1 dzień, 2 czerwca 
Przelot na lodowiec, dojście do Obozu I

Obowiązkowa odprawa w biurze rangersów.Dzień rozpoczęliśmy od odprawy u rangersów (strażników parku narodowego). Po części biurokratycznej (różne druczki) była ok. 45-minutowa prezentacja co nas czeka i o czym trzeba  pamiętać (kwestie topografii góry, ekologii i bezpieczeństwa). Właściwie to wszystko sprowadza się do tego, że trzeba znieść wszystkie swoje śmieci a za przeproszeniem kupy robić do specjalnych kubełków które należy ze sobą nosić (jeden na kilka osób). Wspomniano też że w tzw. Basin Campie będzie punkt medyczny, ale od razu wyjaśniono, że skorzystanie z niego oznacza koniec ekspedycji, czyli w podtekście: lepiej nie zawracajcie głowy :).

Mając błogosławieństwo rangersów mogliśmy wylecieć. Są tu w sumie 2 czy 3 firmy lotnicze obsługujące wspinaczy - my skorzystaliśmy z K2.  Małe samolociki wyposażone w koła i płozy zabierają po kilka osób plus sprzęt, a lot trwa około pół godziny (trzeba pokonać ok. 100 km). Widoki po drodze - zapierające dech. Najpierw zielone lasy i rozlewiska rzeki nad którą położona jest Talkeetna, a potem zaczynają się już góry, koło których przelatuje się niemal na dotknięcie może nie tyle ręki co skrzydła. 

Wylądowaliśmy w Lądowisko na lodowcu nosi dumną nazwę "International Airport" choć rzecz jasna nie ma tam żadnego asfaltu tylko śnieg, a zamiast  budynków są namioty. Obsługę naziemną stanowi ... - tak ma na imię dziewczyna, która już od 15 lat spędza tam sezon (czyli maj-czerwiec) i kieruje całym bałaganem  (czyli tym komu zamówić taką powietrzną taksówkę). 

Zanim się wyrusza w górę, trzeba wziąć sanki (zapewnia je w ramach ceny przelotu linia lotnicza), zostawia się też zwykle jakiś depozyt (czyli zakopuje w śniegu trochę jedzonka i rezerwową butlę z gazem - na wypadek gdyby okazało się że po zejściu jest kiepska pogoda i samolot nie może nas zabrać), po czym można ruszać. Od razu poznać kto z gór wraca, a kto dopiero w nie rusza. Ci pierwsi są spaleni słońcem, faceci - zarośnięci, ci drudzy - bladzi, jeszcze w czystych ciuchach, naładowani entuzjazmem. Miłe jest to, że ludzie z sobą rozmawiają. Zaczepił nas np. Ukrainiec, który słysząc polską mowę zaproponował że może dać nam jedzenie i gaz. Podziękowaliśmy, bo wszystko mamy, wzięliśmy tylko niepotrzebne mu już batony energetyczne. 

Hurra! Znowu w górach! (tu jeszcze nieświadoma, co mnie w tych górach czeka :)  )Niestety, mało kto z tych których dziś spotkaliśmy zdobył szczyt. Według statystyk jakie widzieliśmy dziś rano w biurze rangersów - zaledwie 19% wspinaczy  "szczytowało". Kiepsko, za co winna jest głównie pogoda.  Mało tego - wszyscy opowiadają o dziewczynie która spadła z Przełęczy Denali i niestety się zabiła. 

W sumie to dzisiaj całkiem sporo przeszliśmy. Małe nachylenie, ale sanki załadowane na maksa, tak że pod koniec droga już się mocno dłużyła. Po drodze minęliśmy namiot Piotrków i Jacka - zostałam nawet u nich trochę pogadać i wypalić sziszę, którą chłopcy z fantazją wzięli w góry (mowa o elektronicznej wersji fajki wodnej; tu od razu się zarzekam - papierosów nie pale, ale szisza to nie papieros).

 

Godzinę później...

Na razie jeszcze obozy są stosunkowo nisko.Mieliśmy dawkę mocnych wrażeń!  No więc spalił się namiot Karoli i Krzyśka. To znaczy niezupełnie się spalił, ale dziura jest taka, że spać już się w nim nie da. Stało się tak przy tym, jak gotując w środku (okej, w środku namiotu gotować się nie powinno) przy odpalonej jednej kuchence chcieli uruchomić drugą. Odkręcili gaz, no i obłok gazu złapał płomień od  tej drugiej kuchenki powodując coś w stylu pochodni. Bogu dzięki żadnemu z nich nic poważnego się nie stało (choć drobne poparzenia mają).

W tym układzie zamiast spać w namiocie tylko ze Zbyszkiem, śpimy w trójkę -przygarnęliśmy "bezdomnego" w tym układzie Krzyśka (Karolą zaopiekowała się Aga z Maćkiem). Jutro trzeba będzie pomyśleć, jak załatwić dodatkowy namiot. 

 

 

 

2 dzień, 3 czerwca 
Dojście do Obozu II (2800 m)

Gotujemy... Wytapianie śniegu trwa i trwa.Ale się objadłam! Przyrządziliśmy sobie na kolację Mountain House (tak nazywają się amerykańskie liofilizaty), a dokładniej kurczaka z kluskami, na deserek po Twix`ie i do tego dużo, dużo herbaty, bo żeby się aklimatyzować trzeba dużo pić.  Swoją drogą mamy też w ramach prowiantu kiełbasę opisaną jako "Polish Sausage". Poza nazwą z polskimi produktami garmażeryjnymi nie ma ona nic wspólnego - jest słodka i nijaka.

Podoba mi się, że to góry w których nie trzeba wcześnie wstawać. Z racji tego że w ogóle się nie ściemnia (wczesne lato), nie ma presji dojścia gdzieś przed nocą - rano bez pośpiechu można poczekać aż namiot wysuszy się, wyschnie też mokry po nocy śpiwór (bo zwykle gdzieś tam dotykał do mokrych ścian namiotu) i na spokojnie się człowiek "ogarnie". Czasochłonne jest zwłaszcza gotowanie - trzeba nagotować wody aby coś rano zjeść i wypić, do tego do termosów, a trwa to i trwa bo przecież trzeba roztopić śnieg.                       

Ciągnięcie sanek - zmora zdobywców Denali.Teraz już jest wieczór, więc słońce jest za górami (tak naprawdę całą noc jest tu widno), przez co zrobiło się dość zimno, za to dzień był na tyle ciepły, że szłam w koszulce z krótkim rękawem.

Kurde, ciężko się idzie z załadowanymi sankami. Mogę teraz zrozumieć co czuje koń pociągowy. Dziś praktycznie cały czas było pod górę, jakieś 5 godzin marszu. 

Z istotnych spraw - spotkaliśmy po drodze wracających już w dół Polaków. Mimo że siedzieli w najwyższym obozie 8 dni, niestety nie udało im się wejść na szczyt, a na dodatek jeden z nich dość mocno poodmrażał sobie dłonie.

Dobra, jeszcze ostatni rzut oka na malownicze białe morze chmur pod nami i czas spać. 

 

3 dzień, 4 czerwca

Dojście do Obozu na Motorcycle Hill (3350 m), albo inaczej Camp 11 000 feet

Pod górę zasuwa się albo w rakietach, albo na nartach, ew. tylko w butach z rakami.Udało się znaleźć  namiot zastępczy dla tego spalonego w którym mieszkali Krzysiek i Karola. Małą, ale wystarczającą "dwójkę" pożyczyła ekipa Piotrków i Jacka. Ładny gest świadczący dobrze o chłopakach, którzy rzecz jasna w ten sposób ograniczyli sobie komfort swojego zamieszkania w górach. 

Dziś specjalnie się nie nachodziliśmy - od poprzedniego obozu raptem 3 godzinki drogi.  W sumie - 500 m przewyższenia. Pogoda obłędna - błękitne niebo, super widoki.  Ci którzy mają narty, a chwilowo nie zmieniają obozów, bo robią sobie dzień "restu", wykorzystali ten dzień do zjazdów - stok pokryty świeżym, puszystym śniegiem, fajnie nachylony (nie na darmo nazywa się go "Ski Hill"). Gorzej mają ci, którzy muszą zjeżdżać z załadowanymi sankami, a nie mają ich na sztywnych drągach. Obserwowaliśmy zjeżdżającą tak ekipę amerykańskich żołnierzy, którzy leżeli jeden po drugim, sprawiając wrażenie jakby ktoś ich powystrzelał.

U Krzysia nawet w trakcie odpoczynku powiewa polska flaga.Zrobił nam się "Dzień Polski". Chodzę w czapce z orzełkiem i napisem "Polska", a Krzyś w ogóle  ma dumnie powiewającą nad plecakiem biało-czerwoną flagę, więc mnóstwo osób z którymi się mijamy zaczepia nas i mówi że w Polsce było, albo ma polskie korzenie. Poza tym znowu spotkaliśmy polskie ekipy - jedna Polaków z  Toronto (na szczyt nie weszli), druga - Polaków ze Śląska (weszli!!!). Zostawili nam trochę jedzenia - przyda się, bo stwierdziliśmy że wcale tak za dużo to go nie mamy. 

Obóz w którym dziś nocujemy to tak zwany Obóz 11 Feet (Obóz 11 stóp), co rzecz jasna dotyczy wysokości (przypominam, że amerykańska stopa to 0,33 m), ale chyba częściej mówi się o nim "Motorcycle" (Motocykl), co jest skrótem od Motorcycle Hill (Wzgórze Motocyklowe). Różne są wersje skąd ta nazwa - jedna z nich wywodzi ją od pobliskich szczelin przypominających koła motorów.

Aż kolorowo od namiotów.Tu akurat namiotów jest wyjątkowo dużo  - w Motorcycle`u wiele ekip robi sobie dzień aklimatyzacyjny, tak więc spędza tu 2-3 noce, ale często staje się tu też w drodze powrotnej (następne obozy na zejściach się pomija). My za sąsiadów mamy  Szwajcarów, trochę dalej  są zaprzyjaźnieni Amerykanie, dotarli też chłopcy z teamu Piotrków+Jacka.

Z racji dobrej pogody kwitnie życie towarzyskie, bo aż szkoda byłoby kisić się w namiocie. Słońce pali tak, że niektórzy paradują półnago, a wszyscy mają już nieźle spalone twarze. Większość wspinaczy nosi charakterystyczne "noski" - ja akurat pożałowałam 5 dolców, bo tyle kosztowały, no i mimo nakładania filtru 50-tki schodzi mi już teraz na nosie i na uszach skóra, nie mówiąc o tym że po zdjęciu okularów budzę śmiech białą plamą. 

Prognozy na najbliższe dni są jednak mało ciekawe - ma padać (na 4,5 tys. metrów ma spaść tej nocy 40 cm śniegu), a na  górze mocno wiać.   

Trochę później...

Piotrek prezentuje toaletowy kubełek, który trzeba ze sobą nosić :).Kurcze, dostałam jakiejś koszmarnej biegunki. Kiepsko, bo przy okazji się odwadniam, co na wysokości osłabia i utrudnia aklimatyzację. Poza tym z załatwianiem się jest tu delikatnie mówiąc problem. Za kibelek służy miejsce tuż przy głównej ścieżce  przecinającej obóz, osłonięte murkiem śnieżnym z trzech stron, ale z czwartej już nie. Po prostu trzeba się przyzwyczaić, że się załatwiasz, a ktoś akurat przechodzi, więc może będzie mu wypadało z kucanej pozycji pomachać, albo nawet nawiązać konwersację. Krótko mówiąc - zero intymności. Tak na marginesie to kobiety statystycznie kobiet wśród wspinających się na Denali jest zaledwie 10%.

