Wyprawa na GÓRĘ KOŚCIUSZKI ( I GÓRĘ STRZELECKIEGO)

 

5 grudnia, z Melbourne w kierunku Thredbo (Australia, prowincja Victoria)
W krainie kangurów

aus6.jpgŻe jestem w krainie kangurów, potwierdza znak drogowy stojący przy drodze (na zdjęciu obok). Choć właściwie określenie „kangur” właściwe nie jest, bo tak nazywają się tylko te największe z owych torbaczy, a te mniejsze, bardziej popularne kanguropodobne, to dla Australijczyków wollaby.

Jak zwał tak zwał, jestem w Australii. Pierwsze zaskoczenie – zimno. Myślałam że jednak będzie cieplej. I do tego wiszące nisko, ciemne, deszczowe chmury, choć póki co jeszcze nie pada. Drugie „zaskoczenie” to to, że jakoś tak tu czysto i cywilizowanie. Po Timorze Wschodnim z którego przyleciałam, jakoś tak dziwnie – przeciwieństwo tego co było tam. Ale i ludzie inni. Owszem, duża część miłych, kulturalnych, ale to taka „życzliwość cywilizacyjna”, często z wyćwiczonym „uśmiechem nr 5”. Timorczycy byli życzliwi i uczynni z natury, od serca i trochę mi już tego tutaj brak.

Witamy w Melobourne - napis na ścianie lotniska.Jeśli chodzi o przywitanie z Australią, to na dzień dobry miałam akcję z celnikami.  Pan od kontroli paszportów coś tam na mojej deklaracji celnej namazał i w rezultacie jako jedyną ze wszystkich pasażerów wzięto mnie na dokładną kontrolę. Bardzo dokładną. Nie wiem o co chodziło – stało przy moim bagażu kilka osób, przetrzepano mi dokładnie cały plecak i każdą rzecz z osobna, zadano mnóstwo pytań, trzy razy pytano co chcę robić w Australii, a następnie pokazać na  mapie miejsca do których jadę. Kilka lat temu jak byłam w Australii miałam podobną sytuację, tylko że wtedy kontrola trwała 2 godziny i skończyła się znalezieniem kupionej w Singapurze pomarańczy (zupełnie o niej zapomniałam), co zaowocowało triumfem celników i uświadomieniem mnie, że to wykroczenie przeciwko Różne oblicza Melbourne. Ciekawe graffiti w centrum miasta.australijskiemu prawu (nie wolno przywozić owoców). W końcu łaskawie powiedziano, że tym razem mi wybaczą, ale jak jeszcze raz wejdę w konflikt z prawem australijskim, będę miała poważne kłopoty. Na wszelki wypadek teraz dwa razy sprawdziłam czy czegoś zakazanego nieświadomie nie wwożę, a ostatnie kabanosy zjadłam jeszcze na Bali. Tak czy owak teraz kontrola trwała tylko 20 minut – nie znaleziono niczego.

Swoją drogą prawo australijskie jak najbardziej świadomie chcąc nie-chcąc muszę naruszyć naruszyłam – jakby nie było zamierzam się poruszać głównie autostopem, który jak mnie poinformował pewien forumowicz z australijskiej Polonii, nie jest w tym kraju legalny.

aus1.jpgA co do Melbourne jako miasta…  Jeśli ktoś tu przyleci i będzie chciał dowiedzieć się, jak z lotniska dostać się do centrum taniej niż autobusem lotniskowym za 18 dolców, niech się do mnie zgłosi – powiem co i jak z dużo tańszym, ale dość skomplikowanym dla będących tu pierwszy raz systemem połączeń lokalnych.

Centrum miasta – całkiem sympatyczne  - miks architektury wiktoriańskiej i nowoczesnych budowli z betonu, szkła i stali. Centrum można objechać sobie darmowym, zabytkowym tramwajem linii  35 chociaż do wielu miejsc spokojnie można też dojść na piechotę. Z braku czasu, no i ze względu na budżet, odpuściłam sobie zdaje się ciekawe tutejsze Akwarium (chwalą się m.in. rekinami i dziobakami) i wjazd na najwyższy w mieście budynek – 88 piętro nowoczesnego biurowca (panoramy dzisiaj pewnie i tak nie było ze względu na chmury). W międzyczasie zaliczyłam sobie jeszcze śniadanie w Hungry Jack`u – australijskim odpowiedniku McDonald`sa. Za fast foodami nie przepadam, ale uznałam, że coś trzeba zjeść bo to może pierwszy i ostatni posiłek dzisiejszego dnia.


