienie stanowi koteka – wsadzana na penisa osłonka z tykwy (majtek się rzecz jasna przy czymś takim nie nosi). Ciekawe, ze każdy rejon tej wyspy ma inne koteki  - wiem bo kilka lat temu byłam w okolicach miasteczka Wamena , gdzie koteki były krótsze, cieńsze, za to bardziej szpiczaste (tutaj mają kształt rury). Miejscowi panowie sprawiają wrażenie jakby byli z tej ozdoby bardzo dumni - w Tak właśnie wygląda zrobiona z tykwy koteka.każdym razie nie mają nic naprzeciw aby uwieczniać je na zdjęciach. Inna sprawa że noszą je już tylko starsi mieszkańcy, ci bardziej wierni tradycji. A tak na marginesie to wielkość koteki nie ma ponoć żadnego znaczenia :).

No dobra, pobyliśmy kilka godzin w Sugapie, bo trzeba było zorganizować tragarzy, my przyglądaliśmy się miejscowym, miejscowi nam, ale kiedy wszystko wydawało się już dopięte, zaczęły się tzw. schody. Właśnie mieliśmy ruszać w drogę, kiedy zjawił się miejscowy kacyk i mocno gestykulując zaczął strasznie wrzeszczeć, że coś tam, coś tam, ale – to akurat zrozumiałam - tu jest Papua, Irian Jaya! Irian Jaya (czyli Irian Zachodni) od dawna juz chce się uzależnić od sprawującej tu władzę Indonezji (wyspa Papua jest podzielona na indonezyjską Papuę i niezależne państwo – Nową Gwineę), tak więc miejscowym mało się podoba, że przyjeżdżają jacyś Indonezyjczycy z innych wysp (czyli nasi przewodnicy) i się na nie swoim terenie panoszą. Kacyk krzyczał, najpierw głośno potem coraz ciszej, aż mniej więcej po godzinie jakoś się dogadano, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W każdym razie chwilę później, żeby się kacyk szybko nie rozmyślił, zabraliśmy plecaki i sobie poszliśmy, a właściwie to pojechaliśmy, bo na najbliższe kilkanaście kilometrów na których jest jeszcze piaszczysto-kamienista droga, wynajęliśmy motory.

Póki można - podjeżdżamy.Początek jazdy był fajny, ale potem już mniej, bo zaczęło padać, a potem lać. Aż w końcu przyszła burza - waliło piorunami, podobno nawet jakieś motory się wywróciły,  aż w końcu jechać przestaliśmy, bo drogę zagrodził solidny konar. Jak się okazało konar nie był bynajmniej efektem burzy – położyli go kolejni przedsiębiorczy lokalsi z kolejnej mijanej wioski, no i zaczęły się kolejne negocjacje. Trwało to i trwało, my tymczasem mokliśmy (okej, lokalesi też, ale oni przynajmniej w chałupach się podsuszą), aż gdy sytuacja wyglądała na patową, z pomocą przyszedł Stop, tzw. szlaban na drodze. Negocjacje w toku.facet który jeździ z nami z karabinem. Jako pan władza on też coś tam pokrzyczał, po czym konar usunięto i towarzystwo się rozeszło.

Wioska do której ostatecznie dotarliśmy jest na samym końcu drogi. Tak jak wspomniałam na początku – siedzimy w jakiejś szopie, okej – prowizorycznej chacie, przemoczeni, zmarznięci i głodni i czekamy na nasze torby-plecaki (dla niewtajemniczonych: na wyprawach górskich rzeczy oddawane tragarzom pakuje się w tzw. duffle bag – mocne, nieprzemakalne torby). O dziwo – nikt nie narzeka – każdy chyba rozumie że to jest Papua.  Ekipa robi fajne wrażenie  - jak się okazuje jest nas z Polski w sumie piątka. Ale tak naprawdę jest cały międzynarodowy mix - dwóch Francuzów, Koreańczyk, Australijka, Holendrzy, Islandczycy i jeszcze kilka innych nacji... Jutro może będzie  więcej czasu na integrację, zwłaszcza że może odeśpimy zarwaną noc (ja w samolocie nic nie pospałam – ciasno i dwa międzylądowania). Dziś wszyscy za bardzo padnięci…

Więcej na temat ekipy – czytaj tutaj.

 

13  listopada, 2. dzień wyprawy
Z wioski „startowej” do Obozu I

Rano
Zimno, głodno i do domu daleko

Spanie na podłodze. Śpiworów ani ciepłych rzeczy nie mamy, bo nie dotarły.Nie żebym narzekała :), ale noc była koszmarna. No więc wczoraj wieczorem okazało się że nasze bagaże jednak nie dotrą. Tzn. dla sześciu  szczęśliwców dotarły, a dla reszty już nie. W gronie wspomnianych szczęśliwców rzecz jasna nie byłam, choć przemoczona i zmarznięta po deszczu o niczym innym tak nie marzyłam jak by się przebrać w suche i ciepłe ciuchy. Szczerze mówiąc to temperatura wszystkich nas nieco zaskoczyła – na początku trekkingu, mimo że to już 2 tys. metrów n.p.m., spodziewaliśmy się tropików, ciepłe rzeczy zostawiliśmy więc w torbach na wyższe wysokości,  a tu zimnica jak diabli. Torby jak się okazało nasi tragarze nie wiem czy za słabo opłaceni, czy przestraszeni burzą z piorunami, najnormalniej w świecie porzucili przy drodze. Nawet ich nie zabezpieczyli przed deszczem! Porzucili, po czym poszli sobie do domów, bo skoro pada, to oni chodzić nie będą.

Możemy być źli na strakujących tragarzy, ale ich dzieci są urocze.Na szczęście ktoś przytomny z grona naszych przewodników po jakimś czasie torby pozbierał (mamy cichą nadzieje ze wszystkie), no ale na noc zostaliśmy z tym, co mieliśmy na sobie, ew. w małym plecaku. Przenocowaliśmy ostatecznie w tej szopie o której wspominałam, rozkładając się na podłogowych  dechach, przykryci pelerynami od deszczu. Właściwie to trudno było nazwać to spaniem , bo nie dość że twardo to jeszcze zimno jak diabli. W sumie to ja z Unaiem i Ricardem i tak mieliśmy o tyle dobrze, że skombinowaliśmy sobie jakiś namiot, z którego jedną powłokę położyliśmy pod siebie, a drugą się przykryliśmy. Ciuchy mi nawet jakoś w miarę podeschły, jedynie skarpety i buty są nadal mokre.

To że tak zmarzliśmy wynikało też i z tego, że byliśmy pieruńsko głodni. Poza jakimiś ciastkami wczoraj nie jedliśmy kompletnie nic, bardzo więc liczyliśmy na kolacje, jednak okazało się że nic z tego, bo ani gary, ani prowiant też "nie doszły". Dopiero około 23-ej jakaś kobieta z wioski przyniosła nam ugotowane pataty (słodkie ziemniaki) na które wszyscy rzucili się jak byłby to najlepszy przysmak. Teraz Jedna z wioskowych gospodyń.śmiejemy się sami z siebie, że za tyle kasy ile zapłaciliśmy za tę wyprawę to można byłoby spędzić miesięczne super wakacje w hotelu all-nclusive na Bora Bora, a nam sie gór zachciało!

A swoją drogą to największe zagęszczenie „everestowców”, z jakim miałam do czynienia -  3/4 grupy to ci, którzy mają już Everest „zaliczony”. Z kolei aż trzy osoby z tego grona zdobywając Piramidę Carstensza kończą Koronę Ziemi. Dla mnie będzie to przedostatni szczyt w Koronie. Boże, skąd ja zdobędę kasę na ten ostatni (Mt Vinson na Antarktydzie, wyjątkowo droga góra). Już po tej wyprawie jestem  nieźle zadłużona, a na Vinsona za mniej niż 40 tys. dolarów dostać się nie da.

 

Godz. 9.30
Wciąż czekamy

Wódz (niewidoczny) mówi, a wszyscy uważnie słuchają.Wstaliśmy o 6 rano, myśleliśmy że o 8 wyjdziemy (przed nami 6 godzin marszu), ale gdzie tam - dzień bez negocjacji z lokalesami dniem straconym. Zdaje się że problem w tym, że mamy tragarzy nie z tej wioski, w której obecnie jesteśmy.

Najpierw wygłosił swoje przemówienie wódz wioski. Oni tutaj uwielbiają publicznie gadać, mówcy upajają się swoim krasomówstwem, tak więc wódz gadał i gadał, a gawiedź go słuchała. Zebrani w jednej grupce faceci bardziej, siedzące z drugiej strony wioskowego placu kobiety już mniej, bo były zajęte obrywaniem fasoli i pilnowaniem dzieci. Sielską atmosferę dopełniały pałętające się po placu prosiaki – dla miejscowych plemion (Dani i Moni) symbol bogactwa. Małe prosiaczki są tu Najpierw się prosiaczka hołubi, a potem - zjada!traktowane jako domowe pieszczochy, tak więc się je przytula, drapie, a dopiero jak podrosną zaczyna się w nich widzieć wsad do kotła.

Ale wracając do negocjacji… Kiedy po godzinie przemówień, kłótni, dogadywania się, podejmowania decyzji, a potem ich zmieniania pojawiła się iskierka nadziei, że już wreszcie wyjdziemy, okazało się, że nie, bo zerwała się siedząca wcześniej w kucki jakaś wioskowa aktywistka, stwierdzając że absolutnie nie, i niczym Rejtan zasłoniła sobą bramę zrywając dotychczasowe negocjacje. No i jakby powiedzieli Rosjanie: na abarot – to samo, od początku. Tym razem było jeszcze ostrzej, bo do kłótni dołączyli się zniecierpliwieni tragarze (w końcu chcą zarobić). I szczerze mówiąc nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby w pewnym momencie podobnie jak wczoraj, nie pojawił się jakiś umundurowany gościu (ale ten mundur to wyraźnie widać, że dawno wysłużony, sprzed iluś lat) i swoim autorytetem przekonał wodza i aktywistkę, ze mają nas w końcu wypuścić.

My przypatrujemy się im, oni nam.W każdym razie dyskusje, którym przypatrujemy się z niemałym zainteresowaniem, trwają teraz już trzecią godzinę, ale widać światełko w tunelu. Najważniejsze że nie ma w tym wszystkim wrogości w stosunku do nas – mowy między lokalną społecznością a naszym szefem tragarzy (z innego plemienia) trwają, podczas gdy lokalesi chętnie pozują do zdjęć i nawet nie chcą żadnej kasy, uśmiechając się życzliwie. Niektórzy z nich mają wprawdzie maczety i łuki (inne strzały są tu na ptaki, inne na zwierzaki, inne na ludzi), ale nie widać żeby nosili to z myślą o nas.

Miejscowy piękniś z wpiętymi w uszy listkami.Ciekawe, że miejscowi (może inne plemiona papuaskie też) przywiązują tak dużą wagę do wyglądu. Chodzi o głowę, bo ciuchy to zwykle mało czyste i często podarte koszulki. Za to fryzury są „odjazdowe” - kucyki, warkoczyki (u facetów też), wplecione we włosy ogony jakiś zwierzaków, jeden z nich miał nawet wplecioną mini-girlande z… papieru. Do tego dochodzi zdobnictwo twarzy - namalowane serduszka, etc. I częste wisiorki na uszach, np. z liści. Inwencję w tym zakresie maja nieograniczoną. Aaa, zapomniałam o naszyjnikach. Najczęściej robi się je ze świńskich kłów. Świnie są tu w cenie - nawet żony się za nie kupuje. W ramach upiększania się wiele osób robi sobie też tatuaże albo nacięcia na twarzach (obie płcie).

Wioska w której jesteśmy zamieszkana jest po części przez plemię Dani,  po części przez Moni. W sumie to tereny Moni, ale Dani się pojawili, bo mieli za mało swoich  ziem, a tu ich jakoś  zaakceptowano. Wrogości żadnej miedzy jednymi i drugimi nie ma, wręcz przeciwnie. Ale wojny międzyplemienne na Papui to jednak nadal norma. Ostatnia miała miejsce ponoć w  zeszłym roku - zginęło  około 20 osób. Wojuje się dzidami  i łukami, przy czym na wojnę, do strzelania do ludzi są specjalne  strzały (inne niż przy polowaniach na zwierzynę). Pytałam czy  wrogów się zjada - w tym rejonie  ponoć nie, ale bardziej na północy kanibalizm nadal istnieje.

Tak Szczepan przeszedł całą dżunglę - w jednym adidasie i jednym kaloszu.Zmieniając temat, to znaczy wracając do naszej grupy… Okazało się, ze Szczepan, jeden z Polaków, przywiózł ze sobą kupione jeszcze w kraju kalosze, gdzie w jednej parze ma... dwa prawe. Ostatecznie stwierdził ze lepszym rozwiązaniem będzie jak do dżungli pójdzie w jednym kaloszu i jednym adidasie :).  [z perspektywy czasu: idąc w dwóch różnych butach Szczepan przeszedł całą dżunglę. W każdym razie bardzo sobie chwali swój oryginalny patent].

 

Wieczorem
Wreszcie w obozie

To dopiero pierwszy dzień, a już nam trochę ten dzisiejszy marsz dał w kość. Na początku wszyscy ruszyli dość żwawo, bo przez wioskowe poletka ścieżka była całkiem przyjemna, ale potem, już po wejściu do dżungli, okazało się, że wcale tak łatwo nie jest. Ścieżka przesz dżungle wprawdzie jest (podejrzewam że służy głównie Takich rzeczek będzie na tym szlaku mnóstwo. Tylko że to akurat łatwe ich przejście.myśliwym chodzącym na polowania), ale jest dość zdradziecka - zboczenie z niej choćby na krok grozi wpadnięciem w jakieś wykroty i np. złamaniem nogi. Poza tym często idzie się po stromym, dość eksponowanym terenie, gdzie z kolei trzeba uważać żeby się nie zsunąć np. w spieniony nurt płynącej kilkadziesiąt metrów w dole rzeki. Poruszanie utrudnia też mnóstwo kamieni, korzenie, zwalone konary... Na dodatek idzie sie góra-dół, góra-dół, z mocno stromymi, często niemal pionowymi podejściami. Urozmaiceniem są przejścia przez blokujące szlak spróchniałe drzewa, pokonywanie rwących potoków i inne tego typu atrakcje. Że może być zdradziecko doświadczył dziś Krzysiek, który zrobił jeden krok w bok gdzie myślał że jest trawa, no i poleciał głową w dół co dość groźnie zresztą wyglądało (na szczęście był z nim jeden z kolegów, który pomógł mu się z tego wygrzebać). No i trzeba jeszcze dodać, że jak to w dżungli, jest gorąco i nieprzyjemnie wilgotno. W każdym razie szybko byliśmy mokrzy – zarówno od wilgoci, jak wysiłku, a z każdym kilometrem było mniej sił. Mnie w sumie szło się jeszcze całkiem nie najgorzej, chociaż gdybym nie brała antybiotyków (po wyrwanym zębie i Uroki dżungli.szyciu dziąseł), kondycję pewnie miałabym lepszą. Przeklinałam za to swój plecak - żeby nie mieć takiej sytuacji jak wczoraj, czyli że zostałam na noc bez śpiwora, tym razem śpiwór wzięłam ze sobą. Plus jeszcze mnóstwo innych niepotrzebnych rzeczy, które z każdą godziną marszu wydawały mi się cieższe i cięższe. Z potrzebnych rzeczy na szczęście miałam ze sobą apteczkę – ta akurat się przydała, bo kolega Franuz (Ned) miał problemy z mocno bolącą nogą (wg mnie ścięgno), i co jakiś czas stawał zwijając się z bólu, tak że trzeba go było poratować tabletką przeciwbólową plus wodą, której wziął za mało.