A co do tego załatwiania się, to sika się bezpośrednio na śnieg (no chyba, że do butelki, tak jak to się zwykle robi w namiotach nocami), natomiast cięższe sprawy to do tych wspominanych już noszonych ze sobą kubełków wyściełanych rozkładającymi się w naturze torbami. Po kilku użyciach można te torby wyrzucić w wyznaczone szczeliny. Same kubełki są jednak średnio praktyczne, bo trzeba je nosić, a zajmują sporo miejsca.     

Zakopujemy śmieci (w drodze powrotnej je odkopiemy, aby znieść je w dół).Śmieci też się ze sobą nosi, bo na Denali bardzo dba się o czystość góry. W praktyce oznacza to, że idąc do góry uzbierane śmieci zakopuje się robiąc tzw. depozyt (każda ekipa dostaje oznaczone swoim symbolem trasery-markery, które wbite w śnieg wskazują miejsce gdzie potem kopać). Potem w drodze powrotnej trzeba to zabrać i zwieźć w dół. Jeśli się tego nie zrobi, grożą bardzo dotkliwe kary finansowe. To samo dotyczy miejsc w którym miało się rozbity namiot. Że rzeczywiście jest to przestrzegane przekonała się jedna ze znanych mi polskich agencji górskich, której pokazano zdjęcie dowodzące że zabrali nie wszystkie śmieci i nałożono na nich mandat 200 dolców.                                                                                          

 

4 dzień, 5 czerwca
Windy Corner, ok. 4000 m n.p.m.

Biwak na Windy Corner.Nie doszliśmy dziś tam gdzie zamierzaliśmy, czyli do „Campu 14 000 stóp”. Główny powód – droga okazała się bardziej męcząca niż zakładaliśmy – stromo, głęboki śnieg, no i te cholerne sanki, które solidnie załadowane są po prostu trudne do ciągnięcia (na stromym stoku obsuwają się w bok, często się przy tym przewracając). Nie wiem dlaczego Zbychu nie skłania się do tego by wynosić depozyty – tak robi 95% ekip. Czyli wyjść dzień wcześniej, wynieść w górę część betów i potem iść z dużo mniejszym obciążeniem. Noszenie na takiej wysokości wszystkich betów na raz, to jakaś masakra. W rezultacie jesteśmy wykończeni – bolą nogi, bolą plecy (bo plecaki też ciężkie), a rozbicie się na przełęczy zwanej Windy Corner też samo w sobie dobrym pomysłem nie jest (dlaczego tłumaczy nazwa tego miejsca: Wietrzny Róg). Na szczęście pada śnieg, co sugeruje że przynajmniej przez jakiś czas nie będzie wiało.

W sumie do wniesienia mam ok. 40 kg. Zimno się zrobiło strasznie, no ale to już wysokość. Teraz gotujemy, więc może jak coś zjemy, to się trochę rozgrzejemy (na deser zamierzamy sobie strzelić czekoladę na gorąco).

A z ważnych wydarzeń tego dnia, to z wyprawy wycofali się Agnieszka i Maciek. Szkoda… Z przyjemnych rzeczy to dostałam od Piotrków i Jacka (wczoraj spędziłam z ich ekipą miły wieczór) książkę ze specjalną dedykacją. Mała rzecz, a cieszy…

ps. Odnośnie mojej torby na zdjęciu! Dzięki różowemu kolorkowi stała się ona ogólna rozpoznawalna, a nawet kilka osób pytało mnie wprost gdzie ją kupiłam :). Ale wyjaśniam, że ten róż choć wygląda "lansiarsko" (mnie tam się podoba :) ) nie zmienia faktu że to klasyczna torba wyprawowa, tzw. duffel bag, mocna, nieprzemakalna, z dużą ilością zaczepów pozwalających na jej przymocowanie np. do sanek.

 

5 dzień, 6 czerwca
Basin Camp czyli Camp 14000 stóp (4330 m)

Prościutka i łatwa droga z Windy Corner do Campu 14000 stóp.Lajtowy dzionek. Wiatr na Windy Corner na szczęście nas oszczędził, tak że spaliśmy do 10-tej, a obudziły nas dopiero głosy przechodzących obok wspinaczy, dziwiących się nieco że ktoś rozbił się w tym miejscu.

Odcinek do przejścia (właściwie to końcówka etapu zaplanowanego na wczoraj), był krótki, i łagodny, a że wyjrzało słońce i zrobiły się ładne widoki, szło się naprawdę z przyjemnością. Poza tym w odpowiedni sposób powiązaliśmy liną sanki, dzięki czemu osoba która szła z tyłu pomagała je od razu stabilizować, dzięki czemu nie zsuwały się w bok.

Obóz – największy z tych co są na trasie. Pierwsze wrażenia? Ale kolorowo! Mnóstwo namiotów, wszystkie obudowane murkami ze śniegu (wzorcowy murek powinien być wyższy niż wysokość namiotu).  Następne wrażenie – po podniesieniu głowy do góry: kurna, jeszcze taki kawał góry do złojenia! Tak wysoko trzeba wejść! I tak stromo?
W obozie – mnóstwo znajomych. Między innymi żołnierze amerykańskiej armii z którymi ciągle się mijamy i obóz szkoleniowy w którego kadrze jest Polak – mieszkający w Calgary Rafał (świetny wspinacz, w Polsce mało znany, ale tu wyraźnie bardzo ceniony). Po sąsiedzku mamy Mario – Rumuna, który jako jedyny ostał się z ekipy która atakując szczyt spadła i zakończyło się akcją ratunkową z użyciem W obozie 14000 stóp. W dali Mt Foraker.helikoptera (jedna dziewczyna złamany kręgosłup i poważne odmrożenia). Mario jest zdeterminowany – czeka na dobrą pogodę i zamierza ponownie atakować. Trochę dalej mamy obóz znajomej ekipy pod dowództwem niejakiego Kobry (to właśnie tam jest moja koleżanka z Everestu – Olga). Co do Everestu to było tu więcej znanych mi stamtąd osób. M.in. hinduskie bliźniaczki – szczyt zdobyły, minęłam się gdzieś z nimi po drodze. Jedna Hinduska (już nie z bliźniaczek) jeszcze jest – wspina się razem z Brazylijką. Bardzo dziewczynom kibicuję, zwłaszcza że komuś z ciepłych krajów nie jest łatwo na górze zaliczanej do najzimniejszych na świecie. Hitem jest jednak chłopak z Dubaju. Jego ekipa odpuściła, ale on nie. Tym bardziej że dostał kasę od swojego rządu na całą Koronę Ziemi (włącznie z Everestem), więc zamierza cel osiągnąć.

Chcemy robić zdjęcia, to czas naładować baterie.Grzejące słoneczko wykorzystaliśmy na ogólne suszenie – ciuchów, a przede wszystkim śpiworów, no i ładowanie posiadanej elektroniki. Muszę przyznać, że moje baterie słoneczne spisują się znakomicie, tak więc nie muszę oszczędzać baterii ani w aparacie, ani w kamerce GoPro, ani w MP4 z której wieczorami słucham audiobooków. 
Przeszłyśmy się też z Karolą do obozowiska rangersów (jest tam też punkt medyczny). To co najbardziej nas tam interesowało, to tablica na której wypisywane są prognozy pogody. Jutro ma być jeszcze tak jak dziś, czyli ładnie, ale potem ma niestety zacząć padać i wiać. Wieść gminna niesie coś o wiatrach o sile 130 km/h (ale to w High Campie, czyli obóz wyżej). 

A tymczasem kończę, bo muszę zrobić jeszcze sesje foto okolicznych gór. Najbardziej wyróżnia się Foraker (5304 m) – druga co do wielkości góra Alaski, oddalona od szczytu McKinleya o 23 km. Piękna góra. W ogóle jest tu pięknie. I ta fantastyczna biel łamana z błękitem (to tam gdzie seraki i szczeliny). W dolinach do takich kontemplacji pasowałaby lampka wina. Tutaj mogę się co najwyżej poraczyć czosnkiem (robimy to ze Zbyszkiem codziennie, przed położeniem się spać).

 

6 dzień, 7 czerwca 
Camp 14000 stóp (4300 m)

Wielkie seraki jakie mijałyśmy podczas naszej wycieczki.Ładną pogodę wykorzystaliśmy na wycieczki aklimatyzacyjne. Chłopcy poszli w kierunku przełęczy, my z Karolą obrałyśmy kierunek bardziej ambitny, dochodząc dużo wyżej (na jakieś 4800 m) – w kierunku grani po której idzie tzw. Droga Cassina. Pewnie weszłybyśmy jeszcze wyżej, bo dobrze się szło, ale Karola nie miała czekana, a stok był taki, że łatwo było polecieć, nie mówiąc o tym, że w obozie zostałyśmy przekonane, że linę możemy sobie odpuścić, a tymczasem okazało się że stok jest dość szczeliniasty. Krótko mówiąc z rozsądku zawróciłyśmy i dobrze, bo na powrocie zepsuła się pogoda i nie widziałyśmy dosłownie nic. Istne „mleko”. Nasze ślady wejściowe już zasypało, traserów nie było widać. Ale zabłądzić i tak nie było jak, jakby się nie szło, idąc w dół wychodziło się na obóz. 

Zdjęcie dla tych, co mówią że na McKinleyu nie ma szczelin. Wprawdzie nie wszystkie są takie ładne, ale jest ich dużo i często bardzo głębokie.W każdym razie wycieczka była fajna, po drodze sobie pogadałyśmy, a z widoków to zafascynowały nas ogromne seraki, kojarzące się Karoli z kaloszami, a mnie ze sfinksami (na zdjęciu powyżej). W drodze powrotnej zajrzałyśmy jeszcze do rangersów sprawdzić prognozy. Wynika z nich, że kto jest w High Campie, ma jutro szansę spróbować z atakiem szczytowym, ale następne dni będą zbyt wietrzne. Do góry wyszła dziś ekipa Kobry – trzymamy za nich kciuki. Tylko że na jutro to z tym „szczytowaniem” mogą się jeszcze nie wyrobić – po dojściu do High Campu przydałby się im dzień „restu”.

A co do znajomych polskich ekip, to dziś do campu dotarł team Piotrków i Jacka. Zaprosili mnie na fantastyczną zupę, do której wrzucili chyba ze 3 główki czosnku i doleli jeszcze sos chili.

 

7 dzień, 8 czerwca 
Obóz 14000 stóp (4330 m)

Poranny rytuał gotowania, czyli śniadanie, może nie na trawie,ale na śniegu.Dziś niedziela, a tymczasem prognozy pogody wskazują, że ruszyć się w górę będzie można dopiero w środę. Dzisiaj niby jest okej, ale jutro i we wtorek ma wiać ponoć 130 km/h, więc nie ma co się wyżej pchać. Jak na razie pogodowo jest okej - u góry pewnie sporo ekip wyszło do ataków szczytowych (liczymy na to, że ekipa od Kobry też - trzymamy za nich kciuki). Tu na dole (o ile "dołem" można nazwać lodowiec na 4300 m) jest pocztówkowa wręcz zima. Taka, o jakiej w Polsce marzymy, zwłaszcza na Święta - słoneczko, puch, skrzący się śnieg, skrzypiący na mrozie. Brakuje tylko ośnieżonych choinek, no ale to już tydzień jak nie widzimy żadnych drzew.