5 grudnia, wieczorem, w krzakach :), w okolicach Khancoban

aus2.jpgJuż w namiociku. Do celu (miasteczka Thredbo) zostało mi jakieś 40 km, ale uznałam że i tak już nic nie złapię, bo nie dość że prawie nic nie jeździ, to robi się ciemno (jest 20.30 – tu i tak długi dzień) a poza tym zaczyna się burza. Ostrzegano mnie żebym nie rozbijała się pod drzewami eukaliptusowymi (ang. gum tree) które ściągają pioruny, a poza tym jak już w nie coś strzeli, to mogą przygnieść – jest tu takie jedno, ale profilaktycznie poszłam w bezdrzewny koniec łąki.

Właściwie trudno powiedzieć co to jest – taka ładnie wykoszona łąka. Ładne miejsce, ze znakiem „no camping”. No cóż… Mam nadzieję że w razie czego samotnie śpiącej tu dziewczyny nikt nie wyrzuci. Pytałam o zagrożenia ze strony zwierząt – mogą ponoć pojawić się kangury czy wollaby, ale one akurat ludzi nie atakują, właściwie to muszę uważać tylko na jadowite węże. Profilaktycznie buty schowałam do namiotu.
Dla dobrego nastroju zrobiłam sobie kanapki – kupione w sklepie po drodze przecenione buły z nutellą i orzeszki słone na deser. Z racji braku kuchenki nic na ciepło nie będzie.

Tymczasem mam prywatny spektakl światło i dźwięk. Światło, bo mrok nocy rozświetla wschodzący księżyc tudzież błyskawica, a co do dźwięków to tych akurat jest mnóstwo.

tas23.jpgKumkanie żab (w pobliżu są jakieś szuwary) miesza się z nadawaniem ptaków – istny sejmik. No i co jakiś czas grzmoty lub piorun.

W sumie to miałam ogromne szczęście, że tu dotarłam. W miejscowości Wadonga, która okazała się na tyle sporym miastem, że nie miałam pomysłu na którą z dróg wylotowych wyjść łapać stopa, zapytałam o radę  sympatyczną rodzinkę i… okazało się że jadą w korzystną dla mnie stronę, ok. 150 km w kierunku Thredbo. Z nieba mi spadli! Ostatecznie nawet proponowali mi nocleg na swojej farmie (hodują około 300 krów), ale ponieważ naprawdę mam nad sobą presję czasu i żeby nie wiem co, jutro muszę Kościuszkę atakować, wywieźli mnie jeszcze dobre 20 km dalej, niż swój dom, żebym od samego rana miała dobry punkt startowy do stopowania.

 

6 grudnia, godzina 8, gdzieś w lesie

aus29.jpgLeżę w trawie i gapię się w niebo. To znaczy teraz piszę, więc się na gapię, ale zaraz do tego „zajęcia” wrócę. Uznałam że w Polsce zazwyczaj jestem tak zabiegana, że nie mam czasu na tego typu spędzanie czasu, a szkoda, bo przecież niebo i chmury są na swój sposób fascynujące (za każdym razem inne) i zarazem uspokajające.

Od godziny nie przejechał ŻADEN samochód. W żadną stronę. Wcześniej przejechały dwa, ale ich kierowcy życzliwie pokazali że zaraz skręcają nad pobliskie jezioro. Poza mną i rojem much które swoim brzęczeniem wkurzają mnie do potęgi plus mrówek które oblazły mój plecak bo go nieopatrznie postawiłam na prowadzącej do mrowiska ścieżce, nie ma nikogo.

Krajobraz – trochę jak w Beskidach, tylko te eukaliptusowe lasy nie pasują do tego porównania. I jeszcze niebieskie papużki z czerwonymi dziobami tutaj zastępujące wróble.

Godzina 9.50, 12 km dalej niż poprzednio

aus25.jpgWysokościomierz na moim Tissocie wskazuje 1086 metrów. Dzięki temu że to sporo wyżej niż moje poprzednie miejsce do stopowania, zrobiło się nie tylko przyjemnie chłodno, ale nie ma też tyle much! Podwiózł mnie tu… hycel! Facet pracuje na zlecenie parku narodowego, a jego zadaniem jest odstrzeliwanie dzikich psów, które są tutejszym utrapieniem. Nie są to klasyczne dingo, choć niektóre to krzyżówki z dingo. Najbardziej narzekają na nie okoliczni farmerzy, którym psy zabijają owce, ale ogólnie są to zwierzęta uznane za zagrożenie dla lokalnego ekosystemu. Pan Hycel pochwalił mi się zdjęciami zabitych psów (i dzikich kotów również). Koszmarne…

Co do odstrzałów, to ponoć w parku narodowym Kościuszko nie brak wcale nielegalnych myśliwych. Oczywiście ci nie na psy polują, tylko na jelenie, ewentualnie kangury (na większych wysokościach żyją kangury górskie). Ze zwierzaków są jeszcze possumy, czyli po naszemu – oposy i wombaty. Mimo licznych drzew eukaliptusowych nie ma koali – wbrew temu co niektórzy myślą występują one tylko w niektórych zakątkach Australii.