Niestety i tak nie doszliśmy tam, gdzie zamierzaliśmy. Zostały dwie godziny drogi, a tymczasem nadchodziły już chmury deszczowe (bo w ciągu dnia było błękitne niebo). Poza tym było wiadomo, że wyszliśmy z wioski na tyle późno (dopiero o 11 - to przez te "negocjacje"), że do właściwego obozu nie mamy szansy dotrzeć. Na dodatek grupa się strasznie rozciągnęła, tak więc w rezultacie rozbiliśmy się na ładnej polance nad rzeką. Wykorzystałam że jest cieplutko i po rozstawieniu namiotu poszłam do rzeki się umyć, bo wyglądałam (inni zresztą też) jakbym cały dzień taplała się w błocie. Ubłocona byłam do pasa, a nogawek to chyba nawet  w domu nie dopiorę!

Tragarka z przyszłym tragarzem na plecach.A właśnie, my idziemy w butach (na ogół w kaloszach), a miejscowi tragarze, czy raczej tragarki, bo tutaj to kobiety w większości noszą nasz ekwipunek) idą na boso! Ładunek zawieszają sobie na taśmach na czole (podobnie jak nepalscy Szerpowie) i pędzą z nimi (dosłownie – tempo mają trzy razy większe od naszego), skacząc po kamieniach niczym kozice. Jest jedna taka, która oprócz ładunku niesie jeszcze na barana malutkie dziecko - w razie czego nie może się niczego złapać ręką, bo musi trzymać malucha. No chyba że mały śpi, to wtedy wsadza go do niesionej torby.

 

14 listopada, 3. dzień wyprawy
Z obozu I do obozu II
Rano, godzina 5.45

Mój namiocik to ten szary. Ważący 1 kg North Face.Trzeba wstawać, bo dziś w planach 8 godzin marszu, a że negocjacji nie będzie, bo nie ma komu nas zatrzymywać (teraz nie ma już żadnych wiosek), to chcemy wyjść w trasę wcześniej.

Ale mi się super spało. Zabrałam swój prywatny namiocik, bo choć te wyprawowe są dużo większe, czyli w sumie wygodniejsze, to stwierdziłam, że odrobina intymności, czyli lokum tylko dla siebie, ma dużo plusów. Przez pierwszą część nocy lało, tak więc miałam kojący szum deszczu o namiot (na szczęście nie ciekł), potem natomiast zastąpił go szum płynącej w dole górskiej rzeki. Mimo że w domu pobudkę o 5.45 uznałabym za pomysł raczej idiotyczny, tutaj wyspałam się za wszystkie czasy! Inna sprawa, że w Warszawie nie zdarza mi się kłaść spać o 9-tej wieczorem! (ogólnie to przed drugą w nocy do łóżka nie trafiam). Swoja droga byliśmy wczoraj wszyscy Zamiast zdjęcia z grzebania w mojej szczęce (zdjęcie szwów), migawka z drogi.tak padnięci (głównie przez zarwaną noc w szopie), że połowa grupy odpuściła nawet kolację, żeby móc szybciej sie położyć.

Z innych spraw to dzisiaj skończyłam branie antybiotyków. Dobrze, bo tego typu leki zawsze trochę osłabiają. Natomiast co do moich szwów to zaofiarował się je zdjąć Sławek (ale to dopiero za kilka dni). Jak się okazało, jest chirurgiem, czyli lepiej nie mogłam trafić. W sumie to byłam przygotowana psychicznie, że muszę poradzić sobie sama, ale nie ma to jak fachowiec.



Około 17-tej
W obozie II, wysokość 2652 m n.p.m.
Współrzędne z GPS: 03 st. 50.503` S, 137 st 09.187`E

Tragarze (i tragarki) już w trasie...Jeśli chodzi o dzisiejsze chodzenie, to fajny dzień, choć  trudny (a jutro ma być jeszcze trudniejszy). Wyszliśmy z obozu o 9.30 (byliśmy gotowi wcześniej, ale trzeba było zaczekać aż tragarze się zwiną, bo wychodzimy w trasę raźniej) i w sumie szliśmy 6 godzin. Krócej niż było zapowiedziane, za to po dość trudnym terenie. Błoto prawie po kolana, co chwila jakieś konary i kamienie, gimnastyka typu przechodzenie pod konarami, przeskakiwanie ponad nimi, przeczołgiwanie się pod nimi... Najbardziej podobała mi się kładka przez rwąca rzekę - dwa przerzucone drągi, z czego jeden podejrzanie chybocący się, a oba śliskie jak diabli, no i oczywiście żadnych poręczy. Ale w innym miejscu był też jeden klasyczny, zmontowany z patyków most wiszący!

Jeden z kwiastków z tak zwanego dżunglowego Ogrodu.Przerywnikiem w klasycznej dżungli była polana z dużą ilością kwiatów. Miejscowi nazywają to miejsce "Ogród". Szkoda tylko że niemal wszystkie kwiatki były zwinięte- znak, że zanosi się na deszcz (rzeczywiście, zaraz zaczęło lać).

Ponoć trasa którą idziemy to najtrudniejszy z wykorzystywanych na wyprawach wariantów dotarcia pod Piramidę Carstensza. Wytyczono go dopiero w 2008 roku, a zrobili to właśnie nasi przewodnicy w związku z tym, że normalnie, wcześniej stosowana droga, z Ilagi, została zamknięta przez papuaskich separatystów. Teraz już ekspedycje znowu  z Illagi chodzą - my w pierwotnym planie też mieliśmy stamtąd ruszać, ale 2 tygodnie przed wyprawą sytuacja z partyzantami-separatystami znowu się zaogniła i zdecydowano że jest zbyt niebezpiecznie. Ja akurat się cieszę - szlak którym idziemy jest ponoć dużo  Ciągle tylko błoto, woda i krzaki.bardziej dziki, bardziej wymagający fizycznie, bo to taka prawdziwa, kompletnie nie cywilizowana dżungla. Dzięki temu też i satysfakcja większa, bo dobra, człowiek się zmęczy,  ubłoci po pachy, ale świadomość że niewielu białych ludzi tędy szło, jest jednak fajna.

Dróg pod Piramidę Carstensza jest kilka. Najkrótsza, a zarazem najdroższa, z której ze znanych mi osób korzystała m.in. Martyna Wojciechowska, to dolot pod górę helikopterem. W takiej wersji górę "załatwia się" szybko – nie zdąży się wcześniej stracić sił, poobcierać sobie nóg i rąk, no i nawet człowiek się za bardzo pobrudzić nie zdąży.

Druga opcja, praktycznie dla zwykłego śmiertelnika niewykonalna, to przedostać się pod górę przez teren należący do Freeportu, czyli kopalni złota. To niesamowicie duży skrót w stosunku do tras dżunglowych, ale jak złapią (a pewnie złapią, bo dobrze pilnują), wtedy mamy zagwarantowane 6 miesięcy atrakcji w postaci indonezyjskiego więzienia.

No i wersje najtańsze(co i tak oznacza 10-15 tys. dolarów na głowę) to trasy dżunglowe – ta dotychczasowa, przez wioskę Illaga i nasza – najambitniejsza.

Widok z daleka na osławioną kopalnię złota, miedzi i uranu.Wrócę jeszcze do tego Freeportu, czyli w podtekście - kopalni. Tak naprawdę to nie tylko złoto się  tam wydobywa (ponoć jest to największa kopalnia złota w świecie), ale także miedź i uran. Właścicielami są  Amerykanie, którzy wydzierżawili tent teren od rządu indonezyjskiego najpierw na 25 lat, ale potem przedłużyli kontrakt. Ponoć największym  płatnikiem podatków w Indonezji  jest właśnie Freeport.  Ale ogólnie kraj chyba niewiele z tej kopalni ma - mówi się że zarabiają na tym ludzie z rządu, pewne obrywy  dostają lokalne plemiona (1% dochodów kopalni w podziale na 7 plemion do których ten Koszulki Freeportu (kopalni). Na bazarze w Timice może je kupić sobie każdy.teren należy), no a tak naprawdę to kasiorę robią Amerykanie. Zarabiają dużo, bo kopalnia jest ogromna. Dość powiedzieć że zatrudnia ponad 20 tys. osób. Dziwne jednak że aż tak się tu boją,  żeby nikt nieupoważniony na teren kopalni nie wszedł. Musieliśmy wszyscy podpisać papiery, że tego nie zrobimy, choć nieoficjalnie człowiek z agencji powiedział mi, że w razie niebezpieczeństwa najlepiej jednak wiać do kopalni. Pytałam, czy mieli na wyprawach takie sytuacje „top ryzyka”. Podobna tak, jak zmarł im tragarz i lokalesi zrobili się bardzo agresywni. Tyle że potem, po wejściu na teren kopalni, są jednak straszne problemy. Ponoć jedyna szansa żeby uniknąć przykrych konsekwencji typu policja, kary etc. jest udowodniona wyższa konieczność, typu choroba. Wtedy kopalnia gościa  ewakuuje. Jeśli więc gość jest zdrowy, to zamyka się go w kontenerze (!) i po tygodniu już na pewno coś mu dolega, a wtedy można go już ewakuować, tłumacząc że to sytuacja groźna dla życia. My w każdym razie skrótów  przez kopalnię nie planujemy.


Wieczorem, ok. 21
Nie wierzyć Wikipedii!

Spędziłam całkiem fajne popołudnie i wieczór.  Najpierw zaprosili mnie do swojego namiotu moi hiszpańskojęzyczni kumple. Powyciągali różne przywiezione specjały Nasz super team, czyli Ricardo (Argentyńczyk), ja i Unai (Bask).(hiszpańska kiełbasa, argentyńskie słodycze itp.), wyszła więc całkiem niezła wyżerka przy sympatycznych rozmowach na różnorakie tematy. Ja ze swoich zapasów przyniosłam kabanosy z Sokołowa!

Potem, w mesie spotkałam Sama (Brytyjczyka) z którym ucięłam sobie sympatyczną pogawędkę o nurkowaniu w różnych rejonach świata. A na koniec wylądowałam najpierw w namiocie tragarzy. „Namiot” to może trochę dumnie powiedziane – chodzi o folię rozłożoną na odpowiednio ułożonych żerdziach, gdzie wszyscy siedzą na kupie przy rozpalonych ogniskach. Ogniska są dwa – jedno skupia facetów, po drugiej stronie, przy drugim ognisku siedzą i gotują sobie kobitki (w swoich domach też przebywają osobno). Przy okazji nauczyłam się kilku lokalnych słówek ! I tak "dziękuję" w plemieniu Moni jest "amakame", a u Dani „kaonak” (mamy wśród tragarzy przedstawicieli obydwu tych plemion). Co do powitania, to lokalne dzień dobry brzmi: „Selamat Pagi”. To na Papui, bo w ogóle po indonezyjsku to „Terima Kasih”.

Piramida Carstensza w pełnej krasie.Na zakończenie dnia posiedziałam trochę z naszymi przewodnikami. I dowiedziałam się zaskakującej rzeczy - ano że Piramida Carstensza i Puncak Jaya to tak naprawdę dwie RÓŻNE góry! Ciekawe, bo wszyscy są na ogół przekonani (bo tak głosi Wikipedia), że to niby dwie nazwy dotyczące tej samej góry (Piramida Carstensza to jakoby nazwa europejska, od imienia jej holenderskiego „odkrywcy”, podczas gdy Puncak Jaya – nazwa lokalna). Upewniałam się jednak kilka razy - Puncak Juaya to zupełnie inna góra! Co do lokalnych nazw to Dani mówią o górze Ndugu Ndugu, zaś Moni - Bagderapa.

 

15 listopada, z Obozu II (2652 m) do Obozu III (3300 m)

Rano, ok. 5.15

Mój samsungowski tablet w akcji, czyli poranne pisanie bloga. Rano przynajmniej jest słońce, potem już go nie będzie :(Oj, nóżki po wczorajszym trochę bolą...  I pęcherzy na stopach też trochę jest... Za to przynajmniej wysypiam się tu za wszystkie czasy. Położyłam się o  21,oficjalna pobudka jest dziś  o 6, ale i tak już nie mogę dłużej spać. Tym razem rozbiłam swój namiot na samym końcu obozu, gdzie nikt koło niego nie przechodzi. Wczoraj mało roztropnie rozbiłam się koło namiotu tragarzy, no i o 5 rano miałam nad głową tłumek rozprawiających o czymś Papuasów. Dziś słyszę tylko ptaki i glosy też powoli budzących się moich hiszpańskojęzycznych kompanów (rozbijamy się po sąsiedzku).