Życie bazowe płynie niespiesznym tempem. Do około 10-tej spanie  (w domu nigdy nie śpię tak długo! nawet w niedzielę!), potem ciągnące się ze dwie godziny gotowanie wody, no a potem jest czas na odwiedzanie się w obozach (no chyba że jest tak zimno, że człowiek  nie chce ruszyć się z namiotu).

 

Paweł przy poręczówkach.Z drugiej strony aby się aklimatyzować, trzeba jednak się ruszać i  przyzwyczajać organizm do wyższej wysokości, tak więc rzuciłam w naszej ekipie hasło, by jednak gdzieś wyżej się przespacerować. Entuzjazmu nie było - poszedł ze mną tylko Paweł. Lubię z nim chodzić, bo mamy zbliżone tempo, no a poza tym Paweł też jest przewodnikiem górskim, co sprawia, że mamy podobne podejście do gór.
"Niedzielny spacer" oznaczał zrobienie 700 m w pionie, na poręczówkach do przełęczy. W sumie wyszło tego 5 godzin łażenia. Mimo że poszliśmy "na lekko" (w plecaku tylko termos, kurtka puchowa, folia NRC etc.), trochę się jednak zmęczyliśmy. Zwłaszcza te poręczówki dały nam popalić, a zresztą nie tylko nam, bo ogólnie to co się na nich działo można opisać dwoma słowami: "rzeź niewiniątek". Zanim wyruszyliśmy z obozu Zbyszek mówił coś że to lajcik, że w stromym stoku są zrobione stopnie - nie wiem, ale żadnych stopni nie było, za to stromy stok pokrywał żywy lód. No ale dobrze że przerobiliśmy ten odcinek, bo mam teraz trochę przemyśleń, co i jak przy swojej uprzęży poprzepinać i powiązać, żeby było wygodniej i sprawniej. Później, w trudnych warunkach, z całym ekwipunkiem, każdy szczegół może być istotny.

I jeszcze jedno zdjęcie z podejścia do przełęczy z poręczówkami.Schodząc poznaliśmy przesympatycznych Brytyjczyków - urocza kobieta, widać że obyta z górami, z dwoma facetami. Jeden z nich był 6 razy na Evereście, natomiast drugi , jak się już potem, po zejściu okazało (po rozmowach z innymi wspinaczami) to Victor Saunders, znany wspinacz który na Evereście też był, ale ważniejszym jest fakt, że na K2 na 8000 m zrezygnował z dalszego wchodzenia, bo kogoś tam uratował, sprowadzając  go w dół. W każdym razie widać że cała trójka to mocny zespół. Chcą zrobić McKinleya najpierw normalnie, a potem Drogą Cassina.

Po powrocie z okazji niedzieli "wykąpałam się", to znaczy wymyłam chusteczkami nawilżającymi i założyłam czyste ciuchy  (czytaj: zestawik bieliźniany z mało seksownej wełny merynosów). Przy okazji po iluś dniach spojrzałam w lusterko... Mocne przeżycie :). Przestaliśmy ze Zbyszkiem korzystać z tego przedmiotu już kilka dni temu, no ale z racji niedzieli... Moja gęba wygląda dość osobliwie - mimo stosowania najmocniejszych filtrów spalona jest na brąz, z którego wyróżniają się te białe okulary. O skórze schodzącej z nosa i uszu nie ma co wspominać, podobnie jak o spierzchniętych ustach. I do tego podkrążone od wysokości oczy, przetłuszczone włosy... Ale dobra, to góry, a nie wybory Miss. :)


8 dzień, 9 czerwca
Obóz 14000 stóp (4330 m)

Zawodnicy gotowi do startu!Poranek był wciąż jeszcze słoneczny, co wykorzystaliśmy na zawody saneczkowe. Zabawa była super, poza tym że przy szybkim zjeździe śnieg walił w twarz tak, że się człowiek dusił. Wpadał do ust, zatykał usta, nie sposób było oddychać. Teraz rozumiem jak się czuje człowiek w lawinie.
A co do zjazdów to wygrał Krzysiek - zjechał najdalej! 

Po południu zaczęło padać i pada tak aż do teraz  (a jest prawie północ). W obawie przed silnymi wiatrami wiele osób umacniało dziś otaczające namioty murki. Obserwowaliśmy przy tej pracy znajomą ekipę amerykańskich żołnierzy. Kojarzyli mi się z "trójkami murarskimi" jakie kiedyś budowały powojenne domy - podawali sobie wycięte w śniegu "cegły" i wznosili te murki coraz wyżej i wyżej. My zaanektowaliśmy już gotowy murek, wyglądający całkiem solidnie. Mamy nadzieję że wytrzyma.

Nadjeżdża Krzysiek!Co ciekawe, jesteśmy w obozie rozpoznawalni jako polska ekipa. Dziś jak szłam do rangersów po prognozy, wiele osób mówiło mi nie tylko "hallo", ale polskie "cześć" (znają, bo wielu Amerykanów ma przecież kontakty z Polakami, choćby z pracy). Odwiedził nas też Polak z Chicago, przynosząc całą torbę słodyczy.


Wieczorem poszliśmy ze Zbyszkiem "w gości" czyli do Piotrków i Jacka. Podjadając daktyle (Boże, skąd chłopcy je wytrzasnęli) i popijając yerba matę, rozegrałam z Piotrkiem Ś. partyjkę szachów. Niestety, przegrałam, ale z honorem bo ponoć Piotrek słynie z tego, że jest w tym dobry. Przy okazji podróżniczo-geograficzna zagadka jaką zadali mi chłopcy:  "Państwo na samo A?" Odpowiedź: "SamoA". :)

 

9 dzień, 10 czerwca
Obóz 14000 stóp (4330 m)

Zasypywany śniegiem obóz na 4330 m.Rano skorzystałam z naszego telefonu satelitarnego i  zadzwoniłam do Pawła (mojego męża). W Polsce ponoć fala upałów, ponad 30 stopni, ludziska pewnie się opalają, wsuwają lody i marzą o chłodzie, a tu tymczasem wiatr, ziąb, sypie śniegiem, a czego jak czego, ale lodów to mamy pod dostatkiem. W nocy termometr w moim Tissocie pokazywał w namiocie wprawdzie tylko minus 10 stopni, ale nie powiem, palce u stóp mi trochę zmarzły.

W obozie sennie, bo jak sypie to nikomu nie chce się wychodzić z namiotów. Właściwie to okolica przypomina białą pustynię z kolorowymi punktami które są wystającymi spoza śnieżnych murków dachami namiotów. Co do naszego murka to zaczął się niepokojąco pochylać. W związku z tym złapaliśmy dzisiaj za łopaty (najbardziej ambitnie - Paweł) i trochę go posypaliśmy wzmacniając konstrukcję. Mario, czyli kolega Rumun, zrobił to samo - jego jednonamiotowy obóz wygląda niczym twierdza.

Namiot rangersów (widoczek przy dobrej pogodzie, z innego dnia).Tymczasem coraz bardziej kiepsko robi nam się z jedzeniem, a gaz też już na wykończeniu. W tej sytuacji, mimo że warunki pogodowe nie są sprzyjające, Zbyszek jako lider postanowił zejść do obozu niżej, czyli do Motorcycle na 3350 m, i donieść trochę jedzenia zakopanego tam w depozycie jako rezerwa. Poszedł z nim dla towarzystwa także Piotrek Ś. z ekipy od Jacka.

Właśnie wyciągnęłam radio żeby wywołać ich w nadziei że już wracają, kiedy zjawił się ranger i zapytał czy to z tego obozu ktoś poszedł do Motorcycle`a. Zrobiło mi się słabo, no bo... Rozumiecie, wizyta rangersa nic dobrego nie wróżyła. Nie wykluczone, że widząc moją przestraszoną minę ranger szybko wyjaśnił, że nic im nie jest (uff!), ale tego dnia już do nas nie wrócą, bo zostali zatrzymani przez tamtejszych rangersów aby przeczekali złe warunki. Ulżyło mi... Potem jeszcze ranger wyjaśnił, że nie mamy co się o chłopaków martwić, bo przyjęła ich do namiotu ekipa niemiecka, a na koniec dostaliśmy ochrzan że poszli bez liny. Tu z kolei ja się zdziwiłam, bo jeśli tak, to rzeczywiście mało roztropnie.

 

Widoczki z bazy, czyli namioty otoczone śnieżnymi murkami.Przy okazji my zapytaliśmy rangersa czy wie co z ludźmi którzy są w High Campie, czyli obozie tysiąc metrów wyżej. A on na to, że nikogo tam nie ma!!! My na to, że jak nie ma, jak są, że wiemy o 16 osób (dane Maria-Rumuna), w tym choćby nasi polscy znajomi (ekipa Kobry).  Mówimy, że obawiamy się, że być może nie mogą zejść (lawiniasto), a nie wiadomo czy mają jedzenie, czy nie są poodmrażani. W każdym razie ranger nie wyglądał na specjalnie przejętego. Na koniec nam rzucił że w Motorcycle`u spadło 6 stóp śniegu (czyli prawie 2 metry) i sobie poszedł.    

Niestety, kiepska pogoda sprawia że siada nam w ekipie morale. Z jednej strony i tak zbliża się termin wykupionego przelotu do Europy (ja jestem w innej sytuacji, bo mam jeszcze  2 tygodnie luzu), z drugiej - niektórzy mają już po prostu dość. Trudno się dziwić - ileś dni na lodowcu, mieszkając w ciasnym namiocie, w zimnie i wilgoci, z dość specyficznym jedzeniem, nie dla każdego są na dłuższą metę fajne. Ja w każdym razie żeby nie wiem co - zostaję i próbuję nadal mierzyć się z górą. Mam dogadane, że Dzięki flagom nasz obóz z daleka widać. Na mojej fladze widnieją nazwiska osób, które mi pomogły w wyprawie.mogę dołączyć do ekipy Piotrków i Jacka, zaś jeszcze inna opcja to propozycja Rumuna, który szuka partnera do liny i sugerował nawet że nie muszę mieć żadnego jedzenia, nic, bo on wszystko ma. 

Póki co, do powrotu Zbyszka w obozie trwa reglamentacja jedzenia. Z tej okazji zjadłam na kolację pół chińskiej zupki i tyle... Nic dziwnego, że z Karolą która wykorzystała zwolnione po Zbychu miejsce i przeniosła sie do mnie (jej namiot jest dużo mniejszy niż mój i Zbycha), gadałyśmy sobie przed zaszyciem się w śpiwory o jedzeniu. Jeju, jak za mną chodzą naleśniki mego Taty!  I pomidorówka którą kiedyś robiła moja Mama!                                                                        
 

 

10 dzień, 11 czerwca
Obóz 14000 stóp (4330 m)

Rano obudziły mnie jakieś głosy. Okazało się, że to Martin, jeden z Niemców, wiedząc że mamy mało jedzenia przyniósł nam pół worka prowiantu. Ale fajnie!