Godz. 11.30
Już w Thredbo

Thredbo i słynne w tej miejscowości natrostrady, tyle że latem.Wreszcie dotarłam do Thredbo. Ostatniego stopa miałam już całkiem długiego, z Rogerem który 9 lat służył w marynarce wojennej pływając na łodziach podwodnych (tak na marginesie to wcześniej walczył w Wietnamie) i w związku z tym postanowił sprowadzić taką łódź podwodną do swojego miasteczka, położonego od morza dobre kilkaset kilometrów. Łódź stała się swoistą atrakcją przyciągającą turystów, co rzecz jasna przez lokalnych mieszkańców jest jak najmilej widzialne.

aus23.jpgA co do Thredbo, to byłam tu już kiedyś, zimą, ale niewiele z tamtego czasu pamiętam (bo to już ze 20 lat temu). W każdym razie to takie australijskie „Zakopane”, choć dużo mniejsze, i bez folkloru. Snobistyczne miasteczko nastawione głównie na narciarzy (tutaj okres czerwiec-sierpień), choć latem próbujące ściągnąć miłośników rowerów górskich. Wyciągi są raptem dwa, mocno podstarzałe (drewniane krzesełka), ale jest tu kilka całkiem fajnych tras. Jak tu byłam to właśnie wybrałam narty – na Kościuszkę nawet zaczęłam podchodzić, ale jak się zorientowałam, że od górnej stacji wyciągu trzeba drałować jeszcze 6,5 km (w tym przypadku w buciorach narciarskich), to mi przeszło, i wróciłam do zjazdów. Tylko że wtedy do głowy by mi nie przyszło, że będę robić Koronę Ziemi  :).

ps. A propos zdjęcia powyżej. W drodze do Thredbo mija się miejsce nazywane "Syberia".
 


6 grudnia, wieczorem, tuż przy szczycie Góry Kościuszki
3 km od szczytu

aus8.jpgCałkiem mi dobrze… Teraz, bo jeszcze godzinę temu było wręcz odwrotnie. W piecyku typu koza buzuje ogień, zjadłam sobie otrzymaną od Australijczyków schodzących w dół zupkę-gorący kubek (jedzenie zabrałam, ale nic do zrobienia na ciepło, bo nie przypuszczałam że będzie szansa na wrzątek), no i cieszę się stukaniem deszczu w dach – tym razem nie namiotu, tylko górskiej chatki, w której zostałam jedynym gościem. Łóżek nie ma, stoją tylko drewniane ławy, ale co tam, najważniejsze że mi ciepło. Już ciepło, bo jeszcze niedawno trzęsłam się z zimna. Po prostu powtórka z Papui – deszcz, zimno, przemoczone ciuchy które można wyżymać, z butów też można wylewać wodę. Próbuję się jakoś przy tej kozie dosuszyć, ale nie wiem czy się do rana uda.

aus11.jpgTak w ogóle to miałam spać dzisiaj w cywilizacji, w hostelu, ale nie wiedziałam że tu takie drogie hostele! Ostatecznie stwierdziłam że mam trochę inny pomysł na wykorzystanie 35 dolarów, tym bardziej że za Internet trzeba dopłacać kolejne 3 dolce za godzinę - postanowiłam spać w górskiej chacie. Zresztą i tak nie mam wyboru, bo Góry Kościuszki dziś nie zdobyłam. Kompletnie nie trafiłam z pogodą – zaraz jak tylko przyjechałam do Thredbo zaczęła się burza z piorunami, i co prawda burzy już nie ma, ale cały czas leje i leje, co przy silnym wietrze jaki jest na tej wysokości (2000 m), przyjemne nie jest, a tak na poważnie to grozi hipotermią. Stwierdziłam że ze szczytem poczekam do wschodu słońca – mam nadzieję że w międzyczasie się wypada, zwłaszcza że rano zwykle jest ładniejsza pogoda. Zresztą żeby nie wiem co, to i tak gorzej być nie może.