Tym razem w nocy nie padało. Namiot mam mokry tylko od rosy, w środku suchutko (poprzedni razem miałam mini-basen, bo rozstawiłam się w jakiejś niecce). Wczoraj przezornie wyniosłam trochę mokrych ciuchów do suszenia przy ognisku w namiocie tragarzy - pewnie będą śmierdzące od dymu, ale za to suche. Zresztą jak będą zadymione, to będą odpędzały insekty. W sumie to nie ma tu specjalnie dużo latającego Obóż II. Jeszcze są normalne, wysokie drzewa.i pełzającego świństwa – spodziewałam się więcej. Komara widziałam tylko jednego (lokalesi mówią, że nie ma malarii - za wysoko, ale może są uodpornieni?), żadnych meszek, nic co by uprzykrzało bardzo życie. Wciągu dnia chodzę w koszulce bez rękawków – jak do tej pory, było jak najbardziej okej (na wszelki wypadek miałam przygotowaną koszulę z długimi rękawami, ale nic nie gryzło, nie było więc potrzeby zakładania). A właściwie to nie, jednak pogryzło, ale już w obozie, i to jak założyłam windstoper. Akurat byłam  w namiocie Unaia i Ricarda, gadamy, a ja czuję że coś mi pełza pod bluzą po ramieniu. Dłuższy moment jeszcze trwało zanim zdecydowałam się zdjąć bluzę, właściwie dopiero jak owe "coś" mnie ugryzło. W każdym razie kiedy zdjęłam, najpierw usłyszałam głośny krzyk Baska, a potem zobaczyłam że tajemniczy stwór to elegancka biało-czarna gąsienica. Potem przewodnicy powiedzieli mi że ma wywołujący bolesność jad - dobrze że nie ugryzła mnie mocniej .

W namiocie tragarek.A jeszcze co do odgłosów i tragarzy, to wczoraj wieczorem z ich namiotu rozlegały się przepiękne śpiewy. Właściwie to już byłam u siebie w namiocie i zaczynałam rozkładać się ze śpiworem, ale zwlokłam się jeszcze zobaczyć, co się dzieje. Myślałam że to może ich takie lokalne pieśni, „ludowe”, ale okazało się że nie – zebrali się na wieczorną modlitwę. Nie jestem religijna, ale aż miło było popatrzeć jaka głębia wiary z nich bije i jak się modlą naprawdę z głębi serca. Niebyło to klepanie żadnych religijnych formułek - każdy spontanicznie mówił coś od siebie. No i te pieśni - naprawdę piękne.

Aby kupić żonę, Papuas musi dać rodzinie dziewczyny przeciętnie 10 świniaków.Jeśli chodzi o religie, to większość lokalnych Papuasów, to chrześcijanie, na ogół katolicy. To że są chrześcijanami nie przeszkadza im w wielożeństwie - John, szef naszych tragarzy ma na przykład trzy. Ilość żon zależy od tego czy kogoś na tak liczną rodzinę stać - cenę negocjuje się z  rodzicami dziewczyny, a płaci się: pieniędzmi (gotówką), świniakami (przeciętnie 10 sztuk za dziewczynę), albo muszlami morskimi – jakimś tam konkretnym gatunkiem, który ma dla Papuasów szczególną wartość. Co ważne- każdej żonie trzeba zapewnić oddzielną chatę - facet nie mieszka na stale z żadną wybranek, tylko je odwiedza. Nawet kiedy chce się z jakąś przespać, musi najpierw zapytać czy ma ochotę i go wpuści.

Stopa Papuasa. Inna niż europejska.Tak w ogóle to przyuważyłam że John nie ma najmniejszego palca. Okazało się, że jego własna matka mu go obcięła. A właściwie to odgryzła. Zanim John przyszedł na świat, jego matka rodziła wcześniejszego potomka. Niestety, maleństwo zmarło. Kiedy potem urodził się John i ciężko zachorował, matka u znała że to sprawka ducha poprzedniego, zmarłego dzieciaka i aby odegnać złe duchy, pozbawiła Johna palucha. Inna sprawa że na Papui, ale to już wśród kobiet, jest zwyczaj odcinania sobie po stracie bliskiej osoby kawałka palca - tak do najbliższego stawu.  To forma żałoby, mająca na celu częste przypominanie sobie zmarłego.  Kończy się tym, że starsze kobiety czasem niemal w ogóle nie mają palców - wszystko robią piąstkami. A co do samego zabiegu obcięcia palców to po prostu bierze się ostry kamień, potem zawija w liść który ma właściwości tłumienia krwawienia  i tyle... Ale na ich stopy też warto spojrzeć. Różnią się od naszych przede wszystkim kształtem - przypominają płetwę, czyli są duże, szerokie, z charakterystycznie rozsuniętymi pierwszymi palcami i w ogóle długimi paluchami, przez co stają się "chwytne" niczym dłonie.



15 listopada, podobno sobota,godz. 16. 45
Obóz III, wysokość ok. 3300 m

Boże, znowu leje... Udało mi się rozbić namiot w ostatniej chwili, zanim lunęło na dobre. Właściwie to udało mi się tylko dzięki pomocy Unaia i Sławka, za co byłam chłopakom ogromnie wdzięczna. Wszystkim innym namioty rozbijają tragarze, no ale skoro mam swój, to uznano że mam radzić sobie sama.

Unai zalicza specyficzny bieg przez płotki.No dobra, a jak dzień? Ciężki...Dostaliśmy w kość i przyznam że pod koniec  długiego marszu marzyłam już o obozie. W międzyczasie na jakimś postoju pytaliśmy się naszych przewodników ile jeszcze do celu. Powiedzieli, że z pół godziny. No dobra, już duchem byliśmy w namiotach, minęło te pół godziny, albo i z 45 minut, ale dobra, uznaliśmy że może po prostu za bardzo się wleczemy. W końcu po godzinie dochodzimy do rzeki, łudzimy się że to upragniony obóz, a tu przewodnik (już inny) mówi że... jeszcze godzinka!

Ale w sumie ciekawie dziś było. Myślałam że już gorszej do przechodzenia dżungli jak wczoraj być raczej nie może, ale przekonałam się, że może. Najgorsze były pojawiające się dosłownie co chwila przegradzające drogę konary, ewentualnie zwalone drzewa ułożone wzdłuż drogi – wtedy się po nich przechodzi, co czasem budzi strach, bo omszałe,  śliskie i spróchniałe. Pod niektórymi trzeba się było niemal przeczołgiwać, co To akurat mostek zaliczany do tzw. łatwych.było wybitnie wkurzające i męczące. I do tego to okropne błoto - blokujące nogi, a wręcz ściągające kalosze. Niby uważałam jak idę, ale i tak dwa wlało mi się to  błocko górą buta. Od razu mi się przypomniała  jedna z chorób tropikalnych – ślimaczki które z bagnisk i ogolnie stojących  wód przenikają w skórę człowieka i tam drążą sobie kanaliki, ale co tam, tu na błoto trzeba po prostu zobojętnieć. Swoją drogą  każdego dnia już po pierwszej godzinie w dżungli wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy - ubłocona po pas, a właściwie to i powyżej pasa. Gdzieś tam po drodze, w kolejnej na trasie rzece przechodzonej w bród doprowadziłam się co prawda do porządku, ale szybko spotkała mnie za to kara, bo świeżo umyta zaraz potem wyrżnęłam w błocko jak długa. W sumie to leżałam dzisiaj w bagnisku dokładnie 6 razy - i tak dziwne że tylko tyle.

A  właśnie, co do rzek. Dzisiaj przekraczaliśmy kilka. Najczęściej tak jak wspomniałam - w bród , przy czym jedna z wodą po kolana (bardzo zimną wodą, bo to już na 3 tysiącach metrów). Hitem była jednak taka jedna z niezłą dawką emocji, bo z każdej strony wodospad, a między nimi przerzucony okorowany, śliski bal (oczywiście bez żadnych poręczy). Nie powiem, cykora trochę miałam, zwłaszcza że Często nie ma innej opcji - pozostaje tylko przechodzenie rzek w bród.myślałam o zawieszonym na szyi aparacie fotograficznym i moim tablecie w plecaku. Zresztą u większości ekipy widać było, że nogi wpadają w zdradzający strach tzw. telegraf (drżenie). Najgorzej było na samym środku , bo szybki nurt sprawiał, że tym bardziej człowiek wpadał w panikę.

Na szczęście chyba wyszliśmy już z tej klasycznej dżungli. Końcówka drogi biegła przez wysokogórskie bagnisko, potem był piękny las drzewiastych paproci i na finiszu - długie, ostre podejście. Za to polanka na której mamy dzisiejszy obóz – całkiem urokliwa. Liczyłam trochę że się wykąpię i przepiorę z  tego obklejającego mnie wszędzie błota, ale okazało się, że jedyne ujęcie wody ( z którego mamy wodę do kuchni) to takie malutkie bajoro z pływającym w nim zdechłym ptaszyskiem. No cóż, została "kąpiel" chusteczkami higienicznymi . Zastanawiam się co zrobić z mokrymi kaloszami i spodniami - do jutra przy tym deszczu nie mają szans wyschnąć. Chyba znowu zaniosę do ogniska tragarzy... [tak też zrobiłam. Nie tylko ja, bo w momencie kiedy pisałam ostatnie zdanie rozległo się charakterystyczne wołanie Unaia: -Moniiii!, no i okazało się że chłopcy mają dokładnie ten sam pomysł].

Moje kumpele - papuaskie tragarki.A właśnie, w kwestii lokalesów... Chyba mnie polubili, bo znają moje imię, sami z siebie zapraszają do tego swojego namiotu (ale długo tam i tak nie da się wysiedzieć ze względu na dym), ciągle czymś częstują (dziś kobitki przyniosły orzeszki ziemne, ale takie niesolone i nie prażone, wyglądające niczym fasolki, wykopane świeżo z ziemi). Najlepiej było rano jak jedna z tragarek przyszła i pokazała, że ma ranę na nodze. Rana była niewielka, ale podeszłam do sprawy poważnie, odkaziłam jej co mogłam i przykleiłam plaster.  A za chwilę miałam przed sobą tłumek z 20 kolejnych "pacjentek" z różnymi skaleczeniami (na ogół niegroźnymi), bólami brzucha, gardła etc. Problem w tym że mamy zakaz dawania miejscowym leków, bo w sumie przecież nie znamy tych ludzi, a może mają na coś alergię albo potraktują leki jak cukierki? Tylko że tak jakoś  głupio odmówić pomocy...

 

16 listopada, niedziela,
Z  Obozu III (3300 m) do Obozu IV (ok. 3600 m n.p.m.)
Hasło dnia: la concha de la lora

Dawno nie padało (bo minęło już półtorej godziny bez deszczu), więc pada. Szkoda, bo jak nie pada to w obozie kwitnie życie towarzyskie, a jak pada (częściej), to ludzie chowają się do swoich namiotów i zwykle śpią. Chociaż ja akurat nie mam czasu na spanie - tradycyjnie już skorzystałam z zaproszenia na podwieczorek do namiotu Richarda i Unaia (dziś chłopcy wyciągnęli daktyle i hiszpańskie sery), no i jakoś tak zeszło na pogaduchach. Wróciłam do swojego namiotu właściwie z obowiązku - wiem że jak teraz nie uzupełnię bloga, to po kolacji już tego nie zrobię, bo po prostu padnę.

Kto ma długie nogi, temu łatwiej.Co do dnia to według  przewodników miał być łatwy, ale wcale nie był. Powiem szczerze - ten trekking naprawdę daje w kość. Dziś już wprawdzie nie było takiej dżungli jak wcześniej, bo już za wysoko, ale bagniska zostały i to tak samo upierdliwe jak wcześniej albo nawet i bardziej. W każdym razie dziś przyjęłam inny system rozwiązania: spodnie-buty. No więc zamiast wkładania nogawek  spodni do kaloszy, nogawki wyciągam na zewnątrz. Spodnie i tak mam ubłocone po całości, ale dzięki takiemu systemowi jak mi bagnisko wessie cały kalosz, spodnie blokują błoto  przed wpłynięciem do wnętrza buta (jak to przerabiałam wczoraj), czyli inaczej mówiąc błocko spływa na zewnątrz.

Moje ulubione lasy paproci. W każdym razie dzisiejsza droga szła góra-dół, góra dół, a później grzbietem ciągu wzgórz, w otoczeniu lasu paproci, co nie powiem (pomijając to błocko), było  bardzo urokliwie. Niesamowite, że tu na takiej wysokości, na jakiej w Europie mamy tylko lodowce i lite skały, jest tak bujna roślinność. Trochę podobne do Papui są afrykańskie góry Ruwenzori, no ale tam już jakaś cywilizacja jednak jest, a tu zero. Poza tym zawsze uważałam Ruwenzori za dość trudny trekking, ale teraz muszę stwierdzić że w stosunku do Papui tam jest jednak dużo łatwiej.

Te paprocie to takie całkiem spore.Dziś leżałam tylko dwa razy, za to nie powiem - trochę się naprzeklinałam (a normalnie nie przeklinam). Ale co tam ja - przy każdym poślizgnięciu czy wpadnięciu głębiej w błoto przeklinają tu wszyscy. Hasłem dnia stało się powiedzonko Ricarda, a konkretniej przekleństwo argentyńskie: "la concha de la lora". "Lora" to papuga, a "concha" to oficjalnie muszla, za to nieoficjalnie, w slangu - kto ciekawy niech się sam dowie. Dla uproszczenia powiem tylko że chodzi o część ciała papugi (i nie tylko papugi). I nie dziób bynajmniej mam na myśli :).

A tak w ogóle to dziś niedziela... Straciłam już rachubę dni, ale tak mi przy włączaniu do pisania bloga podpowiedział mój Samsung (tablet). Miałam się z tej świątecznej okazji umyć, ale tu naprawdę nie ma jak. Rzekę przy obozie mieliśmy tylko raz, przy Campie I, czyli na samym początku. No a potem z wodą zrobiło się już kiepsko. Poza tym kiedy dochodzimy do obozu zwykle leje i jest zimno, no i ochota na ablucje samoistnie przechodzi. 


17 listopada  - zdaje się 6 dzień wyprawy, ale pewna nie jestem bo straciłam rachubę
Z Obozu IV do Obozu V (3650 m)

Raniutko, godz. 5.30
Znowu w drogę

Poranna chwila słońca (zaraz zniknie). Czas na podsuszenie ciuchów i butów, no i podładowanie elektroniki.Z wstawaniem bladym świtem tu akurat nie mam problemów - o 6-tej i tak wszyscy są już na nogach, ale porannego pakowania się nie znoszę. Mam wrażenie że z dnia na dzień torba mi się zmniejsza, a rzeczy puchną, choć faktycznie tak jest bo wszystko jest mokre, więc nabiera objętości i wagi. Inna sprawa że poranki są o tyle fajne, że nie pada – często pojawia się nawet błękitne niebo, można podładować elektronikę (ja sama mam trzy ładowarki słoneczne) i podsuszyć nieco ciuchy.

A co do dzisiejszej nocy to nie powiem bym się wyspała. Najpierw okazało się, że idealnie pod grzbietem mam jakiś korzeń. I tak z trudem znalazłam miejsce na namiot, bo na tym terenie wcale nie łatwo o suche placyki – wszędzie jest podchodzące wodą bagnisko. A jak już się jakoś na tym korzeniu ułożyłam, to dostałam biegunki. Podejrzewam że  od wody - w okolicy obozu nie widać żadnych rzek czy źródeł, a wolę nie wnikać jak przynoszona do kuchni woda wygląda i jak jest gotowana (samo doprowadzenie jej do wrzenia niewiele daje – trzeba ją pogotować dobre kilka minut).

