Skaleczony Krzyś wyciąga z apteczki materiały opatrunkowe.Co warto mieć w górskiej apteczce to temat długi i dyskusyjny. Nasza wyprawowa apteczka dzięki pomocy zaprzyjaźnionej firmy Super-Pharm, była bardzo solidnie wyposażona, ale wiadomo, nie wszystko z jej składu okazało się potrzebne (ale to akurat dobrze, bo znaczy się - raczej zdrowi byliśmy). Warto jednak chyba powiedzieć, co się w warunkach McKinleyowych przydało:

 


- kremy z filtrem UV na słońce - jak najmocniejsze!!!
- linomag - tłusta maść, której specyficzny zapach nie wszystkim się podoba, ale świetnie się spisywała przy smarowaniu spalonych słońcem nosów i uszów (okej, policzków też), a poza tym z własnego doświadczenia mogę ją polecić do smarowania twarzy przy bardzo niskich temperaturach i wietrze (to że się nie odmroziłam przy ataku szczytowym to w dużej mierze zasługa linomagu
- środki opatrunkowe - to zawsze się przyda. Niektórzy z nas zaliczyli różne skaleczenia, a z krzepliwością krwi na tej wysokości jest gorzej niż w dolinach
- acard - lek wspomagający aklimatyzację
- pantenol na oparzenia - wypadek z oparzeniami mieliśmy przy spaleniu namiotu (sytuacja związana z gotowaniem w namiocie - patrz na blogu pierwszy dzień w górach)
images/ekwip21.JPGTu dla odmiany Zbyszek smaruje się kremem z filtrem (dobra 50-tka - mowa o filtrze, bo Zbyszek młodszy :) )- leki przeciwbiegunkowe  - z biegunkami problemy miało kilkoro z nas, tak więc wspomniane leki były na porządku dziennym.  Z leków na tego typu dolegliwości największym wzięciem cieszył się nifuroksazyd
- ibuprom - niektórzy go używali przy bólu głowy jaki dopadł ich w Campie 14000 stóp (4330 m) w wyniku niedostatecznej aklimatyzacji
- tabletki na ból gardła
- płyn antybakteryjny (takie mydło bez mydła) którym warto sobie przecierać ręce zwłaszcza po sprawach toaletowych przed np. jedzeniem. Widziałam że w zachodnich ekipach korzystanie z tego typu płynów/żeli/kremów było wręcz obowiązkową normą, w polskich ekipach to raczej rzadkość.

Z innych leków (bardziej specjalistycznych):
- diuramid (zachodnia nazwa: diamox) - ja akurat jestem przeciwniczką tego leku w ramach wspomagania aklimatyzacji (aczkolwiek go mam na wypadek ostrej choroby wysokogórskiej).  W sumie to diuramid brał tylko Zbyszek, który dla odmiany jest jego zwolennikiem, reszta z nas odpuściła
- dexametazon - silny lek, na który trudno jest uzyskać receptę (lekarze nie mający doczynienia z górami nie chcą lub boją się go wypisywać). Podawany w stanach obrzęku płuc czy mózgu (najbardziej niebezpieczne stadia choroby wysokościowej)  czy w sytuacjach naprawdę awaryjnych, kiedy trzeba dać komuś przebywającemu na wysokości "kopa" mobilizującego go do działania (np. zejścia do obozu). Nam się dexametazon bardzo przydał - przy ataku szczytowym. Podaliśmy go Mario, ratowanemu przez nas Rumunowi, kiedy ten chciał usiąść i już dalej nigdzie nie iść (zapewne by zamarzł), poza tym w trakcie akcji ratunkowej, kiedy sami już byliśmy wychłodzeni i zmęczeni, też go łyknęliśmy.

строительство бань мосвка