Przy dobrej pogodzie zamiast iść spory kawał pod górę, można podjechać wyciagiem.Pani z informacji turystycznej u której dopytywałam się o szlak i różne szczegóły odradzała mi wyjście w góry, pocieszając że kolejny dzień też ma być deszczowy, ale w następny pogoda powinna się już poprawić. Jak jej powiedziałam że muszę być jutro wieczorem w Melbourne i to jadąc autostopem, mocno się zdziwiła (inaczej niż stopem i tak nie mogę wracać, bo tu komunikacja funkcjonuje jedynie australijską zimą, latem zaś nie kursują żadne autobusy). Najbardziej pani-informatorka bała się, że na podejściu złapie mnie kolejna burza z piorunami, co na Kościuszce jest o tyle ryzykowne, że chodzi się po metalowych chodnikach (w podtekście – ściągają pioruny). Ja sama też się tych piorunów bałam, bo chodzenie w deszczu po górach, to ogólnie normalna sprawa, ale zginąć od trafienia piorunem, wcale mi się nie uśmiechało. Stwierdziłam że jak by co, to zejdę z tych chodników nieco w dół i rozbiję się z moim namiocikiem gdziekolwiek, gdzie w miarę bezpiecznie. No ale przede wszystkim optymistycznie liczyłam, że przestanie padać.

Zdjęcie z następnego dnia, gdy już było coś widać. Ciągnący się hen, hen metalowy chodnik prowadzący niemal aż do szczytu.Nie przestało. Lało równomiernie cały czas, co sprawiło że nawet zdjęć mi się już nie chciało robić – szłam jak automat, ociekająca wodą i zziębnięta, byleby jak najszybciej do tej położonej niedaleko szczytu chaty. Początkowy odcinek podejścia, zaraz za miasteczkiem, prowadzi przez bardzo fajny las eukaliptusowy, od czasu do czasu przechodzi się strumienie (ale tu w przeciwieństwie do Papui wszędzie są wygodne mostki), czasem przecina się nartostrady (teraz - rozległe polany) i dwa z funkcjonujących tu wyciągów krzesełkowych, aż wreszcie wychodzi się na wysokogórskie „łąki”. Szczerze mówiąc dziwnie się chodzi w górskiej scenerii na wysokości 2 tys. metrów z hakiem po elegancko ułożonych metalowych chodnikach, tudzież kostce brukowej. Jakoś tak mało górsko… Ale i tak szczytem zaskoczenia była sytuacja kiedy idę, nic prawie nie widać, bo jestem w chmurach, mimo że jeszcze wcześnie (godzina 16) to jakoś tak przyciemnawo i przygnębiająco, odbijam już na prowadzący do chaty szlak, a tu nagle z Zabłądzić nie sposób - szlak jest bardzo dobrze oznakowany.tej chmuro-mgły wyłaniają się… światła samochodu! Myślałam że mam omamy, jakaś fatamorgana, a jednak… Cały nastrój obcowania z górami momentalnie prysł…

Samochód okazał się obsługą ultramaratonu, którego trasa prowadzi znad oceanu na Górę Kościuszki. 240 km biegu, od poziomu morza na 2200 m. To znaczy tym razem ze względu na warunki pogodowe końcówkę skrócono – uznano że nie można narażać biegaczy na hipotermię, i metę zrobiono przy chacie w której jestem. Wygrał niemłody już Belg, któremu trasa zajęła coś około 36 godzin, w trakcie których gdzieś tam po drodze przespał się całe 20 minut! Najbardziej niezwykłe jak dla mnie jest to, że ci ludzie po tych 240 km wyglądali lepiej niż ja po maratonie, w trakcie którego robi się przecież tylko 42 km.

Kończę pisanie, bo muszę znaleźć jakąś siekierę, by narąbać drewna i dorzucić do ognia… :)


7 grudnia, w drodze z Thredbo do Melbourne
Kościuszko zdobyty!

aus20.jpgNa wschód słońca zaspałam. W nocy, jak już wypaliło się drewno które przed pójściem spać wrzuciłam do piecyka, zrobiło się tak strasznie zimno, że w trosce o zachowanie resztek ciepła, pozamykałam w chatce okiennice. Była druga w nocy, na zewnątrz ciągle lało.

Obudziłam się o 5.45 – było już po wschodzie, ale ze względu na zamknięte okiennice w chatce było wciąż ciemno, co właśnie mnie z tym wstawaniem zmyliło. Wściekła na siebie zebrałam się tym razem wyjątkowo szybko – kwadrans później byłam już na szlaku (do szczytu zostały 3 km, co według drogowskazów oznaczało godzinę drogi). Po drodze korzystając z w miarę przyzwoitej pogody (nadchodzące ciemne chmury nie wróżyły, że długo się utrzyma), obfotografowałam najbardziej rzucający się w oczy szczyt, oczywiście pewna, że to Kościuszko. Dopiero później okazało się, że wcale nie – na niepozorną z tej perspektywy Mt Kościuszko w ogóle nie zwróciłam uwagi! :)

aus9.jpgNa szczycie byłam o 7-mej. Widoków zero – istne mleko. Nie przeszkodziło to oczywiście w sesji zdjęciowej przy betonowym słupku wyznaczającym szczyt, no i uwieczniłam też tablicę wyjaśniającą, że nazwę „Kościuszko” nadał polski podróżnik Paweł Edmund Strzelecki, który w roku 1840 zdobył tę górę jako pierwszy. 