 

Wieczorem, w Obozie V
Kryzys, zdjęcie szwów

Dżungla się skończyła, ale bagniska pozostały.Dzisiejszy dzień w porównaniu do innych był dość lajtowy - tylko 5,5 godzin chodzenia, po drodze tylko dwie  ulewy, no i wreszcie mniej tego cholernego błota. Z dżunglą już się chwilowo pożegnaliśmy - weszliśmy na wysokogórskie łąki (bagniste, a jakże), a jeśli są jeszcze jakieś drzewa, to lasy paproci. No i coraz więcej już teraz kamieni,  a co najważniejsze: wreszcie widać góry - mamy je już właściwie na wyciągnięcie ręki.

Grupa nam się podzieliła na kilka podgrupek. Pierwsi, „ściganci”, to dwaj Anglicy (Ed i Sam) plus trzech Polaków (Arek, Sławek, Szczepan) - gnają jak opętani, niemal bez odpoczynków. Dość powiedzieć że na dzisiejszym odcinku obliczonym na 6 godzin różnica między ich przyjściem do obozu, a ostatnimi osobami wyniosła aż 3 godziny!
Ja z Baskiem i Argentyńczykiem idziemy sobie spokojnie, bo robimy po drodze mnóstwo zdjęć i filmików. Tym bardziej że dziś były fajne widoki i całkiem przyzwoita pogoda. Poza tym chyba najbardziej ze wszystkich zbrataliśmy się z lokalesami, tak więc często przystajemy bo albo oni do nas zagadują, albo my ich. W Obóz V - wysokość 3650 m n.p.m.każdym razie do „ścigantów” nam trochę brakuje, dlatego też trochę się zdziwiłam, że kiedy przyszło do podziału grup na atak szczytowy, wyszło na to, że idziemy z kolegami- „ścigantami”. Krótko mówiąc plan jest taki: jutro idziemy do obozu bazowego, będziemy tam po 6 godzinach łażenia, czyli po południu, a o drugiej w nocy startujemy na szczyt. Druga grupa podczas naszego ataku szczytowego ma rest i atakuje dopiero kolejnego dnia.

Mam wrażenie, że chyba wszyscy mają powoli dosyć. Dżungla dała wszystkim w kość, bo choć nie ma w grupie mięczaków i wszyscy są z trudnymi warunkami jako tako obyci, mało kto spodziewał się że będzie to tak długi i zarazem tak trudny trekking. No i te dobijające deszcze - to że nie można się wysuszyć, i to że jest zimniej niż każdy z nas przypuszczał. Jednym z głównych tematów rozmów stało się Bali - każdy marzy o czekającym tam słońcu, prysznicu, plaży, suchych ciuchach, masażach, doprowadzeniu się do porządku. Tyle że Bali to jeszcze dość odległa przyszłość - tymczasem nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie wyprawy. W sumie to każdego dnia Nie powiem, często mamy dość, ale jak się widzi taki widoki, to kryzys szybko mija.najmilsze są dwa momenty - jeden jak się wychodzi z obozu, kiedy wszystkich roznosi energia (jeszcze), i drugi jak się człowiek dowleka do obozu, kiedy tej energii już brak.

Tak na marginesie to rozbroił nas dzisiaj przy kolacji kolega Francuz, który był święcie przekonany, że jesteśmy już w bazie i jutro pierwsza grupa atakuje szczyt. Fakt, kolega Francuz nie zna angielskiego, tak więc nie wszystkie informacje łapie, ale jak są położone obozy chłopak jednak powinien wiedzieć. W każdym razie trzeba było widzieć jego minę, jak mu wytłumaczyliśmy, że do bazy jeszcze jeden dzień drogi! Chłopak był tak zawiedziony, a właściwie wręcz zrozpaczony, że naprawdę szczerze mi było go żal.

Szczerze mówiąc to aż nam się nie chce myśleć o drodze powrotnej. Co prawda ma trwać krócej - tylko 4 dni, ale to z kolei oznacza że będziemy mieli w ciągu dnia jeszcze dłuższe niż teraz odcinki do przejścia. A niestety tu nie jest tak, że ot po prostu zbiegniemy sobie z górki, tylko monotonny marsz góra-dół, góra -dół i ciągle te okropne błoto. Któryś z chłopaków wyjawił, że nawet jak zasypia, to ma przed oczami bagna i dżunglę.

Najgorsza to ta dżungla.W  sumie to nie ma co się dziwić, że dziś przy kolacji wyszedł już nawet temat helikoptera, który po ataku szczytowym miałby chętnych zabrać w dół. Koszt : 18 tys. dolarów, a że mogą lecieć 3 osoby, wychodzi po 6 tys. dolców na osobę. Na pewno chętni są nasi najstarsi - Dr Jane i Holender, a pewnie dołączy do nich też  i Net – wspomniany wyżej Francuz. Reszta uznała że to jednak nie honorowo, a poza tym nawet dla Westmenów to jednak całkiem spora kasa. My w naszym polskim gronie jeszcze inaczej podeszliśmy do tematu – uznaliśmy że to całkiem dobry deal – zarobić 4-dniowym przejściem dżungli 6 tysięcy zielonych.

A co do wspomnianego „honoru” to zgadało się dziś przy kolacji, że ci którzy zdobywają Piramidę Carstensza na zasadzie : dolot do  bazy helikopterem, myk, myk wejście na górę  i zaraz potem powrót helikopterem do cywilizacji, nie powinni mieć zaliczonej góry. Dżungla jest tu integralną częścią  góry, nie powinno się iść na skróty. To właśnie dżungla sprawia, że Carstensz staje się  naprawdę trudną górą.
Z innych spraw to Sławek ściągnął mi dzisiaj szwy. Asystował mu Sam, który przyświecał mi w usta latarką, a jeden z przewodników postanowił uwieczniać operację na zdjęciach (do kroniki agencji?). Niestety, udało się wyciągnąć tylko cztery szwy – ostatni, piąty jest jakoś tak umiejscowiony, że nie dało rady. Mam nadzieję że nic się nie stanie jak poczeka do mojego powrotu do Polski. Najważniejsze że Sławek stwierdził że rana się ładnie zagoiła.

18 listopada,
Z obozu V do Base Camp`u (4330 m)

Miejsce na Base Camp po prostu śliczne!Ale piękne miejsce na obóz dzisiaj mamy. Nad ślicznym turkusowym jeziorem, z trzech stron otoczeni górami.

Kiepsko tylko, bo w nocy atak szczytowy, a ja jestem ledwo żywa. Właśnie uwaliłam się w namiocie po 6 godzinach dość wyczerpującego chodzenia, bo tym razem sporo było bardzo stromych, kamienistych podejść, przy których wejście na Rysy to mały pikuś (no i tu niema żadnych lin czy łańcuchów, tylko trzeba się momentami mocno nagimnastykować).Szczerze mówiąc to się nawet zdziwiłam, że wszyscy przeszli to bezpiecznie, bo były odcinki nie tylko mocno eksponowane, ale też wymagające sporej sprawności i zmysłu równowagi. Na tym akurat odcinku przewagę mają wysocy, obdarzeni długimi nogami – ja w dwóch miejscach miałam problemy, bo po prostu tam gdzie trzeba było, nie sięgałam (no cóż, skorzystałam z uczynnej ręki Unaia). Momentami trzeba było też pokonać nieprzyjemne uskoki kończące się błotem na którym można było nieźle zjechać (docelowo w  przepaść). Na dodatek Pada, ciągle pada...pogoda nas dzisiaj nie rozpieszczała - lało właściwie cały czas, a raz tak (akurat szczęśliwie udało nam się schronić  pod wielkim kamieniem) że ścieżka, którą chwilę wcześniej szliśmy zamieniła się w rwący potok, podczas gdy z okolicznych gór momentalnie zaczęły płynąć wodospady. Apogeum przemoczenia osiągnęłam na wysokości 4400 m, nic więc dziwnego, że zmarzłam w tych mokrych ciuchach strasznie. Ciekawe, co  by na takie masochistyczne formy spędzania wakacji powiedziała moja pani doktór z Instytutu Reumatologii w którym swego czasu jako chorowite dziecię się kiedyś leczyłam.

Wysokość ok. 4300 m n.p.m. My już ciepło ubrani,a nasi tragarze widać, nawet bez butów.Szczerze mówiąc to  najbardziej żal mi naszych  tragarzy, którzy nawet na tych wysokościach biegają  boso, nie mając żadnych ciepłych czy wodoodpornych ubrań i na dodatek w ciągu dnia zdaje się nic nie jedzą. W każdym razie na pewno nie mają żadnego prowiantu czy wody - kiedy dzisiaj dałam im swoje ciasteczka, widać  było że są po prostu głodni. Najmłodszemu, Mikelanusowi, który wygląda na jakieś 9 lat,  ale mimo tak młodego podobnie jak inni zasuwa z ciężkim tobołem, dałam pelerynę. Niby peleryna mnie też potrzebna, ale po prostu  nie mogłam patrzeć jak chłopak się trzęsie. Dzieciak nie mógł uwierzyć, że to dla niego - patrzył na mnie szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami i juz do końca dnia w pelerynie paradował (nawet kiedy sie wypogodziło). Przy okazji śmiesznie wyszło bo papuaskie kobitki podpatrzyły jak Ricardo rozciera mi zmarznięte dłonie i stwierdziły, że skoro to taki dobry patent, to one też  chcą. Tyle że do Ricarda wstydziły się podejść - przyszły do mnie. Jednej roztarłam, drugiej też, ale gdy utworzyła  się kilkunastoosobowa kolejka - wymiękłam pokazując jak mogą sobie same radzić.

W okolicach Przełęczy Nowozelandczyków.Z ciekawostek topograficznych to dzisiaj przechodziliśmy przez Przełęcz Nowozelandczyków. Pytałam skąd ta nazwa - okazało się że w latach 60. rzeczywiście była w tym rejonie jakaś nowozelandzka wyprawa, której celem było dotarcie do Piramidy Carstensza. Tyle że ambitnym Kiwusom coś się pobłądziło i po dojściu do wspomnianej przełęczy zniechęceni zawrócili. Biedacy, nie przypuszczali, żę już tak blisko celu byli.

Dobra, idę spać bo za kilka godzin atakujemy szczyt. Pobudka o drugiej,  o 2.30 śniadanie  i o trzeciej w drogę. Trochę się denerwuję, że mam mokry plecak i kurtkę i nie mam ich jak do jutra wysuszyć. I jeszcze do tego się stresuję – że idąc w pierwszej, czyli bardzo szybkiej grupie, nie nadążę za kolegami-ścigantami.


19 listopada, około 16-tej
Base Camp (4330 m) – szczyt (4884 m ) – powrót do Base Camp`u
Góra zdobyta!

Trochę trzeba się namęczyć! Uff, jakoś poszło :) ! Nie powiem - ze zdobyciem Carstensza łatwo nie było. W przeciwieństwie do innych gór z Korony Ziemi, ta jest typowo wspinaczkowa. Moi koledzy, którzy dużo się wspinają (bo ja akurat za skalnego eksperta wcale się nie uważam), wycenili drogę na 5+, czyli dość wymagającą. Wprawdzie cała droga jest oporęczowana, można więc wspomagać się jumarem (dla niewtajemniczonych – specjalny przyrząd wspinaczkowy)  i co ważne -  jest się jako tako ubezpieczonym („jako tako” bo są liny trzymające się na resztkach włókien), ale mimo wszystko namęczyć się trochę trzeba. Na szczęcie skała jest na tyle fajna, że daje dużo dobrych chwytów, chociaż z drugiej strony jest też bardzo ostra (strasznie pokiereszowałam sobie dłonie).

Słynna tyrolka. Nie powiem, ramiona bolą! :)Co było w „szczytowaniu” najtrudniejsze? Wcale nie wspinanie się po niemal pionowych skalach, ani też nie osławiona tyrolka - lina po której trzeba się przeciągnąć nad przepaścią (choć na tyrolce ręce mnie oj, bolały). Otóż, przynajmniej dla mnie, najgorsze były dwa uskoki przez które należało praktycznie przeskoczyć, mając pod sobą głęboką szczelinę. Mało tego - skacząc trzeba było złapać się naprzeciwległej , pionowej skały tak, by wbić się w jakiś skuteczny  chwyt i wyhamować rozpęd ze skoku. Przyjemne to nie było, dla innych zresztą też.

Strach się bać :)Dodatkowym "utrudnieniem" było też i to, że tak jak wspomniałam, „szczytowalam” w grupie pierwszej, czyli w najsprawniejszej i najszybszej ekipie. Tak jak się spodziewałam, chłopcy narzucili takie tempo, że myślałam że już po kwadransie przydepczę własny język. No ale nie powiem, warto się było namęczyć, by akurat w tej akurat ekipie stanąć na szczycie! Oczywiście była radość, ściskanie się, całusy, dziesiątki wspólnych zdjęć i prawdziwa radość, że się udało! No i super widoki, bo pogodowo wstrzeliliśmy się rewelacyjnie. Wprawdzie po drodze popadał trochę śnieg, ale krótko, a poza tym śnieg to jednak nie deszcz. Deszczu o dziwo dzisiaj w ogóle nie zaliczyliśmy - pierwszy raz od początku wyprawy nie byłam przemoczona (trochę popadało już jak byliśmy w obozie) .

Na szczycie siedzieliśmy ponad godzinę (na szczycie znalazłam się o 8.47 - wejście od Trochę zabawy jest...wyruszenia z bazy zajęło nam niecałe 5 godzin). Co widać ze szczytu albo z drogi na szczyt? Widoki są obłędne, bo tutejsze góry są naprawdę jedyne w swoim rodzaju. Na niektórych zalega śnieg, a właściwie to kurczące się w błyskawicznym tempie lodowce - trudno uwierzyć że 1,5 km niżej jest tropikalna dżungla. Z kolei w dolinie wyróżniają się wyglądające niczym oka przepiękne jeziorka (nad jednym z nich jest nasza baza), a trochę dalej widać tę słynną, największą w świecie kopalnię złota. Wkurzająca jest świadomość, że gdyby dałoby radę się tamtędy przedostać, to droga do Timiki zajęłaby niecałe 3 godziny. No ale nie ma zmiłuj się – trzeba będzie grzać przez dżunglę, naokoło, męcząc się min. 4 dni, a potem lecieć jeszcze 40 minut samolotem. No ale może tak w sumie ciekawiej?