CO z tego że jest ładnie, jak lawiniasto.Dziś według prognoz miało rozpocząć się okno pogodowe dobre na ataki szczytowe, ale choć pogoda się rzeczywiście poprawiła, wszyscy obawiają się zagrożenia lawinowego na odcinku do przełęczy. Jak na razie nikt nie wychodzi - potencjalnych chętnych pewnie odstraszają lawinki walące się bliżej obozu, na skałach na które na szczęście nikt wspinać się nie zamierza.

Poza tym i tak wyjść nie moglibyśmy, bo nie ma Zbyszka i Piotrka. Na dodatek nie mamy z nimi żadnego kontaktu. Denerwuję się o ten ich brak liny - wczoraj jak byłam u Jacka i pozostałego w obozie Piotrka, opowiadali jak idąc tutaj zaliczyli szczeliny i to całkiem głębokie. Tylko że byli związani liną, więc nie było problemu.

Martwimy się też o ekipę Kobry. Jeśliby zdobyli szczyt w niedzielę, to już dawno powinni zejść. Ale może nie zdobyli i czekają na kolejną możliwość? A może coś poszło nie tak? Nie, tę myśl zdecydowanie od siebie odsuwamy.    

                        
                                   
Trzy godziny później...

Zbyszek po szczęśliwym powrocie do obozu.Przyszedł Zbyszek z Piotrkiem. Dotarli zmęczeni, bo szli przez kopny śnieg, głodni, bo od wczorajszego dnia nic nie zjedli. To co mówił rangers, że rzekomo Niemcy ich w obozie Motorcycle przyjęli było mocno na wyrost - Niemców w obozie nie było, tak więc chłopcy mogli tylko skorzystać w nocy ich z namiotu. A że nie mieli śpiworów to przemarzli za wszystkie czasy. Ugotowałam szybko wodę na liofilizowanego beef strogonowa żeby Zbyszek szybko coś zjadł (Piotrkiem zajęła się jego ekipa). Zjadł i padł - śpi jak suseł.

A tymczasem na stoku z poręczówkami pojawiła się jakaś pierwsza odważna ekipa wychodząca do góry. Wszyscy w obozie ich obserwują. Jak im się bez przykrych przygód uda wyjść na przełęcz, pewnie zaraz wyruszą następni.



Jeszcze później...

Obozowy konkurs skoków narciarskich.Słoneczko które znowu raczyło się pojawić ożywiło senny przez cały wczorajszy dzień obóz. Ci którzy mają narty urządzili konkurs skoków. Skocznie jest usytuowana tak, że duża szansa że któryś z zawodników jak nie wyhamuje, to zatrzyma się w moim namiocie. W każdym razie emocje są duże, zwłaszcza że skoczkowie - z różnych krajów.
Druga dyscyplina sportu jaka uaktywniła się między namiotami to mini-golf. Znalazła się jakaś kolorowa piłeczka, za kije służą czekany, a ze zrobieniem pola z dziurkami to już żadnego problemu nie było.

Na punkcie widokowym w pobliżu naszego obozu.Co do nas to tym razem sportowo się nie udzielaliśmy, za to z większością ekipy poszliśmy sobie na punkt widokowy popatrzeć może nie tyle na góry, ale na to, co jest po drugiej stronie skał, w dole. Kurde, widać zielone doliny! A ja już prawie zapomniałam jak wygląda zieleń (w sumie to nawet nic zielonego z sobą nie mam).

Wszystko wskazuje na to, że jutro wyruszamy w górę... Była wprawdzie dyskusja, że niektórzy chcą już tylko w dół, ale ostatecznie wszyscy zdecydowali, że dobra, spróbują wykrzesać z siebie jeszcze trochę sił i jeszcze trochę na górze powalczyć.

 

11 dzień, 12 czerwca
Z Obozu 14000 stóp (4330 m) do High Campu (5300 m)

Ale widoki! Kulminacji Denali wprawdzie nie widać, ale to co wyrasta ponad obozem (wstępna część Denali), robi wrażenie. Kawał góry.

Mój namiocik zaraz po rozbiciu w High Campie. Jeszcze bez solidnego śnieżnego muru, który wybuduję następnego dnia.Smutno mi… Powodem jest pożegnanie z moją dotychczasową ekipą. Żal mi się było z nimi rozstawać. Z drugiej strony dziwne to było pożegnanie – z pewnym zgrzytem dotyczącym Janusza. Wyraziłam swoje nienajlepsze zdanie na temat jego doświadczenia (tzn. jego braku), sugerując, że powinien się poważnie zastanowić czy samodzielne wchodzenie na Denali jest na miarę jego sił i uprzedzając, że ja zajmować się nim nie będę, bo tak jak było wiadomo od iluś już dni, od tej pory mam swój nowy team. Myślałam że Zbychu jako lider mnie poprze, ale nie – ku mojemu zdumieniu zachęcał jeszcze Janusza do zostania, przekonując że bez problemu da radę. Janusz stwierdził że okej, za wszelką cenę będzie zdobywał szczyt. Zapytałam jeszcze jak z liną, w sensie - że jej nie ma i nie ma partnera (tego dnia wyszedł w górę z Mario-Rumunem, ale szybko ich drogi się rozeszły). Odpowiedź była taka, że wie co robi.

Pożegnanie z Karolą, Pawłem, Krzyśkiem i Zbyszkiem nastąpiło na przełęczy do której dochodzą poręczówki. W tym samym czasie doszła tam też wracająca z High Campu ekipa Kobry! Ale się ucieszyłam! Niestety, nie udało im się zdobyć szczytu, ale najważniejsze że są wszyscy cali i zdrowi. Dostałam od nich na odchodne trochę przydatnych rzeczy - ogrzewacze, słodycze... 

DDroga do High Campu. Ogólnie - warto mieć linę.Dalsza droga do High Campu, pokonywana już w pojedynkę (moi koledzy dotrą pewnie jutro wieczorem), łatwa nie była. To dość eksponowany odcinek, po dość niebezpiecznej grani, a ja szłam przecież sama i nie miałam liny. Na dodatek zepsuła się pogoda i bałam się że w ogóle najdzie mgła przez co mogę nie wiedzieć jak iść. Na szczęście szła też ekipa Rumunów. Chłopcy wybrali opcję że to ja idę na początku (wolałabym odwrotnie), ale pal sześć, już sama myśl że gdyby coś to ktoś widzi co się ze mną dzieje, psychicznie mi pomagała.

W sumie nawet sprawnie to dojście poszło. Ktoś tam mówił, że muszę liczyć na ten odcinek ok. 3,5 godzin, wyszły  dwie... Ale w ogóle tego dnia mi się dobrze szło. Nawet na poręczówkach mi się tym razem podobało.

A wracając do tego rozstania z moimi dotychczasowymi współtowarzyszami. No cóż, już tak jest, życie toczy się dalej, z jednymi się rozstaję, a na mojej drodze pojawiają się nowi ludzie… Tak jak Martin, młody Niemiec, który w poprzednim obozie jak zaczęło brakować nam jedzenia, przyniósł nam trochę swoich zapasów. Teraz znowu się z Martinem spotkaliśmy – szukałam kogoś kto ma coś na ból gardła, no i Martin Mój ulubiony Krecik, którego oddałam Martinowi.miał. A potem się rozgadaliśmy i od tabletek zeszło na sprawy osobiste. Otóż okazuje się, że chłopak ma jakiegoś nieuleczalnego raka. Zostało mu co najwyżej 5 lat życia które postanowił wykorzystać na maksa, robiąc różne ryzykowne rzeczy. Robi więc Koronę Ziemi, przeszedł Antarktydę, wspina się gdzie tylko może… I przy tym jest niesamowicie pogodny, tryska entuzjazmem i dobrą energią.

Kiedy wróciłam do namiotu po tej rozmowie, byłam tak poruszona, że nie mogłam spać. W końcu wyczołgałam się jeszcze raz na zimny „dwór” i zaniosłam Martinowi jedną ze swoich ulubionych maskotek – Krecika (tego z dobranocki, na zdjęciu obok), którego dostałam od przesympatycznej Basi, pracującej w rzeszowskim Muzeum Dobranocek. Trudno mi się było z Krecikiem rozstawać, ale mam nadzieję, że przyniesie Martinowi szczęście. I że może lekarze się pomylili…


12 dzień, 13 czerwca - PIĄTEK (wcale nie feralny)
High Camp (5300 m)

Tu znowu mój namiot, ale juz po obudowaniu solidnym śnieżnym murkiem.Ale cisza! Ustał wiatr który w nocy wiał z taką siłą, że myślałam że porwie mój malutki namiocik (właściwie to nie mój, tylko Jacka), albo nawet zwieje mnie razem z nim, bo chwilowo mieszkam w nim sama. Chwilowo? Właściwie to nie mam pewności czy koledzy z mojego nowego teamu do mnie dotrą – wystarczy że będzie zbyt duże zagrożenie lawinowe na stoku z poręczówkami i utkną w Campie na 14000 stóp.  Poza tym pogoda ogólnie taka sobie – chmury, ziąb, mogą więc po prostu uznać, że zamiast włóczyć się po górach w taką pogodę, lepiej najnormalniej w świecie pospać.  

Alternatywę gdybym miała zostać sama, mam. Propozycję by iść na atak szczytowy z jego liną wysunął już kolega Rumun, który wczoraj kiedy dotarłam do obozu, życzliwie proponował też, że jak mi się nie chce rozstawiać swojego namiotu, to może mnie przyjąć do siebie. Druga opcja to żołnierze z obozu armii amerykańskiej – z rozmowy z ich dowódcą wynikało, że nie ma problemu by dołączyć do ich ekipy.

A tak wygląda High Camp z pewnej odległości.W nocy zmarzłam. Termometr w moim Tissot`cie wskazywał nocą w namiocie -23 stopnie, a i tak chłopcy z ekipy austriacko-niemieckiej mówili, że było dużo cieplej niż nockę wcześniej, kiedy ponoć było -45! Boże, jak ja tęsknię już do ciepła!!!

Wprawdzie według prognoz siła wiatru miała zmaleć z 60 mil do 20, ale na wszelki wypadek postanowiłam dobudować trochę zaanektowany po kimś śnieżny murek. Pożyczyłam od kolegi Rumuna łopatę (moją zabrała moja dotychczasowa ekipa), do tego piłę, no i z zapałem wycinałam śnieżne bloki, co może było dalekie od ideału, ale zawsze to jakieś wzmocnienie, a przy okazji ja mam motywację do poruszania się. 

W sumie to nawet nie jest mi tu źle. W namiocie nachuchałam już na tyle, że się ociepliło i nawet zdjęłam puchówkę, popijam sobie herbatkę lipową, którą podarowała mi Karolina, a na zagrychę wsuwam przepyszną czekoladę od Olgi. Nawet czapkę zdjęłam, na co wpływ ma nie tylko temperatura ale też i to, że jestem sama, więc nikogo nie straszę swoimi niemytymi od tylu dni włosami. Zaraz odpalę audiobooka - aktualnie słucham "Przygód Szwejka", zaś z muzyki mam na "tapecie" gł. ballady I jeszcze jedno ujęcie z High Campem.rosyjskie (duet: Korycki i Żukowska) plus  moje ukochane szanty dające mi psychiczne oderwanie się od gór (bo tęsknię już za powrotem do żeglarstwa). 
Wysokościowo (mam na myśli reakcję organizmu) jest ok, a nawet super – poza trochę opuchniętymi oczami, żadnych objawów że to 5300 m.
Martwię się jedynie o Janusza – niby już nie mój team, no ale wiadomo... Wczoraj nie dotarł do obozu, choć do północy czekałam na niego z gorącą herbatą. Mam cichą nadzieję, że jednak wykazał się rozsądkiem i zawrócił, dołączając do reszty schodzącej w dół naszej ekipy.