Niedługo potem, jak już byłam "na odwrocie" spory kawałek od wierzchołka – jak na złość zrobiło się błękitne niebo. Oj, coś chyba górze podpadłam. Wkrótce spotkałam innych turystów. Zdaje się że z dołu na nogach tu prawie nikt nie podchodzi – wszyscy korzystają z wyciągu krzesełkowego. Szczerze mówiąc ja też kawałek skorzystałam, tyle że aus27.jpgw dół (dzień wcześniej całą drogę pod górę, w deszczu, przeszłam). Biletu na wyciąg nie miałam, ale zapytałam znudzonego pana wyciągowego czy mogę wsiąść, a on na to, że mogę. W sumie to mogłam dojechać do samego dołu, ale na stacji pośredniej jednak wysiadłam. Powód prosty: wczoraj nie zrobiłam żadnych zdjęć w lesie eukaliptusowym – poczucie obowiązku nakazało więc to nadrobić - najładniejszy odcinek przeszłam sobie jeszcze raz.

A teraz jestem w samochodzie uczynnych Szwajcarów. Bałam się że będę miała problem w autostopowym wydostaniu się z Thredbo, a tymczasem po 20 minutach stania przy drodze wylotowej z miasteczka, siedziałam w wygodnym autku. Moi dobroczyńcy to szwajcarscy farmerzy - bardzo mili, tylko nie za bardzo mówiący po angielsku.


8 grudnia, Launceston (Tasmania)

Przelotem na Tassi (Tasmanii, czyt. Tazi)

Samolot kursujący między Tasmanią a Flinders Island.Na zobaczenie Launceston, czy jak mówią lokalesi – „Lansi”, miałam kilka godzin. Dokładniej – półdniową przerwę między lotami (przylot z Melbourne, wylot na Flinders Island), co oznaczało jeszcze konieczność dostania się do miasta z lotniska i powrót na lotnisko. To akurat pewien problem, bo komunikacji lokalnej, taniej znaczy się, tu nie ma, a autobusu lotniskowego kasującego 18 dolarów za dystans 15 km, mój budżet nie W centrum Launceston.obejmował. Na szczęście dzisiaj autostop bardzo dobrze mi zadziałał, choć powiem szczerze z powrotem, na wylocie z miasta miejsce miałam fatalne – autostradę gdzie wszyscy grzali dozwolone 110 km/h. Niedozwolone zatrzymanie się na owej autostradzie zaryzykował niejaki Mark prowadzący biznes z dziewczyną która, uwaga: obiegła (!) całą Australię. Nie wiem ile dokładnie kilometrów zrobiła, no ale dobre kilka tysięcy. Zajęło jej to 407 dni, bez dnia odpoczynku, z dziennymi przebiegami (w tym wypadku dosłownie) po 60-70 km! Nie powiem, robi wrażenie!

A co do zabrania mnie z drogi, to przed chwilą, na lotnisku, podszedł do mnie jakiś śmieszny gość i powiedział, że widział mnie przy drodze, ale za późno się zdecydował, więc na pierwszej możliwej zawrotce skręcił by po mnie ponownie podjechać. Tylko że mnie już nie było :).

Namiastka Holandii na Tasmanii. Ten zabytkowy młyn w Launceston nadal działa.Co do Launceston to całkiem sympatyczne miasto. I duże – szczerze mówiąc to myślałam że na Tasmanii to poza Hobart są tylko takie małe mieścinki, a tak to pustkowia i drogi dla aut z napędem na cztery koła, ale gdzie tam. Całkiem spora tu cywilizacja, drogi - super, a samo Launceston to prawie 100 tys. mieszkańców. Centrum przypomina miasteczka angielskie – zachowało się sporo historycznych, wiktoriańskich domów, niektóre jeszcze z XIX wieku i ogólnie tak tu jakoś tak „brytyjsko-amerykańsko”. A, jest nawet wiatrak, więc jeszcze trąci Holandią i do tego irlandzkie puby. Z racji tego że jutro będę w głuszy, na łonie natury, co oznacza że nie będzie raczej szansy by zjeść/wypić coś ciepłego (nie mam kuchenki), dzisiaj zaszalałam i strzeliłam sobie w Subway`u kanapkę, a potem poszłam jeszcze na kawę – pyszną lattę, co bardzo korzystnie wpłynęło na mój dobry nastrój (w kawiarni jak się dowiedziano że jestem z Polski, poproszono o wpis na  ścianie – narysowałam m.in. polską flagę).