Droga ze szczytu do bazy też była męcząca. Trudniejsze ściany pokonywaliśmy wprawdzie zjeżdżając na ósemkach, ale zmęczenie zaczęło już o sobie dawać znać. A Na szczycie. Jakoś się wszyscy zmieściliśmy :). Zaskoczeniem (miłym!) była przygotowana przez agencję płachta z okolicznościowym napisem.potem był jeszcze „spacerek” od ściany do obozu - dla moich kolan istny koszmar. Za to w obozie - jak nas przywitali!  Były gratulacje, kolejne uściski i w nagrodę od naszych przewodników - po puszcze coli, która w tych warunkach jest prawdziwym rarytasem.

No a później - padliśmy. Cały obóz po południu jakby wymarł. Ci którzy są w drugiej grupie położyli się spać, bo szykują się do jutrzejszego ataku. Z kolei my, którzy wróciliśmy z góry, padliśmy ze zmęczenia i niewyspania. W końcu od drugiej w nocy byliśmy na nogach. Ale fajnie było wyciągnąć się w namiocie, dać wreszcie odpocząć nogom i pomyśleć o zasłużonym reście (dniu luzu) kolejnego dnia .

A z miłych momentów - Unai pożyczył mi swój telefon satelitarny, żebym zadzwoniła do domu. Miło, bo nie lubię bliskich trzymać w niepewności czy żyję.

20 listopada, Base Camp (4330 m), godz. 12.30
Rest – pełny luz

Sam robi pranie sam :). Sam, czyli kolega Anglik.Dzień rozpoczęłam od dobrego uczynku - oddałam jednej z tragarek swoje rękawice. Chodziła w nich chyba cały dzień – było ciepło, nie były potrzebne, ale chyba po prostu chciała się nimi nacieszyć.

Fajny dzionek. To znaczy fajny dla nas, ekipy I, która ma dziś dzień restowy. Laba  znaczy się. Ekipa II tymczasem walczy na górze. Trochę się o nich martwimy,  bo choć póki co jest słoneczko, w oddali słychać grzmoty. Wczoraj wieczorem były gwiazdy, piękne,  bezchmurne niebo, tak więc Arek "pocieszał"   szykującego się do ataku  Krzysia, że na  pewno do trzeciej w nocy (godzina wyjścia szczytujących z obozu) pogoda wytrzyma, a  dopiero później się zepsuje. :)

Prawie plaża (ale tylko chwilowo, bo zaraz zacznie lać)! :)Byczymy  się totalnie. Większość z nas zrobiła pranie, no i teraz cała okolica, wszystkie co większe kamienie,  zawieszone  są suszącymi się rzeczami,  wietrzonymi  śpiworami, wystawionymi  na słońce plecakami... Był nawet pomysł  zbiorowej kąpieli w jeziorze, ale  jak przyszło co do czego, to koledzy  spękali, bo woda jednak zimna. Ja postanowiłam twardo się wykąpać, w tym umyć głowę,  ale też ostatecznie nie zanurzając się  w  jeziorze, tylko przy brzegu, biorąc z namiotu kuchennego termosik ciepłej  wody. Z drugiej strony mimo że jesteśmy już tydzień bez mycia, specjalnie chyba nie  śmierdzimy :). Chyba żę może już nie czujemy, bo większość z nas jest trochę zakatarzona (i zakasłana).


Godzinę później

Kurde, znowu leje. To pewnie dlatego że Richardo rozłożył się na pół nagi, niczym  na plaży, no i pewnie  zapeszył. Ciekawe jak tam szzczytujący? Wiatr który się w międzyczasie zerwał,  na pewno im nie pomaga...
A ja tymczasem mam namiot dopiero co zabranymi  z suszenia rzeczami. Część już sucha,  część totalnie mokra...


Wieczorem, po kolacji

W mesie na popołudniowej herbatce.Po południu, gdzieś tak ok. 15, spotkaliśmy się w mesie na herbatce, a że obiecałam że przyniosę pół literka przytachanej tu Żubrówki, to przyniosłam. Tak naprawdę to wódeczkę zakupiłam przy wylocie z Polski dla tzw. zdrowotności, tzn. dla ewentualnego odkażenia się po niepewnych posiłkach, ale przecież sama pić nie będę, a moją tragarkę też bez sensu nie chcę noszeniem flaszki katować. Poza tym powód do wypicia był konkretny -  jakby nie było zdobyliśmy szczyt, a w dodatku Ed (Anglik) zakończył tym samym swoją Koronę Ziemi. Uznaliśmy  że Żubrówki jest za mało by nią obczęstowywać wszystkich, tak więc wypiliśmy w gronie Ekipy I. Toast był za nas, za górę że pozwoliła się "zdobyć" i za Mt Vinson który jest teraz celem większości z nas. No i tak gadu, gadu i zawiązał się "komitet organizacyjny" wyprawy na Antarktydę (na Vinsona). Z obecnych przy stole 9 osób gotowość wybrania się wspólnie wyraziło 6. Termin wyprawy - grudzień 2014/styczeń 2015 roku. Zobaczymy co z tego wyjdzie, ale fajnie byłoby w tym gronie spotkać się na kolejnej wyprawie.

Przy okazji rozpijania flaszeczki zrobiliśmy zakłady, kto pierwszy z ekipy II wróci do bazy. Tak na marginesie to pierwsze osoby  z naszej grupy pojawiły się w obozie wczesnym  popołudniem, ja z Unajem i Richardem zamykaliśmy naszą ekipę Czekamy na ekipę schodzącą z góry.przychodząc jakoś przed 15. Z grupy II pierwsi pojawili się cos koło15.15 Islandczycy z Krzyśkiem (teraz Polska!), a kolejne 20 minut po nich przyszedł Koreańczyk (jak się okazało, Sol jest  instruktorem wspinaczki!). Potem była dłuższa przerwa, po której dotarł Net - Francuz, co mnie bardzo ucieszyło, bo przecież I dnia trekkingu Net miał problemy z nogą. Zaraz po nim zjawił się kolejny Francuz i potem długo, długo nikt. Było to dość niepokojące, bo to że nasi seniorzy przyjdą późno,  z tym się liczyliśmy, natomiast zaczęliśmy się trochę niepokoić o Sandrę i Roberta (Kanadyjkę i Holendra). Na dodatek na dobre już się rozpadało, co oznaczało że liny poręczowe stały się nieprzyjemnie mokre, zrobiło się zimno, a szlak powrotny do obozu przeistoczył się w śliski i mało  bezpieczny.

To jeszcze wspomnienie ataku szczytowego z dnia wcześniej. Miło pomyśleć, że teraz to nie my się męczymy :)Ja tymczasem w przerwie między kolejnymi falami deszczu stwierdziłam, że ruszę się do góry, bo wczoraj na zejściu skończyła  mi się  bateria w aparacie i w rezultacie nie zrobiłam zdjęcia góry z daleka. W sumie chodziło o krótki spacer – takie 20 minut podejścia na szczyt wzgórza z którego widać Piramidę. No i kiedy już się tam wdrapałam, zobaczyłam Babcię, czyli naszą 70-letnią Jane, która chce zostać najstarszą zdobywczynią Korony. Babcia szła zmęczona, ale szczęśliwa, bo na szczycie była. Fakt, przyznała że przewodnicy jej w niektórych momentach bardzo pomogli, ale tak czy owak - nie jest to łatwa góra i nikt nikogo na nią nie wniesie. Ogromny szacun dla kobitki!

Sandra z Robertem dotarli  jakieś 45  minut później, natomiast Holender  - kiedy już kończyliśmy kolację i było ciemno. Strasznie mi było go żal - facet był wykończony. Oczywiście pogratulowaliśmy mu, napoiliśmy herbatą, bo ze zmęczenia już nic nie chciał jeść, ale problemem stało się, jak zejdzie w dół. Na helikopter nie ma jednak szans, a jak się okazuje Holender jest poobcierany na nogach do żywego mięsa i wie, że ma duże szanse na zakażenie i w ostateczności gangrenę. Dzisiaj ma się opatrzyć sam, ale obiecałam że przyniosę na śniadanie to co mam w swojej apteczce - może jakoś uda mu się pomóc.

W gościnie w namiocie hiszpańskojęzycznych kolegów. Na zdjęciu razem z Ricardem wsuwamy liofilizowanego łososia.W ramach rozrywek obozowych czas między pojawianiem się kolejnych osób i gratulacyjnymi uściskami spędziłam w namiocie Unaja i Richarda . Dziś ja przygotowałam "ucztę" (bo zawsze to chłopcy czymś mnie goszczą) i przyniosłam Mountain House`a  (liofilzat, czyli suche jedzenie zalewane wrzątkiem)  - konkretnie łososia z ziemniakami w sosie koperkowym (pycha!), a na deser zorganizowane z kuchni orzeszki.

A teraz - jest dopiero 20, ale jak to w górach - wszyscy kładą się wcześnie spać, tym bardziej że jest pieruńsko zimno. Aż mi się nie chce  myśleć o kolejnych 4 dniach w dżungli - znowu w deszczu, w przemoczonych butach, przez bagna, śliskie konary. Ciągle jeszcze nie dosuszyłam kaloszy, no a nawet jak je dosuszę i tak zaraz wleje się do nich błoto. A pomyśleć że tuż obok jest kopalnia, z której do Timiki, ciepła i cywilizacji, da się dojechać w 2,5 godziny! Tylko że niestety jest to jedna z najbardziej strzeżonych kopalni świata. Agencja organizująca wyprawę dobrze Kręcący się w okolicy obozu dziki pies, przez lokalsów nazywany dingo.wiedziała, że skrót przez kopalnię będzie nas korcił - teraz już wiemy po co te podpisywane na samym początku papiery, że nie będziemy szli przez Freeport

ps. Słychać psy dingo! Tak przynajmniej mówią o tych dzikich psach miejscowi. Widziałam je już w obozie V, ale że tu, na takiej wysokości jeszcze są, to nieco zaskakujące.


21 listopada, obóz na wys. ok. 3600m, po pierwszym dniu zejścia
Nie jest lekko

Zgodnie z przypuszczeniami, kalosze przemoczone, skarpety też, a choć mam na sobie wszystkie swoje cieple ciuchy  (poza bluzą  którą  sprezentowałam tragarce,  trzęsę się z zimna i zastanawiam się,  jak zrobię jutro przez dżunglę odcinek drogi liczony  na minimum 9 godzin (śniadanie o  6.30,potem zaraz wyjście w trasę). Z Nogi bolą, ale w nagrodę dopóki nie zaczęło lać, było sporo ładnych widoków.drugiej strony nikt nie obiecywał że będzie łatwo. No i przecież nam też zależy aby jak najszybciej wrócić do cywilizacji, mieć więcej czasu na Bali, a to oznacza że to co pod górę robiliśmy w 6 dni, teraz musimy pokonać w cztery.

Właściwie to wszyscy mają chyba trochę dość. Dziś wprawdzie szliśmy tylko 6,5 godzin i nie przez dżunglę, ale dominowały bardzo strome odcinki, tak więc buntują się kolana. Z kolei końcówka była  już  przez bagna - pierwszy krok na bagniskach   i  już wpadłam jednym butem na tyle głęboko, że nalało mi się do środka. 

Co do tych stromizn to aż sama się dziwię, że jak dotąd jeszcze  nikt nie złamał sobie nogi czy nie rozbił  głowy. Unaj  wprawdzie dziś wywinął niezłe salto,  a jeden  z przewodników  jak się poślizgnął,  to ponoć zjechał w dół dobre 10 m, ale poza zadrapaniami, obtarciami  czy siniakami których wszyscy mamy multum, nic nam nie Pogoda w kratkę. Zaczyna padać.jest. Jedyny mocno  poszkodowany  to Holender Hugo -  była  nawet  próba ściągnięcia dla niego awaryjnego helikoptera, ale coś tam  się nie udało. Ostatecznie z jednym z przewodników Hugo poszedł poprosić o ewakuację z  terenu osławionej kopalni. Ponoć za samo  wejście na jej teren Holendrowi grozi kara 8 tys. dolców.

Wracając do wątku stromizn... Nie dość że stromo,  to jeszcze ślisko, co i rusz są jakieś kamienie czy korzenie,  a momentami trzeba się naprawdę nieźle fizycznie wykazać, z elementami freestylowej wspinaczki włącznie. My to my-  idziemy z lekkimi plecakami(mój to jakieś 12 kg),ale ci nasi  tragarze to maja przerąbane. Nie dość, że tachają po kilkanaście kilogramów ładunku ,to idą przecież na boso, a większość z  nich to  kobiety. Szczerze mówiąc cenię osławionych nepalskich Szerpów, ale mają oni  w stosunku   do Papuasów dużo lepiej, bo i buty mają, i są ubrani, i lepiej żywieni. Zastanawiam się jak u tych tutejszych lokalsów z układem kostno-stawowym - musi być wybitnie elastyczny skoro wytrzymuje takie przeciążenia, nie mówiąc o nadzwyczajnym zmyśle równowagi. Na pewno  to co Papuasów wyróżnia i świadczy  o ich przystosowaniu się do chodzenia na boso, to stopy - wyglądają jak płetwy, z nieco inaczej niż u nas rozstawionymi palcami.

Jeden z naszych obozów. Co prawda nie ten z tego dnia przy którym jest zdjęcie, ale też ładny.Dobra, kończe, bo zimno jak diabli... Na dodatek znowu  się rozpadało. W ciągu dnia deszcz nas oszczędził - popadało tylko 10minut,  bo jak tylko Net ubrał kurtkę (bo dziś do naszej trójki dołączył jeszcze Net i  Krzyś) - od razu padać przestało.

Tak  na marginesie to dzisiaj  biwakujemy  w bardzo ładnym  miejscu, nad rwącym górskim potokiem. Mój namiot jest pierwszy od rzeki, tak więc mam kojący szum. Głośny na tyle że jak zasapałam na kolacje i moi koledzy-rodacy przyszli mnie budzić -  nie słyszałam żadnego wołania. Obudziłam się w końcu sama – z głodu, a po drodze do mesy zgarnęłam jeszcze Richarda,  który też zaspał (jak się okazało, niektórzy z nas, jak choćby Unaj, z założenia odpuścili późny posiłek, stawiając na wyspanie się). Niestety, w myśl  zasady kto późno przychodzi..., niewiele już na stole było. Wcześniej pojawiły się nawet kraby (skąd oni wytrzasnęli te kraby?), no ale ryż z jakimś zielskiem (jedyne co zostało) też mnie satysfakcjonował, bo byłam pieruńsko głodna.