Po południu

Janusz się znalazł! Okazuje że jednak nie odpuścił - dotarł do obozu wczoraj 2 godziny po mnie – przeoczyłam jego przyjście, a on sam też do mnie nie przyszedł.

Minusem High Campu jest jego wystaienie się na zimny wiatr (nieosłonięty teren).Okazuje się, że mimo takiej sobie pogody, kilka osób wyszło do ataku szczytowego. Między innymi ekipa rumuńska (ale Mario nie) oraz harpagony z obozu szkoleniowego. Niestety, nikomu się nie udało – wycofali się wracając do obozu wykończeni i przemarznięci.

Tymczasem do obozu przyszło trochę nowych ludzi, bo wieść gminna niesie że może jutro się wypogodzi. Ze znajomych pojawili się m.in. Szkoci i Masa – Japończyk, mój ulubiony Japończyk. Niestety, chłopaków nie ma, więc chyba trzeba będzie samotnie atakować szczyt. Dogadałam z żołnierzami, że jakby rano próbowali atakować szczyt, to mnie obudzą. Z kolei schodząca już w dół ekipa niemiecko-austriacka (ta od Martina – zdobyli szczyt 2 dni wcześniej) zostawiła mi kolejną porcję jedzonka. Zaraz sobie strzelę otrzymany od nich pudding czekoladowy. W jednej z książek o Denali wyczytałam, że organizm wspinacza wymaga tu 4000-5000 kalorii dziennie, a i tak się chudnie – przeciętnie 5-10 kg. To akurat zaleta gór – można do woli jeść, nie martwiąc się o diety :).

 13 dzień, 14 czerwca, 

High Camp (5300 m)

Tablica z dobrą prognozą pogody na 14 czerwca, która wcale się nie sprawdziła... :(A jednak nie wyruszyliśmy do ataku szczytowego. Miało być słonecznie, typowa „lampa”, słaby wiatr, a zamiast tego od rana praktycznie nic nie widać i cały czas sypie śniegiem. W rezultacie nikt w góry z obozu nie wyszedł.  Nie powiem, mając trochę nadziei że się wypogodzi, wygrzebaliśmy się rano z Piotrkiem ze śpiworów i nagotowaliśmy wody, co zawsze trochę trwa. Dwie godziny później widząc jak wygląda rzeczywistość, już pozbawieni nadziei z powrotem zanurkowaliśmy w śpiwory, robiąc sobie „dzień leniucha”.

Trochę to już frustrujące – takie uzależnienie się od pogody. Wielu osobom siada  psycha, bo przecież każdy z nas chciałby być już na dole, w bezpiecznym i ciepłym miejscu.  No i jedzenie – coraz częściej marzą nam się jakieś ulubione domowe specjały. Za mną „chodzą” wspominane już na tym blogu naleśniki mojego Taty i ogórki małosolne mojego męża, Piotrek przebąkuje coś o wielkim burgerze z Road House`u w Talkeetnie. Chyba wszyscy mamy powoli dość.

Nie zrobiłam zdjęcia łososia od Ogli, ale Mountain House z owocami morza też nie był zły :)A co do jedzenia, dzisiaj mimo wszystko święto! W ramach śniadania zjedliśmy wędzonego łososia którego przez Piotrka przekazała schodząca w dół Olga. Boże, niebo w gębie! Skąd Olga wytrzasnęła w górach takie frykasy? To znaczy wiem skąd – wtachała tu na własnym grzbiecie (tym bardziej więc jestem jej wdzięczna, bo mogła przecież sama zjeść. Wreszcie coś innego niż na okrągło zupki instant i liofilizaty. 

Poza tym to dzisiaj dzień psucia.  
1) Najpierw, oplatając sobie linką czekan (nie tyle żeby było ładnie, tylko żeby ręka nie marzła jak się na mrozie trzyma jego metalowy grzbiet), uszkodziłam sobie owym czekanem moją dmuchaną matę, firmowy Thermarest. Niby dziurka malutka, ale powietrze jednak uchodzi (a od lodowca ciągnie). Żadne zaklejanie taśmą nic nie dało – ostatecznie zalałam klejem super glue. 
2) Gotując, a dokładniej ratując spadającą z palnika menażkę, spaliłam sobie trochę rękaw kurtki. W efekcie mam dziurę przez którą teraz wychodzi pierze.  Zrobiłam łatę z kawałka pokrowca na śpiwór, przykleiłam niezastąpionym super glue (wygląda jak reklama kleju :)  ), no i na razie jakoś się trzyma.
3) Najgorsze – też efekt gotowania… No więc w trakcie pichcenia czegoś tam, zawiało połę namiotu no i wypaliłam  w tej pole sporą dziurę. Jak na razie boję się Jackowi o tym powiedzieć (bo to jego namiot). Mam pomysł, żeby naszyć na tym jakąś fajną plakietkę, ale to dopiero na dole.

 

14 dzień, 15 czerwca
Z High Campu (5300 m) na szczyt (6194 m)
 - i z powrotem do High Campu

Pierwszy odcinek ataku szczytowego, do Przełęczy Denali.Szczyt zdobyliśmy, ale końcówka była mocno "hardcorowa". W każdym razie cieszymy się,że jesteśmy cali, żywi (!!) i niepodmrażani. 

Początek był lajtowy. Rano obudziło nas ładne słoneczko, bezchmurne niebo, praktycznie bezwietrznie - idealne warunki na atak szczytowy. Wprawdzie jak na złość znowu dopadła mnie jakaś fatalna biegunka, no ale co tam takie drobiazgi przy dobrej pogodzie.
Powiązaliśmy się liną i poszliśmy... Droga do Denali Pass (przypomnę - trochę wcześniej na tym odcinku zginęła dziewczyna) - spoko, później też, na postojach atmosfera piknikowa, aż miło. Aż do wypłaszczenia  zwanego Football Hill. Tam pogoda zaczęła się psuć, ale co tam - do szczytu już nie daleko. Dojście do grani podszczytowej już nam ciut w kość dało, no bo to wysokość, a zarazem głęboki śnieg (przy okazji zwróciliśmy uwagę na liczne szczeliny). Na grani było już naprawdę nieprzyjemnie, bo widoczność raptownie zmalała, a nam zaczęły zamarzać zaparowane wcześniej okulary i gogle. W pewnym momencie zrobiło mi się gorąco, jak usłyszałam okrzyk Piotrka: -Uważaj! Nie wykluczone że mnie w ten sposób uratował, bo nic nie widząc chciałam zrobić krok w przepaść. 

Tak wygląda oznaczenie wierzchołka najwyższej góry Ameryki Północnej.Szczyt wyłonił się niespodziewanie, szybciej niż go oczekiwaliśmy. Oznacza go metalowy bolec, coś w stylu takiej dużej pineski.  Jedyną osobą jaką na nim spotkaliśmy był Mario (Rumun), który pamiętam że zapytał mnie: - Monika, mam biały nos? Niestety miał. "Niestety", bo wróżyło to odmrożenie. Powiedziałam mu że ma, ale zaraz potem zajęliśmy się zdjęciami. Zimno było strasznie, wiało, ręce grabiały (do obsługi aparatu trzeba było zdjąć  puchowe rękawice), no ale zdjęcia są. 

Niestety,  widoków zero. Długo na szczycie zresztą nie byliśmy, może z 10 minut, może i tyle nie, bo byliśmy świadomi, że trzeba jak najszybciej z tego miejsca zwiewać.  Nie wiem co mi przyszło do głowy, ale postanowiłam sprawdzić jaka jest temperatura, co Hurra! Szczyt zdobyty!wiązało się z tym, że musiałam zdjąć z ręki swojego ulubionego wyprawowego Tissota (inaczej pokazywałby temperaturę ręki  ogrzewanej w rękawie). Licznik zawieszonego na czekanie zegarka doszedł do -30, a tymczasem czekan się przechylił i... zobaczyłam jak Tissot zsuwa się po stromym zboczu, nabierając prędkości. Wkurzona byłam na siebie strasznie, no ale widać góra też chciała mieć taki fajny zegarek.
Ofiara z zegarka to jednak nic przy tym co działo się potem... Przejście grani okazało się koszmarem - szłam w dużej mierze "na czuja". W pewnym momencie obejrzałam się na idącego za mną Piotrka i zobaczyłam... jak leci. To był jeden z najgorszych momentów mojego życia, coś co bym chciała wymazać z pamięci, ale pewnie się nie uda. Nawet nie pamiętam dokładnie co było zaraz potem. Na pewno zaczęłam się drzeć do drugiego Piotrka - Piotrek spadł!, potem zaczęłam się drzeć w otchłań  mając nadzieję że Piotrek odpowie. Nawet przez moment wydawało mi się że słyszałam jakiś głos, ale sama sobie wytłumaczyłam że się przesłyszałam, że to niemożliwe, że to huk wiatru.
Wkrótce potem przyszedł Jacek i jego głosu też nie zapomnę... Pytał gdzie jest jego brat, a jak mu powiedziałam że spadł, Jacek zaczął krzyczeć, coś w stylu: "co ja powiem naszej mamie?". 

Wysokość wskazana na szczycie to ostatnie wskazanie mojego ulubionego Tissota.Sytuacja była fatalna. Można nam zarzucić, że na tym odcinku szliśmy bez liny (zgodnie z tym co wyczytaliśmy w angielskim przewodniku, zostawiliśmy ją przy Przełęczy Denali), ale z drugiej strony pytanie, czy gdybyśmy byli związani, nie polecielibyśmy wszyscy? Jedyne co był pocieszające to to, że Piotrek spadł na stronę na którą mieliśmy schodzić (gdyby spadł na przeciwną, nie miałby żadnych szans). Z drugiej - przy tej widoczności (raczej jej braku), spadającej temperaturze (zdaniem speców odczuwalna wynosiła minus 40 stopni), ilości szczelin, stopniu naszego zmęczenia - szukanie Piotrka jawiło sie w czarnych barwach.

To jeszcze zdjęcie z wejścia, ale podobnie (gorzej) wyglądało zejście.Tak czy owak trzeba było z grani zejść, a to też proste nie było, bo nie było wiadomo gdzie i jak. Ślady innych wspinaczy były zasypane, traserów nie było widać, żadnych punktów charakterystycznych. Wtedy najbardziej wykazał się Mario, który po prostu poszedł pierwszy, biorąc na siebie największe ryzyko polecenia z lawiną czy wpadnięcia do szczeliny. jak już zgubiliśmy trochę wysokości... znalazł się Piotruś!!! Siedział przy traserze, czyli przy naszej właściwiej trasie i na nas czekał. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć - myślałam że to zjawa. Piotruś był cały, bez żadnych obrażeń, nawet nie wystraszony... To był prawdziwy cud, bo przeleciał dobre 250-300 metrów, przeskakując pewnie ileś szczelin... Miał szczęście że był puszysty śnieg, co pewnie go mocno zamortyzowało.