Główna atrakcja Launceston to znajdujący się na obrzeżach miasta wąwóz.Główną atrakcją miasta jest rzeczywiście urokliwy wąwóz płynącej nim rzeki. Większość osób ogranicza się tylko do przejechania się nad nim wyciągiem krzesełkowym i powrót mostem wiszącym, ale ja ambitnie obeszłam go sobie szlakiem trekingowym. Warto było, bo… spotkałam kangura. Właściwie to jak napisałam w smsie do Pawła: czarny kangur przebiegł mi drogę, ale zakładam że to na szczęście. I nie był to jakiś oswojony kangur z zoo, tylko autentyczny, dziki, z leśnych zarośli. Żeby jeszcze gdzieś zobaczyć wombata. No i diabła tasmańskiego, choć akurat na te zwierzątko szansa jest raczej mało (mają problem z chorobą, która je strasznie wyniszcza).

Dobra, idę do oprawy. Ale jestem padnięta – ostatnią noc spędziłam na lotnisku w Melbourne. Nie było czasu na spanie bo uzupełniałam bloga i ładowałam baterie do aparatu, laptopa, komórki (na Tasmanii przewiduję spanie wyłącznie na dziko tak więc o elektryczności mogę zapomnieć). 


8 grudnia, wieczorem, Flinders Island
Z widokiem na górę Strzeleckiego

flin1.jpgJestem w raju! No, może jeszcze nie zupełnie, bo wciąż żyję, ale tu naprawdę jest „bosko”. Wyobraźcie sobie: fajna polanka, którą przed gorącym słońcem chronią drzewa (tym razem nie eukaliptusowe tylko nieznane mi iglaste), 30 metrów dalej jest turkusowy ocean, który słychać, bo na śliczną, piaszczystą plażę (piasek biały, drobniutki) wlewają się leniwe fale, a z drugiej strony malowniczej zatoczki wyrasta góra Strzeleckiego, której wysokość czytana z mapy (756 m) może nie robi wrażenia, ale trzeba pamiętać że tu przewyższenie jest odczuwalne, bo góra wyrasta wprost z morza. I do tego żadnych ludzi – jestem tu sama samiusieńka.

flin42.jpgI byłoby naprawdę super, gdyby nie węże. Dwa w ciągu 10 minut. Lokales który mnie tu przywiózł ostrzegał że węże są jadowite, a ich jad jest śmiertelny. Ledwo odjechał, w euforii biegałam po tym cudownym miejscu z aparatem, pochłonięta zdjęciami, a tu mi szszsz… - coś między nogami. No ale skoro napisałam że jestem w raju, to tam przecież wąż też był :). No cóż, do zamkniętego namiotu nie wejdą, ale samotna wędrówka na górę Strzeleckiego będzie wymagała wyostrzonej uwagi. Pocieszam się, że chyba wąż jeszcze bardziej się obawia mnie, niż ja jego.

Trousers Point to już teren Parku Narodowego im. P.E.Strzeleckiego.Pierwsze wrażenia z Flinders Island – super! I już wiem, że trzeba było tu na dłużej przyjechać. Wysiadając z samolotu (taki mały, leciało  coś koło 10 osób) rzuciłam pytanie czy ktoś nie jedzie w kierunku Trousers Point gdzie zamierzałam biwakować. Jedna z kobiet z miejsca odpowiedziała, że ona co prawda tylko kawałek, do głównego miasteczka wyspy, ale jakąś podwózkę postara mi się zorganizować. Punktem kontaktowym w liczącej ok. 200 mieszkańców „stolicy” (na całej wyspie mieszka ok. 700 osób) jest sklepik prowadzony przez wszystko wiedzącą sklepową i supermarket gdzie wisi lokalna tablica ogłoszeń. Widać że sporo się tutaj dzieje. Na przykład co czwartek są tańce szkockie, a prowadzi te wieczorki (i uczy tańczyć) pani, która skończyła właśnie… 100 lat! Dla odmiany dziś akurat miał się odbyć przedświąteczny obiad lokalnej społeczności niedaleko Trausers Point. Krótko mówiąc transport jakoś się zorganizował, a w Zachód słońca w pobliżu mojego biwaku na Trousers Point.międzyczasie Ann zaprosiła mnie jeszcze na piwko do „public pub`u” – całkiem fajnego, swojskiego lokalu gdzie serwują piwo z Tasmanii.

Na dzisiaj koniec, bo robi się nieziemski zachód słońca. Idę oglądać. Całe niebo czerwone, różowy ocean… Dla takich widoków warto podróżować, niedojadać, niedosypiać, czasem (często) się pomęczyć. Świat jest piękny!!!  