Namiot-mesa w czasie śniadania.Tak w ogóle to chłopaki (kucharz i przewodnicy) dobrze gotują, problem w tym że jest nas po prostu za dużo. Namiot -mesa jest za mały by pomieścić wszystkich, zawsze jest więc „walka” o miejsca przy stole, krzesełka zresztą też, bo ciągle się jakieś łamie, więc też nie starcza, no a przede wszystkim jest polowanie na to, co się pojawia na stole. A ponieważ nie wiadomo co się pojawi  i w jakiej ilości, wygrywają ci którzy mają strategiczne miejsca od strony przynoszonych posiłków - nakładają sobie na wszelki wypadek tyle, że dla tych na końcu stołu już często nie starcza. Po prostu szkoła przetrwania - aby nie być głodnym i mieć siły, trzeba o swoje walczyć. Wiem, głupio to brzmi, ale  grzecznym i uprzejmym w takich warunkach akurat nie opłaca się być. Oczywiście próbujemy z tą uprzejmością, ale i tak w niektórych sytuacjach górę bierze instynkt. Nie zmienia to faktu, że ekipa jest naprawdę fajna. Swoją drogą to ponoć najliczniejsza wyprawa, jaka zdobywała Carstensza.


Kolejny dzień, 2, dzień schodzenia, obóz na 3125 m
Wszystko znowu przemoczone

I znowu ileś sposobów na przechodzenie rzeki...Dziś kolacji nie prześpię - za bardzo głodna jestem. I nie dopita, a  w górach lepiej się nie odwodnić.

Nie było wcale tak ciężko jak się zanosiło. Miało być 9 godzin chodzenia, ale jakoś w naszej trzyosobowej ekipie w miarę szybko nam się szło i zrobiliśmy ten dystans w niecałe 8. Jak zwykle pierwsza do obozu dotarła ekipa ścigantów, no  a potem nasza trójca, i to mimo że  wyszliśmy dopiero 40 minut po czołówce. Chcieliśmy wcześniej, ale zwijaliśmy swoje namioty (nie wszyscy tak robią, uznając że to robota tragarzy, ale jakoś tak trochę głupio ). Poza tym  przyszedł jeden z tragarzy z rozharataną stopą przewiązaną torebką foliową, no i wypadało się nim zająć. Polałam mu to wodą utlenioną (lokalesi uwielbiają efekt spieniania się tego specyfiku na ranie), potem zabandażowaliśmy mu stopę, trochę na zasadzie efektu placebo, bo dobrze wiemy, że w błocie szybko mu ten opatrunek spadnie.

Widoczek z dzisiejszego dnia.Większość drogi prowadziła grzbietem jednego z tutejszych pasm górskich. Szliśmy ciągle góra-dół, góra-dół, przeklinając że za kolejnym wzgórzem wyłania się kolejny pagór, ostatecznie wdrapując się na wysokość 3800 m. Przez sporą część drogi towarzyszy ł nam las drzewiastych paproci - drzewka piękne, tylko dlaczego ścieżka taka błotnista? I tak udało mi się utrzymać długo suche kalosze, dopiero w trzeciej godzinie chodzenia wlało mi się do nich błoto (potem wlało się jeszcze kilkakrotnie). Pogoda okazała się na tyle łaskawa, że przez większa cześć dnia były super widoki , a deszcz mieliśmy dopiero przez ostatnie dwie godziny chodzenia. Za to jaki deszcz! Jak się rozpadało, a akurat trafiło nas już na przedsionku dżungli, woda płynęła ścieżką niczym wartki strumień, zaś konary przez które trzeba było przechodzić były mokre jak diabli. W rezultacie już po 5 minutach byłam totalnie przemoczona, bo nawet pokrowiec na plecak nie wytrzymał nawału wody.

Nadchodzą tragarze! Niestety, po przyjściu do obozu okazało się, że musimy jeszcze ok.40 minut czekać na pierwszych tragarzy. Tylko co z tego, skoro w końcu przynieśli wszystkie namioty, poza moim i prawie wszystkie torby poza moją. Nie mając w co się przebrać, przemoczona i zmarznięta trzęsłam się jak galareta  i tu – miłe zaskoczenie - podszedł do mnie jeden z  Islandczyków, zdejmując z siebie swoją kamizelkę puchową i czapkę, żebym się ubrała. Boże, ale mu byłam wdzięczna! Cudowny facet, tym bardziej że on wprawdzie namiot już miał, ale swojej torby też jeszcze nie.

Potem do swojego namiotu zgarnęli mnie moi hiszpańskojęzyczni kumple , a kiedy wreszcie nadeszła moja torba, przebrałam się  u nich w suche rzeczy. Do tego Unai nakarmił mnie batonem i ciastkami, a Richardo bohatersko stał na dworze z parasolką i pilnował, czy nie „nadchodzi” namiot. W końcu nadszedł , ale zaczęło tak strasznie lać, że bez sensu było w tym momencie go rozstawiać - przesiedziałam u chłopaków w gościnie do momentu, kiedy zrobiła się przerwa między ulewami. Na Unaia, nie tyle Hiszpana, co Baska, można było niemal zawsze liczyć. Na Richarda (Argentyńczyka) - też.Rozstawiałam swój apartament w porze, kiedy zaczynało się już ściemniać. Szczerze mówiąc głupio mi było prosić kogoś o pomoc  - wszyscy pewnie już dawno leżeli zakopani w swoich śpiworach, ale miło mi było, kiedy z przytulnego wnętrza swojego namiotu wyłonił się Unai i dzielnie mi pomógł, tak że zdążyliśmy wbić ostatnią szpilkę przed falą kolejnego deszczu.

Teraz ja też już leżę w śpiworze, jest mi sucho, miło, bezpiecznie no i w miarę ciepło. Gdzieś całkiem blisko turkoczą, skrzeczą i piszczą jakieś ptaki - w ciągu dnia widzieliśmy takie śliczne, małe, turkusowe w kolorze. Zdjęcia nie zrobiłam bo są za bardzo ruchliwe - latają w tę i we w tę, jakby miały ADHD.

Błota mamy tu pod dostatkiem :). Komarów też.Nie wiem, czy ze względu na deszcz, czy też bagna, ale wyjątkowo dużo tu komarów . Skoro tak, to poza tym, że wzięłam kolejną tabletkę antymalaryczną, spryskałam namiot mocnym środkiem antykomarowym, no i wydałam złośliwym owadom wojnę, wytłukując te, które zdążyły mi wpaść do wnętrza. Jest też dużo ciem, ale te na szczęście pozostały na zewnątrz mojej sypialni. A w ogóle to w ramach uprzyjemniania sobie wyprawowego życia, wtrząchnęłam kilka moich ulubionych kabanosów z Sokołowa. Od razu człowiekowi lepiej - i w kubkach smakowych, i w duszy.

No dobra, idę na kolację. Przy okazji zaniosę przemoczone spodnie, skarpety i buty do namiotu tragarek. Wczoraj próbowałam suszyć wszystko w namiocie, ale bez efektów (poza tym, że włożone do śpiwora mokre skarpety zamoczyły mi śpiwór). Lepiej jak będą śmierdzieć dymem, ale rano będą jednak suche.


3 dzień  schodzenia, w obozie na 2115 m
Ale burza!

Ulewy przychodzą tu nagle. A potem nagle, ni stąd ni zowąd nikną. Tak było też dziś. Że goni nas burza wiedzieliśmy,  bo rzeczywiście, nadciągały ciemne chmury, a poza tym grzmiało. Tyle że szczerze mówiąc myśleliśmy, że ulewa przejdzie bokiem. Niestety, nie przeszła. Była już 6 godzina naszego długiego dzisiaj marszu, głównie przez dżunglę, a tu jak nie lunie! I lało tak dwie godziny - przestało  w momencie, gdy dotarłam do obozu. Szczerze mówiąc w sumie nie o deszcz chodzi - przyzwyczailiśmy się przecież, że popołudniami zawsze leje, a tutaj, na już niskiej w Po tym jak rzeka wezbrała w trakcie deszczu, nie da się iść wzdłuż brzegu - trzeba wejść do wodymiarę wysokości (bo co to jest - ciut wyżej niż Kasprowy!), jest przynajmniej w miarę ciepło. Chodzi o to, jaki to był deszcz - dosłownie ściana wody, która sprawiła, że moja goreteksowi kurtka przemokła już po 5 minutach (podejrzewam że starł się impregnat), a po 10 miałam przemoczoną nawet bieliznę. Dosłownie jakby kto ś wylewał na mnie wiadra wody.

W każdym razie ścieżka w dżungli momentalnie zamieniła się w rwący potok, natomiast drobne strumyki które musieliśmy przekraczać i normalnie wystarczyłoby ich przeskoczenie, tym razem wydawały się nie do pokonania i wymagały wejścia w wodę ponad kolana. Najgorsza była jednak płynąca doliną rzeka - wezbrała z minuty na minutę, a jej nurt wyraźnie sugerował że biada temu,  co wpadnie. Tymczasem w kilku miejscach trzeba było przejść stromym brzegiem, w tej sytuacji podmywanym i niepewnym, tuż nad rzeka, co wymagało niezłej odporności psychicznej i determinacji. Szczerze mówiąc nie wiem jak by było, gdyby nie pomoc jednego z tragarzy, który pokazywał nam, w  którym miejscu jest w miarę bezpiecznie.

Przeciskanie się między konarami z plecakiem na grzbiecie nie jest tym, co nam sprawia wybitną radość.Ogólnie - ciężki dzień to był. Przede wszystkim długi i żmudny. Dżungla, błoto, śliskie konary... Na Bali będzie wstyd pokazać nogi, bo siniak na siniaku, do tego zadrapania czy wręcz głębsze rany, obtarcia od kaloszy, no i schodzące paznokcie (od nacisku palców na czubek buta). Ręce też nie lepsze - wchodzące pod paznokcie błoto, którego nie da się do końca wyciągnąć (bo paznokcie krótkie), no i również - zadrapania i rany. I tak chyba jakieś dobre anioły nad nami czuwają, bo przy tych licznych upadkach jakie tu zaliczamy jakoś nikt jeszcze niczego sobie nie złamał, nie wybił sobie oka, nie nadział na wystający konar, nie wybił sobie zębów... Ja sama wyrżnęłam dzisiaj kilka razy, ale mam tylko lekko wybity palec, obolały kręgosłup (bo raz spadłam grzbietem na zabłocony głaz) i coraz mocniej buntujące się kolana.

Teraz już wszyscy prawie w obozie – „prawie”, bo brak Jane, która bardzo wolno chodzi i pod opieką któregoś z przewodników zjawia się dopiero w nocy (wczorajszy odcinek który my zrobiliśmy w 6 godzin , zajął jej 12). Ale i tak dzielna kobieta. Ponoć w którymś z rwących strumieni straciła okulary, więc tym trudniej jej iść.
Sposób na krótkotrwały deszcz - schowanie się wśród korzeni rosłego drzewa.Reszta ekipy się suszy. Wszystkie okoliczne krzaki obwieszone są suszącymi się ciuchami - w nocy i tak nie wyschną (zwłaszcza że wilgoć straszna), ale rano, jak wyjdzie słonce (zawsze rano wychodzi) to może wtedy.

Wszyscy się cieszą, bo to nasz ostatni nocleg w namiotach i w dżungli. Jutro jeszcze 3-4 godziny marszu przez dżunglę, potem kilkanaście kilosów na motorkach i jesteśmy w Sugapie. A pojutrze w Timice (jak będzie „lotna” pogoda). Może jutro uda się już złapać zasięg i będzie szansa na smsa do domu?

Ale z drugiej strony trochę mi szkoda, że wyprawa się kończy. Okej, to rzeczywiście bardzo trudny  trekking. Szkoda mi jednak będzie rozstawać się z kolegami, szkoda żegnać z tragarzami i przewodnikami, których szczerze polubiłam (oni nas chyba też), no i nie będę wieczorami wsłuchiwać się w odgłosy dżungli . No cóż , kończy się kolejna przygoda...


Po kolacji

Część osób na kolację nie przyszła - padła ze zmęczenia, niektórzy chorzy. Do chorych zalicza się Krzysiek - poszliśmy do niego ze Sławkiem, jakby nie było – lekarzem. Zakładamy ze to wynik osłabienia, ale Sławek zapytał też czy Krzysiek brał Po takim torze przeszkód można mieć trochę dość.coś przeciw malarii. Nie brał. Powiedział natomiast że bierze aspirynę co też nie jest super pomysłem bo gdyby miał dengę , to akurat ten lek tylko pogarsza sprawę (przy dendze, która ma takie same objawy jak malaria czy grypa można natomiast brać paracetamol).

Babcia jeszcze nie doszła - to już 13 godzina od wyruszenia z poprzedniego obozu, ciemna noc... Idzie co prawda z przewodnikiem ale wysłano po nich jeszcze dwóch tragarzy z termosem z gorąca herbatą. Przy kolacji mieliśmy dyskusję, że owszem, z jednej strony można podziwiać naszą nestorkę, ale z drugiej czy można innych (mowa o przewodnikach i tragarzach) aż tak obciążać swoją osobą? Uznaliśmy, że takie osoby powinny zapłacić za „prywatny serwis”, a przynajmniej na koniec dać solidny napiwek. I w ogóle - czy zdobywanie gór za wszelką cenę jest sensowne? Czy godne podziwu czy wręcz przeciwnie?

24 listopada – ostatni obóz – Sugada
Cywilizacja!!!

Jak to fajnie wreszcie wyjść z dżungli!Ktoś powiedział że w dżungli są dwa przyjemne momenty – pierwszy to ten, kiedy się do dżungli wchodzi, drugi – kiedy się z niej wychodzi. To prawda – w tych trudnych dżunglach, takich jak ta, czy równie pamiętna dla mnie - na Filipinach (tam zmorą były chmary insektów i ogromna wilgotność), rzeczywiście powiedzonko to ma sens. W każdym razie dzisiaj się z dżunglą ku ogólnej radości pożegnaliśmy.