Trudno się jednak było cieszyć z cudownego samouratowania Piotrka, bo tymczasem zaczęło źle być z Mario. Zaczął się słaniać, słabnąć,  w końcu usiadł i stwierdził, żeby go zostawić. Jacek dał mu dwie tabletki dexametazonu, żeby postawić go na nogi, my też mu powiedzieliśmy że nie ma mowy, siadać nie może, ale za to pójdziemy z nim wolno, no i tak oto rzeczywiście wolno schodziliśmy, obserwując Mario, pojąc go resztkami herbaty i dając ogrzewacze chemiczne, bo poza odmrożonym nosem i policzkami, było już wiadomo, że Mario ma też poważnie odmrożone ręce. 

Chwila odpoczynku.Przy Przełęczy Jacek znalazł Janusza, który powiedział mu że ma złamaną nogę. Tylko że ze złamaną nogą ciężko chodzić, a Janusz chodzić mógł, tak więc wkrótce zmienił wersję że jest tylko skręcona. Nie chcę już roztrząsać sytuacji - prawdopodobnie kolega rodak po prostu bał się schodzić sam po tej dość mocno niebezpiecznej drodze, tak więc liczył że sholujemy go na linie. Przypomnę - kilka dni wcześniej pytałam się Janusza, czy bierze pod uwagę, że nie ma liny ani partnerów - twierdził wtedy że wie co robi. 

Finał? Spotkanie z Januszem było jakoś ok. 23-ej. Normalnie droga w dół z Przełęczy, idąc z asekuracją lotną (z liną ale bez wpinania się w stałe stanowiska) zajęłaby nam w tych warunkach 1,5 do 2 godzin. Mając pod opieką Mario i Janusza, stanowiska tempo schodzenia było baaardzo wolne. Po pierwsze - asekuracja lotna w grę nie wchodziła (gdybyśmy spadli, nie można było liczyć że będą w stanie hamować czekanami), tak więc trzeba było wpinać się w stanowiska, które są tam przygotowane, ale niełatwo je znaleźć. Druga rzecz to nasi "ratowani" nie za bardzo byli w stanie obsłużyć się przy przepinaniu (u Maria było to o tyle zrozumiałe, że wiadomo, przy odmrożonych rękach...). 

Zdjęcie z początku ataku szczytowego, kiedy jeszcze była ładna pogoda.W każdym razie postęp zejścia do rana był dość kiepskawy, a tymczasem wszyscy już zaczynaliśmy słabnąć i marznąć. O godzinie 5-tej, po uzgodnieniu z chłopakami, wypięłam się z liny i już bez asekuracji zeszłam do obozu sprowadzić jakąś konkretną pomoc. Obudziłam amerykańskich żołnierzy, którzy trochę się ociągali, bo sami też poprzedniego dnia atakowali szczyt i byli zmęczeni, ale ostatecznie zebrali się i do góry wyszli. 

Jak się to wszystko zakończyło? Kiedy już przetarłam ścieżkę zejścia do obozu nie wpadając przy tym w szczeliny i nie podcinając lawiny, moim śladem zszedł Mario. Janusza, z którym do końca został Piotrek Ś. (to właśnie on był motorem i bohaterem całej akcji) sprowadzono do obozu dopiero o godzinie 10-tej rano!  Kolejnego dnia zabrał ich w dół helikopter, ale o tym później.                                  

 

15 dzień, 16 czerwca
High Camp (5300 m)

Godzina 9-ta

Piotrka wciąż nie ma...  Poważnie już martwię się o niego. Czekam z gorącym rosołem (żeby nie wystygł wlałam do termosu), przygotowana aby zagotować jeszcze herbaty. Ja wróciłam mocno odwodniona, to co dopiero on.

Tego dnia obóz nawiedziły o poranku ciekawe chmury.Postanowiłam sobie, że dopóki Piotrek nie wróci nie będę spała, bo jakoś mi tak głupio. No bo jak to, on tam ciągle na stoku góry, a ja w ciepłym namiocie. Inna sprawa że siedzę w pełnym rynsztunku, czyli w kurtce, tych wielkich buciorach (to znaczy z nogami wystawionymi do przedsionka), co jakiś czas wyskakując i patrząc na górę czy chłopaków nie widać. Ale nie widać - jest mgła, totalne zero widoczności. 

Mimo to nie wiem kiedy, ale usnęłam. Chyba na krótko (nie wiem ile, bo po stracie na górze mego kochanego Tissota nie mam żadnej możliwości sprawdzenia czasu), ale zerwałam się z poczuciem winy. No bo miałam nie spać, tylko czekać.

W obozie cisza. Jakaś taka złowroga cisza. Sypie śniegiem, wszyscy więc pochowali się w namiotach. Kurde, może wyjść po nich tam w górę? Wiem że to niedorzeczny pomysł, bo nic  przecież nie pomogę, ale ta bezczynność mnie dobija.



Pół godziny później...

Nie mogąc dłużej usiedzieć w namiocie poszłam do Jacka zapytać czy ma jakieś newsy. Jacek nie miał, za to pojawił się ranger i powiedział: "Peter będzie za pół godziny".  Dobra, w takim razie wstawiam wodę i gotuję herbatę.

Zapytałam rangersa co z Januszem i Mario. Ponoć z Januszem właściwie nic - jest wyczerpany i tyle, a Mario - jest już w swoim namiocie, bardzo poważnie odmrożony. Zajrzę do niego później, bo teraz jest tam u niego jakiś lekarz.


Wieczorem 

Piotrek rzeczywiście dotarł zaraz po mojej rozmowie z rangersem. Zmęczony, z twarzą w śniegu, z soplem zwisającym z jednej z brwi. Rosołek wypił, zanim była herbata przyszli żołnierze i przynieśli termos kawy.
A potem spaliśmy jak zabici. Oboje, no bo dla obojga z nas była to zarwana noc. Teraz jesteśmy po  kolacji i cieszymy się ciepłym namiotem, wspominając traumatyczne przeżycia ostatniej nocy. Piotrek śmieje się, że odrywając ten sopel z brwi wyrwał sobie trochę włosków. Ciekawy pomysł na depilację :), może warty opatentowania. Teraz można się śmiać, ale w nocy i rano wcale nam do śmiechu nie było. 

W międzyczasie byłam odwiedzić Mario i Janusza. Głupio mi było jak Mario zapytał, jak wygląda...  Bo co mam mu powiedzieć? Prawdę? Czyli że ze swoim czarnym obecnie nosem (czyli poważnie odmrożonym) wygląda strasznie? I że jego sine palce też dobrze nie rokują? On sam chyba to przeczuwa - powiedział wprost, że boi się że mu je amputują. Jacek opowiadał, że kiedy był u Maria, ten patrząc na swoje palce powiedział coś takiego: "Gdyby nie Janusz... Kto wie?". Najgorsze, że my też tak myślimy. Gdybyśmy nie musieli się zajmować Januszem, stan Mario byłby dużo lepszy. Może nie byłoby ryzyka amputacji?
A Janusz? Z jego nogą chyba nic poważnego. W ogóle poza wyczerpaniem nie widać by mu coś było. Kiedy powiedział że uratowało go wojsko, nie wytrzymałam i może trochę nieładnie, ale uprzytomniłam mu, że nie wojsko tylko Piotrek Ś. Gdyby nie Piotrek Janusz byłby już pewnie bryłą lodu.

 

 

16 dzień, 17 czerwca 
Z High Campu (5300 m) do Campu 14000 stóp (4330 m)

Budzę się z nosem w mokrej ścianie namiotu. Na zewnątrz pełno śniegu, namiot się pod nim ugina, a że jest malutki, przy dwóch osobach, do których należy takie wielkie chłopisko jak Piotrek, inaczej być nie może - kontakt z mokrą ścianą jest nieunikniony. 

Zwijamy się z High Campu.Chwilę później przychodzi ranger i pyta się czy mamy "si-em-si" (CMC)? Jestem zaspana, a poza tym i tak nie wiem o co mu chodzi. Jaki CMC? Mówię, że nie rozumiem. On się chyba wścieka że nie rozumiem i sobie idzie. Dopiero później dociera do mnie, że pytał o kubełek na kupy (potem dopiero rozgryzam że CMC to Clean Mountain Can). Tylko mógł powiedzieć jakoś po ludzku: toilet bucket czy jakoś tak. W końcu nie muszę znać skrótów czy jakiegoś lokalnego slangu.

Sprawa kubełka wraca nieco później, bo ranger wraca z Januszem i pyta czy... go nie sprowadzimy w dół! No  nie, teraz już nas trochę ponosi. No bo niby z jakiej paki? Ewakuowanie poszkodowanych to przecież robota rangersów. Poza tym jeśli sprowadzenie Janusza z niedalekiej w sumie Przełęczy zajęło bite 12 godzin, to ile będzie trwało jego sprowadzenie trzy tysiące metrów z hakiem niżej, na trasie liczonej dla większości sprawnych wspinaczy na minimum 2 dni solidnego marszu, w tym po drodze z poręczówkami na których Janusz sobie technicznie nie radzi? Piotrkowi głupio coś powiedzieć, więc mówię ja: sorry, ale nie możemy. W odpowiedzi ranger mówi, że dobra, no problem, Janusza wezmą w dół helikopterem, ale czy mamy CMC? Nie, CMC nie mamy, bo podobnie jak i wiele innych osób uznaliśmy że kubełek jest duży i nieporęczny do wnoszenia do High Campu i wzięliśmy jedynie wyściełające go torebki, które rzeczywiście wypełniamy, czyli środowiska nie zanieczyszczamy. Ranger jest zły - chyba za to że nie chcemy sprowadzić Janusza. -Nakładam na Was mandat w wysokości 150 dolarów - oznajmia i sobie odchodzi.

Helikopter zabiera Mario.Niedługo potem przylatuje helikopter po Mario. Trochę wcześniej, kiedy go odwiedzamy, Mario prosi czy byśmy z niższego obozu nie mogli wykopać jego depozytu z bardzo drogą kamerą. Jasne, nie ma sprawy. Ściskamy Mario bardzo serdecznie, nie mówimy mu tego, ale obiecujemy sobie że odwiedzimy go w szpitalu. Potem  przylatuje drugi helikopter - po Janusza (swoją drogą ciekawe, że nie mogli zabrać ich obu razem, za jednym zamachem? Miejsce było...).

Bracia, czyli Piotrek z Jackiem  wychodzą z obozu trochę wcześniej, my z Piotrkiem postanawiamy się nie spieszyć i wykorzystać piękny pogodowo dzień na fotografowanie i kręcenie (Piotrek wszędzie chodzi z kamerką GoPro).   Przed wyjściem idziemy jeszcze do rangera który dał nam karę za kubełek. Pytamy czy jednak nie może jej anulować. Ranger jest uparty, na dodatek przypomina sobie, że chodziliśmy bez liny (widział na dole). No tak, skojarzył mnie z ekipą Zbyszka, więc tłumaczę, że ma na myśli zupełnie inną ekipę, bo w tej zawsze gdzie trzeba było, linę się używało. Nie ma zmiłuj się, ranger jest nieubłagany. Dobra, uratowaliście człowieka, ale nie macie kubełka, no i wasi rodacy chodzą bez liny - 150 dolarów trzeba zapłacić. Anulować mandat? Tak, proszony ranger może, ale tego nie zrobi... Jesteśmy nawet nie tyle wkurzeni co rozgoryczeni. Mamy wrażenie że bardziej niż życie człowieka liczy się ten nieszczęsny kubełek CMC.