9 grudnia, Flinders Island
Strezleki, wombaty i figówka w domu Jagi

To był jeden z najfajniejszych dni na tej wyprawie. Dzień, który sprawił, że szczerze polubiłam tę wyspę, która stała się jednym z tych miejsc, do których chciałabym wrócić. Jedyne co nie dopisało, to pogoda, no ale i tak dobrze że padało tylko z przerwami, a nie ciągle :).

Ptaszysko, które ukradło mi mydło.Dzień miałam rozpocząć od gruntownego umycia się, bo w miejscu gdzie spałam był kran, ale okazało się że zniknęło zostawione na noc przy kranie mydełko. Takie małe, wzięte z jakiegoś hotelu. Szybko się zorientowałam kto był złodziejem – lokalna mewa, ładne ale wścibskie ptaszysko z żółtym dziobem. Zdaje się miała ochotę także na moje śniadanie – tym razem wyjątkowo dobre, bo okazało się że jest dostęp do bezpłatnego gazowego grilla, dzięki czemu mogłam swoje buły z serem zrobić w wersji tostowej, na ciepło.

Z miejsca biwaku do początku szlaku na Górę Strzeleckiego miałam ze 2 km po drodze z mnóstwem rozjechanych kangurów (właściwie to wollaby, bo kangurów jako takich na Flinders Island nie ma). Ponoć jest ich na wyspie aż 3 miliony! Wskakują po zmroku na drogę i w światłach samochodów głupieją, stanowiąc utrapienie kierowców.

tas54.jpgWejście na Górę Strzeleckiego (Australijczycy mówią: Mount Strezleki) okazało się naprawdę fajną, momentami całkiem wymagającą fizycznie wycieczką. W każdym razie to dużo trudniejsza góra niż Kościuszko, z bardzo ciekawą roślinnością po drodze. Najpierw są lasy czegoś tujo-podobnego, potem lasy eukaliptusowe, następnie dżungla i las deszczowy (jest dużo wilgoci, bo góra często tonie w chmurach). Niestety widoków z góry nie było – podobnie jak i na Kościuszce byłam w chmurach, tak więc miałam panoramę na co najwyżej 10 metrów.

Tak jak się spodziewałam, nikogo po drodze nie spotkałam. Kompletna pustka. Na szczęście węży też nie było (przynajmniej się nie ujawniły). Z tymi wężami to rzeczywiście jest pewien problem, bo ich ukąszenie może być śmiertelne. Na szczęście zęby jadowe tego węża tygrysiego którego widziałam poprzedniego dnia są na tyle małe, że przez buty czy grubsze ciuchy się nie przebiją, ale jeśli trafi na odsłoniętą część ciała, w zależności od tego w którym miejscu ukąsił i ile jadu wpuścił – mamy od pół godziny do pół dnia na podanie surowicy. Przeciętnie co roku jedna flin60.jpgosoba do lekarza nie zdąża, natomiast nagminnie giną od ukąszeń koty i psy. John, weterynarz którego poznałam w Whitemark (stolicy wyspy) mówił mi, że wąż wężowi nie równy. W przypadku ukąszenia węża tygrysiego z głównej Australii, podaje się jedną dawkę surowicy, na Flinders Island musi być już to dawka podwójna, a na jeden z okolicznych wysepek gdzie węże tygrysie mają dostatek ptaków którymi się żywią, są tak wypasione że dawka musi być potrójna.

Po zejściu z Góry Strzeleckiego jeszcze nie zdążyłam się dobrze zastanowić, co z sobą dalej począć, a tu zatrzymuje się samochód (wcale przeze mnie nie zatrzymywany). Kierowcą okazał się David, właściciel pobliskiego hotelu, który dobrze już wiedział kim jestem, bo na wyspie wieści, m.in. dotyczące nowoprzybyłych, rozchodzą się lotem błyskawicy. W rezultacie wylądowałam u Davida na lunchu (pierwsze sałatki od kilku tygodni!), zobaczyłam elegancką posiadłość, zrobiłam sesję zdjęciową objadającym trawnik wollaby (bo rano widziałam je tylko w wersji rozjechanej), a potem David odwiózł mnie do Whitemark i co ważne – nakręcił mi flin5.jpgspotkanie z Wombat-Lady, którą jest pracująca w sklepie Kate. Wombaty to - przypomnę – gatunek torbacza genetycznie spokrewniony z koala, ale chodzący po ziemi i ponoć dużo od koali mądrzejszy. W skrócie chodzi o to, że jak ktoś rozjedzie wombata, to sprawdza czy w kieszeni nie ma młodego, a jak jest, to oddaje Kate, która wombaciątko żywi i opiekuje się nim, do momentu gdy zwierzak w pewnym momencie nie wybierze wolności (zawsze w którymś momencie swoją przybraną mamę opuszcza). Aktualnie Kate ma ponad 30 wombatów, które na jej podwórku kopią sobie nory. Nie łatwo takiego torbacza uratować – maleństwa trzeba karmić 5 razy dziennie, pojąc specjalnym mlekiem (takie ze sklepu nie nadaje się), a starsze – żywiąc specjalną karmą. Kate wydaje na to sporą część swoich pieniędzy, ale ratowanie wombatów traktuje bardzo poważnie i wszystko w jej otoczeniu z wombatami się wiąże. Nawet skrzynkę na listy ma pomalowaną w wombaty, a jeden z kwietników to wyrzeźbiony wombat.