Do przejścia mieliśmy ok. 4 godzin. Jak zwykle wyszliśmy ostatni (wszystko przez mój namiot – innym zwijają namioty tragarze, a że ja mam prywatny, to muszę to zrobić sama, chcąc go maksymalnie przy porannym słoneczku podsuszyć). Poza ścigantami i Islandczykami wszystkich wprawdzie prześcignęliśmy, ale nie powiem – mimo krótkiego dystansu mocno nam się te dzisiejsze chodzenie dłużyło. Najgorsza Przedostatni kilometr. Roślinność już inna, rzadsza, widać (na zdjęciu akurat nie) dym z pobliskiej wioski.była końcówka – najpierw radość, że widać dym zwiastujący niedaleką już niby wioskę, po czym monotonne dojście do tej wioski – góra-dół, góra-dół, z wrażeniem jakby wioska się oddalała. Na dodatek dawało się we znaki zmęczenie – koncentracja coraz gorsza, nogi mniej pewne. Już na samym początku ześlizgnęłam się tak, że omal nie zwichnęłam kostki – potem zresztą przez jakiś czas mnie bolała. Potem musiałam sobie zabandażować kolano – żeby było bardziej stabilne przy przeskakiwaniu po korzeniach i kamieniach. A na sam koniec obsunęła się pode mną część ścieżki na której stałam (po ulewie poprzedniego dnia wszystko jest mocno rozmyte), no i wpadłam do głębokiego dołu mocno nadwyrężając sobie bark. Po prostu obraz nędzy i rozpaczy (to o mnie).

To już ostatni odcinek drogi, przez zrobione na miejscu wykarczowanego lasu poletka orzeszków ziemnych. W końcu jednak nastąpił ten upragniony moment, kiedy pojawiły się poletka obsiane m.in. orzeszkami ziemnymi, potem był płot, no i wioska, z biegającymi po niej czarnymi świniami. Kilkanaście kilometrów dzielące wioskę od Sugapy, podobnie jak i na starcie, mieliśmy pokonać motorkami. Tym razem trafiłam na szalonego kierowcę, który postanowił wyprzedzać kogo się da, lawirując w pełnym pędzie między kamieniami i przejeżdżając na pełnym gazie przez potoki, co średnio mi się podobało, bo skoro cało i zdrowo w sumie przetrwałam trekking, wcale nie zamierzałam połamać się na motorze (zwłaszcza że chłopaczek miał kask, a ja nie). Na szczęście spotkaliśmy po drodze moją tragarkę (bo tragarze z motorków nie korzystali tylko szli), a że mi się dziewczyny zrobiło żal, kazałam kierowcy stanąć, po czym nie mogąc przejąć całej torby, przeładowałam z niej do swego plecaka co cięższe rzeczy. Dzięki temu tragarce było lżej, mnie też – na duszy, a motocykliście ciężej, więc już nie mógł tak zwariowanie jechać.

Z ręki do ręki, czyli zakończenie negocjacji wręczeniem zwitków banknotów.Po drodze mieliśmy jeszcze przymusowy postój, bo – powtórka z pierwszego dnia – mieszkańcy jeden z mijanych wiosek zrobili „szlaban” (mowa po położonej w poprzek żerdzi) i postanowili ściągnąć z nas haracz. Tym razem już znaliśmy cały ten teatr, tak więc potraktowaliśmy go ze spokojem i pobłażliwymi uśmiechami. Miejscowy kacyk ze świńskim kłem na szyi i groźną miną sobie pogadał, potem przemowę walnął John – szef naszych tragarzy znający lokalny dialekt, no i po wręczeniu zwitku przygotowanych już przez Johna banknotów, żerdź zabrano. Najlepsze były tragarki, które w nosie miały jakieś „zapory” i nie zważając na krzyki kacyka żerdź ignorowały idąc dalej, bo przecież chciały jak najszybciej mieć już wolne.

A w Sugapie – wszystko tak jak dwa tygodnie temu z hakiem. Przed chatą w której mamy „bazę” te same twarze. Lokalesi zwietrzyli interes więc co chwila coś przynoszą, a ceny rosną z każdą kolejną runda i okazywanym przez nas zainteresowaniem. Chyba już wszyscy staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami tzw. kotek (zrobionych z tykwy osłon na penisy) i wykonanych z łodyg miejscowych orchidei (charakterystyczny żółty kolor) wisiorków zakończonych świńskimi kłami. Trochę też po wiosce pochodziłam – właściwie to co ciekawe, czyli bazarek i kilka Koteki (to co ten pan ma na swoim przyrodzeniu :) ), kupiliśmy niemal wszyscy. Mamy tylko nadzieję, że jeszcze nie używane :).sklepików (czytaj: zakratowanych bud) to raptem około 200 metrowy odcinek błotnistej drogi. Reprezentacyjne centrum (jakiś urząd, bank i szkoła) jest jakiś kilometr dalej, ale tam z kolei puchy – żadnych ludzi. W "centrum" są za to… latarnie (całe 100 m asfaltowego odcinka ), chociaż mam wątpliwości czy świecą. Swoją drogą prąd w Sugapie (a także działająca sieć telefonii komórkowej) jest tylko od godziny 17 – przez maksimum kilka godzin.

No właśnie, teraz w naszej chacie głównym „problemem” stało się ładowanie, m.in. niepotrzebnych (bo nie było sieci) wcześniej telefonów. Jest już po 17, więc prąd chwilowo jest, tyle że są tylko trzy gniazdka, zaś chętnych wielu. Muszę pilnować swojej kolejki, a tymczasem mam jeszcze jeden obowiązek na głowie – zostałam „mianowana” skarbnikiem ekipy, co oznacza że mam do zebrania kasę na napiwki. Ustaliliśmy że dajemy po 100 dolców od osoby – połowę z tego na przewodników, połowę na tragarzy (było ich ponad 60, czyli sporo luda do obdzielenia). Z akcji napiwkowej wyłamał się jedynie Atanas – Bułgar, „ulubieniec” całej grupy, czym właściwie sobie już do końca przechlapał.


25 listopada, Sugapa-Timika
Czekanie na samolot. Pranie, piwo, kraby.

Nie powiem żebym się wyspała… Nawet nie chodzi o to, że podłoga twarda (bo spaliśmy „na glebie”, na rozłożonych w chacie kocach). Unaj którego miałam z jednej strony, coś tam ciągle mruczał przez sen, a ja akurat nie miałam stoperów, z kolei śpiący z drugiej mojej strony Richardo bladym świtem postanowił pogrzebać w Obrazek z głównej ulicy Sugapy. Tym razem świnia jest o dziwo, nie czarna, ale taka bardziej dla nas normalna.swoich szeleszczących torebkach. Ale nie mam co narzekać – hitem były przeżycia reszty polskiej ekipy, czyli śpiących w sąsiednim pokoiku Krzyśka, Arka, Szczepana i Sławka, którym dokwaterowano „Babcię”. Otóż Babcia dwa razy w ciągu nocy postanowiła honorowo oddać mocz, ale nie za bardzo chciało jej się iść do pobliskiej toalety, bo takowy przybytek przy chacie istniał, tylko wyciągnęła swoją uciętą od góry plastikową butelkę i bez żadnych zahamowań załatwiła się tuż obok głowy mocno zniesmaczonego tą sytuacją Krzysia. Owszem, w trudnych warunkach, w namiocie, sikanie do butelki jest przyjęte, no ale tu do toalety było może ze 20 kroków. No i poza tym żeby przynajmniej Babcia przeniosła się z tą czynnością w kąt pokoju, w nogi śpiących osób, ale tak przy głowach?

Lokalny komitet pożegnalny :).No dobra, zmiana tematu…
Przedwczoraj przy kolacji Meldi (nasz główny przewodnik) ogłosił, że na lot z Sugapy do Timiki mamy wyczarterowane 3 małe samoloty, każdy niby po 7 miejsc, ale ile osób może polecieć danym lotem zależy od wagi tych osób i bagaży (maksymalnie samolot zabiera 600 kg). Czyli może być że zabierze się  siedem, a mogą i cztery, bo przecież mamy kupę sprzętu.  No i zrobił się zgrzyt, bo wszyscy oczywiście chcieli lecieć pierwszym lotem, a nikt ostatnim. W sumie to normalne, każdy wie że na Papui nigdy nic nie wiadomo – a to zrobi się nielotna pogoda, a to coś się w samolocie zepsuje, no i wiadomo też było że tylko pierwsi załapią się tego dnia na połączenie na tak długo wyczekiwane Bali. Jedni argumentowali że powinniśmy polecieć w kolejności przyjścia do "mety", inni domagali się loterii, tak więc ostatecznie podział zrobił Ferdynand – urzędujący za biurkiem w Dżakarcie organizator wyprawy.

Czekanie na samolot do Timiki. Zamiast wkurzać się, że wciąż go nie ma, lepiej się poopalać :).Tak jak było do przewidzenia, akcja „przelot do Timiki” rozciągnęła się strasznie. Nawet już się nie wkurzaliśmy, bo wiedzieliśmy że i tak niczego to nie zmieni. Przywykliśmy tu do ciągłego czekania. Pierwsi faktycznie jeszcze tego dnia byli na Bali, reszta musiała spędzić noc w Timice. Dla mnie akurat dobrze, bo i tak planowałam tu zostać, a dzięki temu że wyszło jak wyszło, miałam przynajmniej miłe towarzystwo (oprócz Unaja i Richarda został jeszcze Sławek,  Sam (Anglik), Francuzi, Sol z Korei i niestety Atanas (Bułgar) za którym nie przepadamy, bo podpadł już chyba każdemu.
 
Nie powiem, agencja zafundowała nam super hotelik, tak więc całe popołudnie cieszyliśmy się urokami cywilizowanego żywota. Internet wprawdzie nie działa (oficjalnie jest, jednak tak wolny że połączyć się nie sposób), ale nie oczekujmy na Papui zbyt wiele – jest wygodne łóżko z czystą pościelą, czajnik by zrobić sobie herbatkę jaką się lubi, są gniazdka by się podładować  (ja swój sprzęt miałam już kompletnie rozładowany), no a przede wszystkim jest prysznic!!! Doszorowywanie swojego brudnego ciała oblepionego zatęchłym błotem zajęło mi dobre trzy Samolot w końcu po nas przyleciał i do Timiki dotarliśmy.kwadranse, ale efekty widać. Inna sprawa że wraz ze zmyciem brudu wyszły na światło dzienne liczne zadrapania i siniaki o których nawet nie miałam pojęcia. Aż wstyd odsłonić nogi.

Kolejne trzy godziny zajęło mi wielkie pranie. Na szczęście wpadłam na to, by przywieźć ze sobą proszek. Pranie okazało się większym wyzwaniem niż przypuszczałam, bo były rzeczy które nawet po dziesięciu praniach i płukaniach wciąż dawały czarną wodę. No i ten zapach ogniskowego dymu – rzeczy które suszyłam w namiocie tragarzy jak śmierdziały tym dymem, tak śmierdzą (okej, ciut mniej, ale mimo wszystko).  Teraz cały pokój mam zawieszony suszącymi się ciuchami i wszystkim co dało się wyprać lub wymyć (torba, plecak, uprząż etc.). Zresztą śpiwór i therma-rest (materac) też się suszą i wietrzą. Wygląda to dość obciachowo – ładny pokój zamieniony na coś, co kojarzy się raczej z jakąś meliną. Na szczęście zapowiedziałam kolegom, że jak impreza, to nie u mnie (oni prania nie robili bo zrobią je na Bali).

Kolacja w Timice i pierwsze piwo po około 3 tygodniach!A co do imprezy to rzeczywiście była… Zaczęło się od kolacji w jednej z lepszych miejscowych knajp (okej, żadna tam dla turystów – standard mimo wszystko papuaski), gdzie zjadłam tyle krabów, ile wcześniej nie zjadłam w całym swoim życiu! (z krabów m.in. wybrzeże Papui słynie). No i wreszcie wypiliśmy upragnione piwo, o którym wszyscy w dżungli tak marzyliśmy! Potem z kolei kontynuowaliśmy miły wieczór na tarasie przy pokoju Unaja i Richarda – głównym pretekstem było uczczenie udanej wyprawy szampanem przywiezionym na tę okazję z Lanzarotte (jedna z Wysp Kanaryjskich na której Unaj niedawno był). Może i dobrze że nasi francuscy koledzy na imprezę nie przyszli, bo pewnie by skrytykowali że to żaden szampan, bo nie z francuskiej Szampanii. :)

 

 

PRZYGOTOWANIA...

11 listopada wieczorem, w Dżakarcie, tuż przed wylotem na Papuę
Hiszpański wieczór


No i mam już pierwszych wyprawowych kumpli. Prawie cała międzynarodowa ekipa z którą mam się wspinać, leci na Papuę z Bali, poza dwoma hiszpańskojęzycznymi kolesiami, którzy lecą ze mną z Dżakarty. W ramach bratania się poszliśmy razem na kolację (plus jeszcze Ferdinand z tutejszej agencji i jego miła koleżanka). Chłopcy są kumplami, poznali się w czasie wyprawy na Aconcaguę (najwyższa góra obydwu Ameryk), przy Kolacja w lokalnej knajpce i moi nowi kumple.czym jeden jest Baskiem (czyli z Hiszpanii), a drugi rodowitym Argentyńczykiem, którego ojciec był… Polakiem (ale żadnych słówek po polsku nie zdążył syna nauczyć, bo zmarł jak chłopak był jeszcze brzdącem). Z angielskim u kolegów kiepskawo, tak więc mam okazję poćwiczyć swój hiszpański. Co do górskiego doświadczenia moich kompanów, to jednemu do Korony Ziemi zostały jeszcze 3 góry (w tym Everest), drugi był na Evereście już jakiś czas temu i podobnie jak i mnie, też mu została tylko Piramida Carstensza i Mt Vinson.

Tak na marginesie to przy okazji kolacji chłopcy zorientowali się, że Piramida Carstensza leży w indonezyjskiej części Papui – w ogóle nie wiedzieli że to podzielona wyspa, więc byli przekonani że lecą do Papui-Nowej Gwinei (niezależnego państwa).
A co do kolacji to na szczęście była nie w restauracji dla turystów tylko w lokalnej knajpce, gdzie jadają miejscowi. Minusem było to, że nie było piwa (bo knajpka muzułmańska), plusem – że można było spróbować miejscowej kuchni (właściwie to nie z Jawy, której stolicą jest Dżakarta, tylko innej wyspy – z Sumatry). Ogólnie to było dużo dań na małych talerzykach do podziału na wszystkich, dość pikantnych, zero wieprzowiny (bo muzułmanie), dużo wołowiny (włącznie z prażoną wołową skórą),  a jada się rękami (choć nam, mimo że nie prosiliśmy, kurtuazyjnie skombinowano sztućce).