Zejście z High Campu to mój ulubiony odcinek na McKinley`u.Na pocieszenie mamy miłe pożegnanie z Masą (Japończykiem), który przymierza się do powtórnego atakowania szczytu i z Hinduską, która dotarła poprzedniego dnia, a do której czuję szczególną sympatię. 

Samo zejście - rewelacja, bo z mocno eksponowanej grani są piękne widoki, ale już na poręczówkach nachodzą chmury co oznacza koniec widoków. Końcówka to kopny śnieg - zapadamy się po kolana, a że idziemy mocno obciążeni, zaczynają boleć kolana. 

W Obozie 14000 stóp pustki - kiedy niecały tydzień temu z niego wychodziliśmy, było w nim mnóstwo namiotów, teraz są tylko nieliczne. W górze spotkaliśmy bardzo mało ludzi, czyli co, wszyscy pozostali zrobili odwrót? 

Makaron w takich warunkach smakuje dużo lepiej niż w domu.Bracia witają nas ugotowanym właśnie makaronem z serem i dużą ilością  czosnku i kompotem zrobionym z jakiegoś całkiem dobrego dżemu. Kochane chłopaki, bo faktycznie, zdążyliśmy zgłodnieć. Potem wykopujemy depozyty - swoje, Mario (ten z tą kamerką, o którą tak się martwił), sprawdzamy też czy rangersi zabrali depozyt Janusza. Mieli wziąć, no ale - nie wzięli. Jesteśmy pewni, że skoro do tej pory, przez cały dzień go nie wzięli, to na pewno dali sobie spokój.  W sumie nie nasza sprawa, ale zabieramy torbę Janusza i zanosimy ją rangersom. Tym razem trafiamy na bardzo fajnych chłopaków, którzy już na wejściu nas kojarzą po imionach (efekty akcji ratunkowej) i chyba po raz pierwszy pada coś, że "dobra robota". Jeden z nich mówi że podoba mu się moja czapka z orzełkiem i czy nie chcę się wymienić. W sumie mogłabym mu dać, ale póki co muszę mieć jeszcze w czym chodzić przez kolejne dni, a baseballówka rangera od mrozu mnie nie uchroni.                                                                   

 

17 dzień - 18 czerwca
Z Campu na 14000 stóp do Motorcycle Hill (3350 m)

I znowu te sanki czyli zabawę w konia/woła pociągowego czas powtórzyć.Zaplanowany na ten dzień odcinek nie jest długi, zwłaszcza że w dół, tak więc rano się nie spieszymy. Przede wszystkim próbujemy coś zrobić z dużą ilością jedzenia, jaką teraz, po odkopaniu zostawionych w obozie depozytów mamy. Problem w tym że w obozie mało kto jest, tak więc za bardzo nie ma komu tego jedzenia zostawić. Nam z kolei nie za bardzo też się chce transportować je w dół. 

Dłuższy czas rozmawiamy też z naszymi znajomymi Szkotami. Pytają o akcję ratunkową, o której, a jakże, słyszeli. Po wysłuchaniu relacji komentują osobę Janusza - w znaczeniu że takich osób na tej górze być nie powinno. Robią to delikatnie, w kontekście tego, że brak doświadczenia nie może być powodem absorbowania całego otoczenia. Nawiązują do sytuacji z High Campu, która i nas zbulwersowała. Otóż pewnego poranka zobaczyliśmy jak Szkoci budują śnieżny murek.  Byliśmy święcie przekonani, że dla siebie, ale nie, okazało się że dla... Janusza, który postanowił że musi przenieść swój namiot w jakieś mniej wietrzne miejsce. Janusz w tym czasie stał i z pewnej odległości na prace Szkotów patrzył, w ogóle się w nie nie angażując. Jak się teraz okazało, Szkoci owszem, postanowili Januszowi pomóc, bo powiedział, że nie wiem jak zbudować murek, ale zakładali że pokażą co i jak, a potem Janusz sam ten swój murek skończy. Ostatecznie głupio było im się wycofać, murek Januszowi zbudowali, ale czuli się wykorzystani, a o Januszu zdanie już mieli wyrobione. No cóż, powtórzyliśmy to samo co poprzedniego dnia u rangersów - że nie wszyscy Polacy są tacy. 

 

Co do zejścia... Miało być krótko i w podtekście przyjemnie, ale wcale tak nie było. Powodem były moje sanki, które mocno obciążone nijak nie chciały się słuchać, co chwila gdzieś się obsuwając i przewracając. Głupio mi było, bo szliśmy powiązani liną, tak więc moje problemy z sankami zwalniały znacznie chłopaków, którzy sanek nie mieli (inaczej niż moja poprzednia ekipa- zostawili je w obozie niżej). W pewnym momencie, tuż za Windy Corner podjęłam decyzję: nie mogę obarczać swoimi problemami reszty, pogoda jest ładna i wygląda na stabilną, ścieżka wydeptana bo Cel na dzisiaj - obóz na Motorcycle Hill.tego dnia trochę ludzi ten odcinek pokonało, tak więc wyczepiam się z liny i jakoś do obozu Motorcycle sobie swoim tempem dojdę. Chłopcy chyba mieli opory czy wypada mnie zostawić, ale przekonałam im że sobie poradzę. Poszli, a mnie z początku nawet dobrze szło. Pamiętam jak ktoś mi wcześniej sugerował aby pod sankami przeciągnąć linę z prusikami, które spowalniałyby zjazd sanek (tak by nie wjeżdżały na nogi). Tego nie wypróbowałam, natomiast w zależności od rodzaju stoku stosowałam następujące metody prowadzenia załadowanych sanek:      
- "na pieska" - czyli sanki jadące z boku, tak jak by się wyprowadzało na spacer czworonoga.
- spuszczanie ich przodem - jadą przed nami, lekko nas ciągnąć, my je wyhamowujemy
- turlanie ich o 360 stopni - na stokach gdzie sanki uciekają w bok i się przewracają. 

Byłam chyba już zbyt mocna siebie (i swoich sanek) bo nie obyło się jednak bez chwil grozy. No więc w pewnym momencie zahaczyłam rakiem o but, wyrżnęłam  jak długa, wypuściłam linkę od sanek a - to poważny błąd - nie miałam jej przypiętej do uprzęży, no i zobaczyłam jak moje sanki... odjeżdżają!!! Wjeżdżają na wielkie, zasypane śniegiem pole zakończone urwiskiem i jadą, jadą, coraz szybciej w siną dal! Najgorsze było to, że w torbie na sankach miałam dokumenty i pieniądze,                                                                                  ale ogólnie wszystkiego było szkoda. 

Moje sanki wybrały wolność (ode mnie).Na szczęście pole się wypłaszczało, więc nie dojeżdżając do urwiska sanki wreszcie stanęły. 
- Cholera, ale jak ja tam sama, bez liny dotrę? Jeśli wpadnę do szczeliny to przecież nikt nawet nie będzie o tym wiedział - zastanawiałam się.
Postanowiłam czekać na jakiś ludzi z liną. Po pół godzinie pojawili się - Amerykanie, z lokalnym przewodnikiem. 
- Szczeliny? Dużo ich tu nie ma... - pocieszył mnie przewodnik. -Idź, a ja cię na wszelki wypadek będę obserwował - wymyślił, bo wiadomo było, że wcale nie ma ochoty drałować ze mną do sanek.
Trochę z duszą na ramieniu, badając czekanem teren, poszłam. Amerykanin mnie obserwował, ale tylko w jedną stronę - potem poszedł ze swoją grupą dalej. W drodze powrotnej musiałam założyć, że nic się pode mną nie zapadnie. Sanki i załadowaną na nie torbę odzyskałam. 

Potem, nauczona doświadczeniem, chodziłam już tylko z sankami przyczepionymi do mojej uprzęży. Przeżyłam za to uwolnienie się od sankowego ładunku torby ze śmieciami. Poleciały z 30 metrów w bok, na zdecydowanie szczeliniaste pole, a ja miałam dylemat co z tym fantem zrobić. No cóż, ryzykując po te śmieci poszłam, bo przecież gdyby ktoś znalazł potem walające się papierki po polskich produktach (jakieś czekolady, kiśle etc.) cała ekipa mogłaby mieć problemy (i na bank - mandat).

Kulinarno-kulturalna imprezka w namiocie chłopaków.Do Motorcycla dotarłam "zajechana", co w odniesieniu do sanek pasuje idealnie. Chłopcy na kolację zarządzili "full wypas" na co pozwalają jedzeniowe zapasy (zwłaszcza że wykopali kolejny swój depozyt). Wszystko dobrze, tylko w trakcie gotowania tortellini skończył się gaz! Żarcia mamy mnóstwo, gazu już wcale. Poszłam podpytać w obozie czy ktoś nie mógł by nas poratować, no ale problem w tym, że większość ekip gotuje na tzw. "białym paliwie" czyli nie gazie a paliwach ciekłych. Wprawdzie padały propozycje że zagotują nam wody, no ale to nie to samo, co gotować co się chce i kiedy się chce. Ostatecznie udało się jednak zorganizować jedną małą butlę - tortellini z warzywkami (marchewka, fasolka etc.) i z kurczakiem było pyszne! Poza tym chłopcy wykopali z depozytu chleb, a to tu rarytas, więc chleb z dżemem potraktowaliśmy jako deser! A w ramach uczty duchowej Jacek puścił piosenki Starego Dobrego Małżeństwa, czyli górskie standardy, dzięki którym zrobiło sie jakoś tak swojsko.  Siedzieliśmy, śpiewaliśmy, żartowaliśmy i ogólnie było tak jakoś fajnie. Takie góry lubię!                                                                                                     

 

18 dzień - 19 czerwca

Z Motorcycle Hill (3350 m) do lodowca (2200 m), powrót samolotem do Talkeetny

Jak to dobrze, że nie musimy iść już do góry :).Przyznam że rano naprawdę się cieszyliśmy, że nie musimy iść do góry, tylko wracamy. Po cichu każdy miał nadzieję, że jeszcze tego dnia zabierzemy się na samolot do Talkeetny, że będzie szansa na prysznic, ogólne ciepło, a zimne jedynie piwo. Nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że pogoda może się zepsuć i samoloty nie będą latać, skazując nas na kolejny dzień (lub dni) w lodowo-śnieżnym otoczeniu.

Śniadanie poszło nam szybko, bo skończył się gaz. Podzieliliśmy się piciem - tym które jeszcze jakoś udało się zagotować i w drogę. Pomna wczorajszych problemów z sankami zebrałam się nawet ciut wcześniej i wyszłam przed chłopakami, ale dziś akurat teren był dużo łatwiejszy do prowadzenia sanek, więc żadnych problemów nie było, a poza tym dzisiaj i chłopcy mieli sanki. 