flin70.jpgLubię ludzi z pasją, dlatego też Kate od razu zyskała sobie moją sympatię i szacunek. Jak już się nagadałyśmy i zrobiłam sesję zdjęciową, z przystankiem przy tablicy w miejscu gdzie przechodzi 40 południk, pojechałyśmy na spotkanie z Jagą. O Jadze (tak naprawdę – Jadwiga) mówili mi na wyspie wszyscy. Że jest taka Polka, która z mężem na Flinders Island 8 lat temu zamieszkała (dokładniej to państwo Lipscy przenieśli się tu z Melbourne), a co ważne – widać było że wszyscy Jagę lubią. Szybko się przekonałam, że inaczej być nie może, bo Jaga jest naprawdę super babką. Nie wiem ile lat jest ode mnie starsza, ale młoda duchem, z mnóstwem energii i pomysłów i z dużym poczuciem humoru o czym może flin6.jpgświadczyć np. nazwanie należącej do niej łodzi „Baba Jaga”. Jaga maluje (zaczęła dopiero niedawno, ale widać że ma talent), fotografuje,  poluje (bo na wyspie wszyscy polują – dziczyzna to znacząca część lokalnego menu), udziela się przy różnych akcjach charytatywnych, w zastępstwie księdza odprawia w kościele msze (bo ksiądz przylatuje raz na miesiąc) - nie może jedynie zrobić Podniesienia, dba o przydomowy ogródek (nie jest to wcale łatwe, bo wollaby chętnie pieczołowicie doglądane kwiaty i warzywka zjedzą), no i świetnie gotuje. Wojtek, mąż Jagi, to z kolei spec m.in. od nalewek (piliśmy jego świetną figówkę) i domowej roboty piwa.

flin30.jpgW domu Jagi i Wojtka (w towarzystwie jeszcze  Marysi i Mirka z ich rodziny) spędziłam miły wieczór i noc. Ale fajnie po iluś nocach w spartańskich warunkach móc położyć się na normalnym łóżku, z poduszką pod głową (w warunkach biwakowych wtulam się w polar).

A wracając jeszcze do Jagi… Z zawodu inżynier, po osiedleniu się na wyspie uczyła w miejscowej szkole. Różnych przedmiotów – od fizyki (zgodnie z wykształceniem) po… wychowanie seksualne. Teraz jest na emeryturze, ale czasem dorabia sobie robieniem zdjęć na ślubach. Choć określenie „dorabia się” w tym przypadku nie jest precyzyjne, bo na Wyspie zamiast płacić, ludzie rewanżują się często tym co mają. Stąd też za jedna z sesji zdjęciowych Jaga dostała… dwa barany.

fin32.jpg I na koniec wrócę jeszcze do tych polowań. Na co się na wyspie poluje? Na przykład na wallaby, których mięso jest bardzo zdrowe, bo chude, z małą zawartością cholesterolu. Poza tym wollaby nikomu tu nie żal, bo są uważane za szkodniki. Nawet jak się zapytałam Kate, czy poza wombatami ratuje też małe kangury, od razu padło, że kangurów nikt w torbach zabitych samic nie szuka, bo nikt ich tu nie lubi. Poza tym poluje się na ptaki, dokładnie tzw. Mutton Bird (czyli „baranie ptaki”, bo puch młodych przypomina futro baranie, a poza tym ich smak kojarzy się z mięsem baranim). Swoją drogą polska nazwa tego gatunku nijak nie kojarzy się z międzynarodową, bo brzmi: burzyk cienkodzioby, albo ardenna. Ptaki te w ramach migracji w zależności od pory roku przemieszczają się między Tasmanią a odległą Kamczatką. W każdym razie na Tasmanię przylatują na okres lęgowy, no i wtedy się do nich strzela (dokładniej – zabija młode!). Jest ich mnóstwo, więc gatunek nie wyginie, a na wyspie na której z zaopatrzeniem w sklepie bywa różnie, jest to ważne źródło mięsa (pyszne są też ich wątróbki – wiem, bo jadłam!)  i przypominającego tran tłuszczu.

Jeśli interesuje Was ciąg dalszy moich przygód na Tasmanii, zapraszam na mój normalny blog - tutaj.