 

11 listopada, w Jakarcie (Indonezja – wyspa Java)
Czy to Jawa czy sen? :)

No to teraz można już oficjalnie ogłosić początek wyprawy. Jestem w Dżakarcie, stolicy wyspy Jawa, ale nawet nie wychodzę do miasta – właściwie to tylko przesiadka na kolejne loty. Najbliższy, nocny, na Papuę, gdzie spotkam się z resztą naszej międzynarodowej ekipy, a potem dwoma małymi samolocikami lecimy już w głąb dżungli, skąd zaczynamy treking.


Nieco stresujące czekanie na bagaż. Doleci czy nie? :)Najważniejsze że DOLECIAŁ BAGAŻ. Naprawdę się bałam, bo pamiętałam co miałam przed Everestem, kiedy moje bety nie doleciały. Tylko że wtedy miałam do wyruszenia w góry kilka dni i mogłam walczyć o odzyskanie bagażu (po 3 dniach jeżdżenia na lotnisko 2-3 razy dziennie – udało się!), a tutaj żadnej rezerwy nie ma. Na normalnym wyjeździe można sobie jeszcze coś tam na przeczekanie kupić, ale w tym przypadku chodzi o specjalistyczny sprzęt nie do zorganizowania w tak krótkim czasie.


Szczerze mówiąc to adrenalinowy moment był, bo wszystkim już przyjechały bagaże, a mojego ani widu, ani słychu. Kiedy już prawie straciłam nadzieję, jako ostatnia(!), wyłoniła się na horyzoncie charakterystyczna szaro-różowa torba North Face`a. Z tej radości byłam skłonna wypić flaszkę Żubrówki którą wiozłam na prezent dla Ferdinanda z agencji organizującej wyprawę:).

 

 

10 listopada, gdzieś nad Malezją
Dżakarta coraz bliżej

Jak lecę pokazuje samolotowy ekranik przy jednym z 50 moich foteli :)Ale mam lot! Tylko dla siebie, na wyłączność, 8 rzędów każdy z 8 miejscami. Puchy nieziemskie - jeszcze nigdy tak nie leciałam! Wiezie mnie wielki Airbus, z zaledwie kilkunastoma pasażerami na pokładzie! Na czterech miejscach zrobiłam sobie łóżko, na kolejnych czterech - biuro (gazety, tablet, książki) plus barek, bo soków i alkoholi ile dusza zapragnie, a pustka na pozostałych miejsach daje złudzenie że lecę tym samolotem sama. Kto tak lata? Ano linie Etihad z Emiratów, na odcinku z Abu Dabi do stolicy Indonezji.  Tak na marginesie to bardzo dobra to linia – super obsługa, dobre jedzonko. Z ciekawostek to przyuważyłam, że jest jedna wersja mapek lotu na której cały czas wyświetlany jest kierunek do Mekki (ale szczerze mówiąc nikt z pasażerów na muzułmanina nie wygląda, a załoga też raczej europejsko-skośna).

Pusty samolot - wielki Airbus i z dziesięciu pasażerów!Ciekawa jestem czy mój bagaż dotrze? W swojej podróży (kupowałam rzecz jasna najtańszy bilet) wyszło na to że mam dwie przesiadki – w Rzymie i Abu Dabi. Za dobrze to dla mojego bagażu nie wróżyło, bo i z jednym i z drugim lotniskiem miałam już złe doświadczenia, a tymczasem akurat teraz na zgubienie bagażu pozwolić sobie nie mogę. Problem w tym, że w Dżakarcie mam mało czasu, właściwie to tylko przesiadka na kolejny lot, na Papuę, a potem jeszcze jeden - już małym samolocikiem. do dżungli. W każdym razie wymyśliłam sobie, ze na każdej przesiadce aby zmniejszyć ryzyko zagubienia bagażu na tak wielkich lotniskach, będę te swoje bety odbierać, a potem je znowu nadawać. Tylko że okazało się, że jeśli chcę tak zrobić, czyli w Warszawie nadać bagaż nie do Dżakarty ale najpierw do Rzymu, muszę za to… dopłacić. Swoją drogą dziwne - namęczę się, nanoszę i jeszcze za to dopłacę. Oczywiście dopłacać za swoją fatygę nie zamierzałam – pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że nic się z tymi rzeczami nie stanie.


PS. Z moją zaszytą szczęką całkiem dobrze (może mój pan doktor to czyta?). Co prawda wciąż jestem lekko napuchnięta (wyglądam jak taki filmowy „Alfik”), ale najważniejsze że nie boli. Bagaż musi dolecieć choćby dlatego że mam tam nożyczki do zdejmowania zszwów. W łazience w samolocie nawet zrobiłam sobie próbę jak będę to robić, ale chyba to co innego kulturalne lustro w czystym miejscu, a co innego namiot w dżungli :)



 

PRZYGOTOWANIA 

8 listopada, Warszawa
Na finiszu

To wszystko powinnam zabrać...Pakowanie - pełną parą. Jak zwykle problem co zabrać, a z czego zrezygnować, by nie mieć potem problemu z nadbagażem. Na fotce z boku - wersalka z przygotowanym ekwipunkiem, w którym wszystko jest oczywiście "niezbędne" :).


W międzyczasie tata zaprosił mnie na pyszne placki ziemniaczane (jedna z jego specjalności). To chyba w ramach tuczenia mnie :). Przed każdą wyprawą mam fazę jedzenia bez ograniczeń. Ciasteczko? Proszę... (w lodówce czeka właśnie megakaloryczne tiramisu). Pierogi, kluchy i inne bynajmniej niedietetyczne dania? Chętnie... I tak na wyprawie zbędne kilogramy zgubię. Tym razem zakładam że powinno spaść tak z 5...

 

7 listopada, Warszawa
A szwy sama sobie zdejmę!  :)

Ładnie się zaczyna... Jeszcze nie wyleciałam a już sobie zaaplikowałam na czas dżungli dodatkowe emocje.  Winny jest ZĄB! Ułamał mi się 2 dni temu, czym się specjalnie nie przejęłam, ale do dentystki jednak poszłam. A pani doktór na to, że trzeba do protetyka. A protetyk (to już kolejnego dnia, po iluś godzinach czekania pod gabinetem), że nic prowizorycznego się z tym fantem zrobić nie da, można tylko wyrwać. Rzecz jasna nie u niego, więc zaczęło się szukanie kogoś kto by się tematu podjął. Problem w tym że to w naszym kochanym kraju nie takie proste, zwłaszcza jeśli się chce to zrobić w ramach NFZ. Los jednak nade mną czuwał - zupełnym fartem udało się znaleźć przychodnię, gdzie powiedzieli że ok,  zęba mi wyrwą (ostatecznie i tak nie wyszło bezpłatnie, bo ze względu na komplikacje 200 zł pękło +potem stówka w aptece, ale wyboru już nie miałam).

 

Ale do rzeczy... Dziś o godzinie 16.30, w piątek, na 1,5 dnia przed wylotem do Indonezji, zasiadłam w fotelu dentystycznym, informując miłego i przystojnego pana doktora (Irańczyka!), że przez ponad miesiąc nie będę miała kontaktu z cywilizacją. A pan doktor chyba najpierw nie zrozumiał, a potem jak już do niego dotarło gdzie jadę, stwierdził że chyba trzeba będzie z wyprawy zrezygnować. Zrezygnować? Tyle przygotowań, wyrzeczeń, odkładanych pieniędzy których nie da się odzyskać? Finał był taki, że zostałam poinformowana jakie mogą być konsekwencje (wolę nie mówić żeby się nei denerwować)  i czy jestem świadoma swojej decyzji. No cóż, zakładam że konsekwencję "mogą", znaczy "nie muszą", a że i tak wyboru nie było , bo z niewyrwanym zębem to już w ogóle miałabym kłopot,  to przystąpiliśmy do akcji.

Oczywiście jak coś może być nie tak, to będzie. Czyli zamiast normalnego, szybkiego zabiegu  wszystko zaczęło się przedłużać i komplikować. W sumie półtorej godziny trwało to znęcania się nad moją szczęką.  Leżę na tym fotelu i słucham próśb doktora rzucanych w kierunku asystentki: - Proszę skalpel... haki...  dłuto...  Próbowałam myśleć o czymś przyjemnym, ale nie za bardzo się dawało. W sumie to żal mi było tego lekarza strasznie, bo naprawdę nieźle się namęczył, a ząb był uparty i za nic nie chciał opuścić mojej szczęki. Finał? Po tej półtorej godzinie i stercie zakrwawionych tamponów ząb dał się wyrwać! Gorzej, że na wyprawie będę na antybiotykach (czyli z założenia osłabiona), a po 10 dniach mam sobie wyciągnąć szwy. Sama, bo przecież żadnych lekarzy tam nie będzie. Pięć ich jest (szwów mam na myśli) - jakoś dam radę. Szczerze mówiąc bawiłam się kiedyś w zabawy typu "Mały chemik" itp., to teraz może być "Duży chirurg". Nowe doświadczenie - ahoj przygodo!

 

 

4 października, Warszawa
Jak szaleć to szaleć - dodatkowa góra!

W znajomej, a zarazem ulubionej księgarni wysyłkowej (Arttravel.pl) zamówiłam sobie przewodnik po Tasmanii. Przewodnik przyszedł (oprócz niego jeszcze mapa Australii i Papui), więc zaczęłam go wertować. Równocześnie, co ma dla sprawy znaczenie, kilka dni temu zgodziłam się zostać jurorką w Konkursie im. Pawła Edmunda Strzeleckiego. Konkurs ogłosiło tworzące się Muzeum Emigracji w Gdyni a tym którzy chcą wziąć w nim udział (i może wygrać 5 tys. zł na wyprawę) polecam zajrzenie na stronę organizatorów (tutaj).

W każdym razie uznałam, że skoro będę na Górze Kościuszki, nazwanej tak przez P. E. Strzeleckiego, reprezentuję konkurs im. P.E. Strzeleckiego, no a będę na Tasmanii gdzie na małej wysepce obok jest Mt Strzelecki, no to może i tę górę warto z rozpędu zdobyć? Okazało się że to logistycznie całkiem pasuje -  z miasta do którego dolatuję można w pół godziny się na tę wyspę z górą Strzeleckiego przeprawić, co rzecz jasna zamierzam uczynić.

Jak widać wyprawa przeradza się w wersję "trzy w jednym", czyli jedna wyprawa - trzy góry, z tego dwie "polskie". Jak szaleć, to szaleć...

 

30 października, Warszawa
Strach się bać  :)

Tydzień temu Ferdinand (organizator wyprawy ze strony indonezyjskiej agencji) przysłał mi kopię permitu (zezwolenia na wyprawę), wczoraj zaś zasypał mnie lawiną różnorakich informacji. Do najciekawszych należy ta, że agencja nie bierze odpowiedzialności za porwania, że gdyby coś (jakaś akcja ratunkowa znaczy się), to helikopter kosztuje od 15 tys. w górę, a w ogóle to nie wiadomo czy przyleci, że warto pomyśleć o ubezpieczeniu na wypadek transportu zwłok i załatwić sobie telefon satelitarny, bo różnie może być (nie załatwię, bo skąd zdobyć na to kasę?) etc. Aaaa, i jeszcze że ten trekking przez dżunglę pod Piramidę Carstensza to NAJTRUDNIEJSZY TREKKING ŚWIATA! 

Słyszałam że daje w kość, no ale żeby aż tak? No nic, jakoś chyba dam radę? Nikt nie obiecywał że będzie łatwo :). 

 

2 października, Warszawa
Coraz bliżej...

Trwa ożywiona korespondencja z Ferdinandem - człowiekiem z agencji "Adventure Indonesia", która organizuje wyprawę. Dostałam listę sprzętu, jaki muszę mieć ze sobą: kask, uprząż, jumar, karabinki, ósemka do zjazdów... Od razu mi się gęba cieszy, no bo zapowiada się fajne wspinanie!

 

28 września, Warszawa
Maraton Warszawski, czyli test formy 

Dziś biegłam w Maratonie Warszawskim. Założenie było: przebiec nie robiąc sobie krzywdy (czyli bez kontuzji, która mogłaby mnie wyeliminować z wyprawy). Do mety dobiegłam z czasem 4 godziny 17 minut, z zapasem sił, bez żadnych doświadczeń w stylu "ściany" po 30 kilometrze, więc z formą nie jest źle. Tylko że czekająca mnie wędrówka przez dżunglę to jednak coś innego niż bieganie po asfalcie.


26 września, Warszawa
Pustawe konto

Do wyprawy już tylko miesiąc z hakiem, a ja nie mama nawet połowy potrzebnej na nią kasy. Wpłaciłam zaliczkę wynoszącą 2,5 tys. dolców (niestety, tego typu wyprawy to finansowy kosmos), a muszę zdobyć jeszcze 7. Pracuję na maksa, ale co z tego jak część moich pracodawców zalega z wypłatami, a ci, którzy obiecywali dosponsorowanie jakoś o tym zapomnieli? Oczywiście mam wariant B: zapożyczyć się na brakująca kwotę i potem spłacać. Że też musiałam sobie taki nie tylko ambitny, ale i kosztowny cel wyznaczyć.  No ale raz się żyje...


15 września, Seul (Korea)
Bilety kupione!

Śledząc od pewnego czasu ceny biletów lotniczych na interesujących mnie trasach, stwierdziłam, że najwyższa pora je kupić. Jestem aktualnie w Korei, bo w ramach zarabiania na wyprawę pilotuję grupę na trasie Japonia-Korea-Chiny, ale w dobie internetu nie jest to żaden problem by zrealizować transakcję z miejsca daleko od domu. Przy okazji wyczaiłam super promocję na przelot między Melbourne a Tasmanią - bilet za równowartość 150 zł! Skoro tak to lecę! Na samej Tasmanii będę jeździć autostopem i spać w namiocie, no to w sumie drogo ten tasmański tydzień kosztować mnie nie będzie. 

Połowa lipca, Warszawa
Decyzja podjęta!

Zdobywanie Piramidy Carstensza planowałam na wrzesień, ale okazuje się że nie da się skompletować ekipy. Im więcej osób (znaczy się kilka) tym taniej, bo przecież trzeba wynająć przewodnika który przeprowadzi przez dżunglę, wziąć tragarzy, bo trochę sprzętu do noszenia jednak jest... Proponowałam w tym układzie grudzień, ale ponoć to czas jakiegoś święta na Papui, które kończy się międzyplemiennymi walkami, co może okazać się dość niebezpieczne. Z kolei styczeń jest deszczowy więc też raczej nie (ogólnie w dżungli na Papui ciągle pada, ale w styczniu bardziej). W tej sytuacji stanęło na listopadzie. Może i dobrze - nie przepadam za listopadową szarówką u nas w Polsce, może więc dobrym pomysłem będzie od niej uciec?

 

жилет для девочки