Wyjście dużo wcześniej za dużo nie dało, bo szybko zepsuła się widzialność, a padający śnieg i wiejący wiatr zasypał ślady tych co przeszli przed nami, tak więc w pewnym momencie utknęłam w martwym punkcie. Doszłam do szczelin, zatrzymałam Gotowa do dalszego marszu.się tuż przy dość kiepsko wróżącym śnieżnym moście, no i czekałam - albo na chłopaków (bo może trzeba byłoby się powiązać?), albo na kogoś kto będzie szedł z dołu i wskaże drogę. Kwadrans później przyszli równocześnie chłopcy, a z dołu ekipa Japończyków maszerujących dziarsko na tradycyjnych, wyplatanych rakietach, takich jak z jakiegoś górskiego muzeum.  Dalej szliśmy już razem, po ich śladach. 

Przy Campie I miałam do odszukania depozyt ze swoimi rakietami. Moja poprzednia ekipa miała z niego zabrać swoje rzeczy, ale moje rakiety zostawić, tak bym sobie je sama zabrała. Problem tkwił w tym, że zmienił się zupełnie układ  i ścieżki, i obozu, trudno więc było ustalić gdzie ów depozyt jest, a żadnych wyraźnych traserów rzucających się w oczy nigdzie widać nie było .  Miejsce które wskazałam jako "na 100%" pewne okazało się depozytem jakiejś innej grupy - co się nakopaliśmy z Piotrkiem to nasze, a potem trzeba było to zakopać. W drugim miejscu wykopaliśmy... torbę z kupami :). W trzecim dokopaliśmy się do szczeliny, po czym stwierdziłam że to jednak nie tu. I miałam rację bo 200 metrów było kolejne obozowisko, tym razem właściwe. Tylko że nie było żadnych traserów. W ten to sposób rakiet nie znalazłam - spoczywają gdzieś w lodowcu, który za ileś lat, jak się wytopi, pewnie je z siebie wyrzuci na wierzch. Nie powiem, trochę mi tych rakiet żal. A nawet nie trochę, tylko bardzo, bo to zupełnie nowiutkie MSRy (renomowany producent, m.in. rakiet).

Obydwie ekipy - Ryśka P. i nasza (bez Piotrka, który robił zdjęcie).W Obozie I mieliśmy jednak bardzo miły przerywnik. Otóż spotkaliśmy biwakującą tam ekipę w składzie: Rysiek Pawłowski, Wojtek Grzesiok i Jędrek Życzkowski. Chłopcy szykują się do zrobienia Drogi Cassina, ale pogoda im nie sprzyja. Ugościli nas napojami (przez ten brak gazu rano byliśmy trochę nie dopici) i pysznym popcornem, a poza tym ogólnie tak się miło gadało, że spędziliśmy u nich bite 2 godziny, a moglibyśmy zostać i dłużej, gdyby nie to, że jednak chcieliśmy zdążyć na samolot. 

 I zdążyliśmy, choć niemal w ostatniej chwili. Najgorszy był ostatni  odcinek, zwany Hardbreaker Hill, bo przed samym lotniskiem jest długa, upierdliwa górka. Ale za to jak miło było, gdy nam powiedzieli, że zaraz samolot przyleci i mogliśmy pogapić się na wspinaczy, którzy dopiero szykowali się do rozpoczęcia wędrówki do góry. Boże, jak myśmy im współczuli! :) Nie wiedzą biedacy, co ich czeka :). 

My natomiast szczęśliwy powrót uczciliśmy mrożonymi bananami. Dosłownie, bo chłopcy wykopali ostatni ze swoich depozytów w którym były m.in. banany. A że przeleżały w śniegu 3 tygodnie, to się zamroziły. Takie naturalne lody bananowe.

A co było potem? Samolot, lądowanie w Talkeetnie i zaskoczenia. Że tak kolorowo od kwiatów, że pachnie wiosną (bo tu wiosna - zaczynają kwitnąć bzy), że zielono, że jakoś tak dziwnie zamienić ciężkie górskie buciory na adidasy. A potem, po zameldowaniu się w hostelu (właściwie to w darmowym tzw. bunkhousie linii przewozowej K2) - wymarzony prysznic, czyste ciuchy i internet. Można bez cywilizacji żyć, ale fajnie też do niej wrócić. :)                                                     

 

19 czerwca, Talkeetna
Ciepło, sucho, bezpiecznie…


Plot obwieszony suszącymi się naszymi rzeczami.Ale fajnie wrócić do cywilizacji. Zaraz po przylocie wszyscy się wykąpaliśmy ciesząc się bieżącą, na dodatek ciepłą wodą (no cóż, prawie 3 tygodnie się nie myliśmy), natomiast większość dzisiejszego dnia wykorzystaliśmy na ogólne suszenie ciuchów, śpiworów, namiotów, butów i ogólne doprowadzanie się do ładu.

Zaszaleliśmy też ze śniadaniem, wybierając się na nie do Roadhouse`u – znanej tutejszej knajpy. Zdaniem niektórych trudno serwowane tam porcje przejeść, ale nam jakoś to problemów nie sprawiło. Menu: jajecznica z bekonem, zasmażanymi ziemniakami, kiełbaską z renifera, do tego tost z marmoladą, soczek i herbata. Ponoć w czasie wspinaczki na McKinleya dzienne zapotrzebowanie na kalorie wynosi 4000-5000 kalorii, a i tak się gubi wagę. Ja zgubiłam przez ten czas jakieś 5 kg, ale muszę uważać, bo jak będę jadła takie śniadania jak dziś, nadrobię zanim wrócę do kraju.

Chłopcy z uratowanym Rumunem.Po śniadaniu poszliśmy odmeldować się do stacji rangersów. Niesamowite – każdy ze wspinaczy ma u nich swoją teczkę, w której coś tam notują. Według zaktualizowanych danych wynikało, że w tym roku ze 1176 osób którym wydano zezwolenia na wspinaczkę, szczyt zdobyło 31% wspinaczy. Zwykle jest to ok. 50%, ale tym razem warunki są wyjątkowo ciężkie.  Na szczęście obyło się bez większych tragedii – była jedna ofiara śmiertelna (dziewczyna która spadła przy Przełęczy Denali, czyli tam gdzie przeprowadzaliśmy akcję ratunkową).  Przy okazji – swoich sił na górze próbowało 35 Polaków. Szczyt zdobyło 9 osób (czyli poza naszą czwórką jeszcze 5).

A, zapomniałam! Spotkaliśmy Mario, czyli ratowanego przez nas Rumuna, który zresztą nas poszukiwał. Bardzo go polubiliśmy, tym razem że często z nim rozmawialiśmy przed pamiętnym atakiem szczytowym. Dobry wspinacz, spokojny, rozważny, miły jako człowiek. Po zwiezieniu go z góry przez helikopter Mario został szybko wypisany ze szpitala, bo lekarze uznali że jedyne co można zrobić z jego odmrożeniami, to czekać. Albo organizm sam się w ciągu kilku tygodni wybroni, albo trzeba będzie amputować palce i robić operację plastyczną nosa. Na razie Mario wygląda dość okropnie – czarny nos, czarne policzki, sine palce które ukrywa w rękawiczkach. Najgorsze jest to, że wszyscy – i on, i my, i rangersi wiemy, że te odmrożenia mogłyby być dużo mniejsze, gdyby nie konieczność zajmowania się mniej poszkodowanym, za to bardziej absorbującym Januszem.  Na dodatek według opowieści rangersów Janusz dość szybko, cudownie wręcz „ozdrowiał” – wkrótce po ewakuacji helikopterem jakoś zapomniał że ma go boleć noga i przestał kuleć. Do tej pory nie możemy ochłonąć na myśl, że nadstawialiśmy karku za człowieka który nie powinien się w ogóle w tych górach znaleźć.

                                  

20 czerwca, Talkeetna
Pożegnanie teamu

Czas pożegnań.Przed chwilą pożegnaliśmy Piotrka i Jacka – pojechali pociągiem do Anchorage, bo jutro mają wylot do kraju. Ja z drugim Piotrkiem jeszcze na Alasce zostajemy – Piotruś na razie postanowił  poleniuchować, ja natomiast obieram kurs na Denali National Park. Ale ogólnie szkoda mi, że ekipa się rozsypuje - będzie mi chłopaków brakować, bo fajni z nich kumple.


Właściwie to chciałam do Parku wyruszyć już dzisiaj, ale od rana leje i leje, więc średnia przyjemność stać w stanie przemoczono-zmarzniętym przy drodze, mając świadomość że nikt takiej sieroty raczej nie zabierze (bo poruszam się rzecz jasna autostopem). Na szczęście sympatyczni ludzie z K2 Aviation Company (to ich piloci przerzucali nas na lodowiec) zgodzili się, abym spędziła kolejną noc w ich całkiem wygodnym „bunkhouse`ie”, więc siedzę sobie w ciepełku wykańczając resztki górskiej żywności i wystartuję jutro około 4-ej rano. Pora w sumie nie ma znaczenia – i tak nie ma tu nocy, bo ok. 2-ej w nocy słońce zaczyna zachodzić i od razu wschodzi.


Łosie są w Talkeetnie wszędzie :)A tak w ogóle to dzisiejszy dzień do południa przespaliśmy, bo wczoraj wieczorem urządziliśmy sobie imprezkę pożegnalną zakończoną tańcami na stole na miejscu pikników (Jacek miał MP4 z solidnym głośniczkiem), do czego przysłużyło się piwo o jakże znaczącej nazwie „Ice Axe Beer” (czyli „Piwo Czekan”).  Z lokalnych ciekawostek wyłapanych w okolicy miejsca imprezy – miejscowe kosze na śmieci są skonstruowane tak, aby przypadkiem nie grzebały w nich niedźwiedzie (Talkeetna jest otoczona lasami). A, i jeszcze wszędzie są łosie. W tym przypadku zrobione przez ludzi. Każdego roku w lipcu organizuje się tu paradę łosi, no i każda firma, a czasem też rodzina tworzy takie kreatury, im śmieszniejsze tym lepiej (na zdjęciu łosie przewoźnika lotniczego - firmy K2).


Żeby jednak jakoś efektywnie wykorzystać ten dzień, wybrałam się do miejscowego muzeum, gdzie poznałam przesympatycznego starszego rangersa, który okazało się, że ma syna w… Mielcu (przyjechał nadzorować budowę śmigłowców typu Sikorsky, ożenił się z Polką i jak na razie chyba wracać nie zamierza). Poza tym Mister Ranger :) szybko się zorientował, że jestem z teamu który uratował Mario i Janusza, tak więc zaraz zaczął gratulować, no i tak to przegadaliśmy bite dwie godziny.  Z ciekawych historii opowiedział mi o pewnej Japonce, która bodajże rok temu wspinając się w pojedynkę ma McKinleya wpadła do głębokiej lodowcowej szczeliny. Ponieważ było to tuż przy namiocie, nie miała na rękach rękawiczek i ogólnie była bez sprzętu. Miała natomiast ze sobą… szminkę (okej, nie taką ozdobną tylko górską, do natłuszczenia ust). I właśnie ta szminka ją uratowała, bo przy jej pomocy wyryła w szczelinie stopnie pozwalające jej na wyjście na powierzchnię. Potrzeba matką wynalazków :).

Co się działo później, czyli o zwiedzaniu Alaski - w części turystycznej bloga - tutaj

 

самообслуживания цена