kaukaz - w obozie 2.jpgWSPINACZKA NA ELBRUS (KAUKAZ)

Pamiętam jak na lekcjach geografii uczono mnie, że najwyższy szczyt Europy to Mt. Blanc we Francji. Aż pewnego razu wyczytałam, w Księdze Rekordów Guinessa, że wcale nie, bo wyższy o całe 835 metry jest rosyjski Elbrus. Ta leżąca na granicy Europy i Azji góra to jeden z siedmiu pięciotysięczników jakie są na Kaukazie.


Wyruszamy o 3-ej nad ranem. Zostawiamy nasze rozbite na śniegu namioty (obóz na 4200 m n.p.m.) - naszym celem jest zachodni szczyt Elbrusa (5642 m).  Wleczemy się noga za nogą - nie ma mowy o szybkim marszu, bo zaraz dostaje się zadyszki. Na stromym stoku widać dziesiątki świateł latarek - chętnych do zdobycia najwyższego szczytu Europy jest bardzo wielu. Na szczyt i tak dojdzie tylko część - reszta odpadnie jeśli nie z braku kondycji, to pokonana chorobą wysokościową.

kaukaz - pod szczytem 2.jpg Przy tzw. Skałach Pastuchowa  zakładamy raki. Mamy też liny, uprzęże, czekany - to tak na wszelki wypadek, gdybyśmy weszli w teren zagrożony szczelinami. W końcu jestem tu z kolegami z Sekcji Żywieckiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, którzy najlepiej wiedzą jak ważny jest ekwipunek. Niestety, nie raz już Elbrus udowodnił, że choć niby nie jest górą trudną technicznie, to potrafi ukarać niepokornych. Ten rok [chodzi o 2003 r.] był wyjątkowo tragiczny - w szczelinach zginął polski ksiądz, dwóch Kanadyjczyków, kilku Ukraińców oraz czterech Czechów, którzy rozbili namiot na przełęczy i zostali z niej po prostu zdmuchnięci...

Robi się widno - wreszcie widzimy oba wierzchołki nieczynnego już wulkanu. Naszym celem jest zachodni - wyższy. "Elbrus" to perska nazwa znacząca "Dwugłowa Góra". W tłumaczeniu Turkmenów słowo Elbrus to z kolei "Szczyt, gdzie kręci wiatr". W ogóle  to góra wielu imion: dla Gruzinów jest to "Jał-Buz", czyli "Grzywa Śniegu", dla Arabów "Ebul Dżebal" - "Ojciec wszystkich gór", dla Czerkiesów "Asz-Gamaho" - "Święta Wysokość", dla Kabardyńców "Oszho-Maho" - "Góra Szczęścia", dla Bałkarców "Mingi-Tau" - "Wieczna Góra", ewentualnie "Dżin-Padiszach" - "Car górskich duchów".

kaukaz - reklama 2.jpg Spotykamy coraz więcej osób, które rezygnują ze wspinaczki. Ponoć przeciętny czas wejścia to około 8 godzin, ale tempo to w rzeczywistości bardzo indywidualna sprawa. Na takich wysokościach każdy krok to walka z sobą - normą jest ból głowy, apatia, senność, ogólna słabość, wymioty, problemy z koordynacją ruchów i z oddechem. Za to jaka satysfakcja, gdy jednak dojdzie się do szczytu!

Jeden z kolegów - Tomek (GOPR-owiec z Babiej Góry) zabrał z sobą narty. Co się nanosił to jego, ale teraz ma okazję fantastycznego zjazdu. Zjedzie prosto do namiotów, podczas gdy nam schodzenie zajmie kolejne kilka godzin. Ponoć w 1977 roku znalazł się śmiałek który ze szczytu Elbrusa do obozowiska zleciał na lotni. Dwadzieścia minut niezapomnianego lotu! Z kolei 10 lat temu Rosjanin będący dziesięciokrotnym mistrzem świata w skokach ze spadochronem wylądował na szczycie wyskakując z 6800 metrów. Byli też tacy, którzy wjechali na szczyt konno (rekord odnotowany w Księdze Guinessa - świetna reklama miejscowej rasy górskich rumaków karaczajewskich), a nawet na motocyklu zaopatrzonym w płozy.

 

Msza na lodowcu

Główną bazą do ataku na szczyt Elbrusa jest tzw. "Schronisko Jedenastu". Nazwa upamiętnia zorganizowaną w 1909 roku wyprawę studentów, z których do zaplanowanego na biwak miejsca doszło jedenastu. Napisali farbą na skale "Prijut odinadcati" i tak już zostało. W roku 1939 stanął tam trzypiętowy hotel górski na 200 osób. Wyglądał jak wyciągnięty na lodowiec wielki srebrny autobus, w środku kaukaz- prijut 11.jpgcałkiem luksusowy. Było w nim centralne ogrzewanie, ciepła woda w kranach... W 1998 roku spłonął. "Szwedzi zaprószyli ogień..." - powiedziała ekspedientka w sklepie, pokazując na butelkę wódki z wizerunkiem hotelu na etykietce. Zostały tylko ruiny i spartańskie schronisko otoczone fetorem przylegającej doń toalety. Nic dziwnego, że większość turystów wybiera nocleg pod namiotem.

Dotarcie do "Prijuta 11", czyli na wysokość 4200 m, nie stanowi większego problemu. Najpierw są dwa odcinki kolejki (wagoniki takie jak do niedawna na Kasprowy, tylko w dużo gorszym stanie technicznym), potem jeszcze kwadrans na wyciągu krzesełkowym i jesteśmy przy granicy wiecznego śniegu (wysokość 3780 m), przy tzw. beczkach (nazwa od schronów, w których można nocować, przypominających beczki). Dalej mamy do wyboru: albo podchodzenie na piechotę (dla aklimatyzacji na pewno lepiej), albo wynajęcie ratraka. Kto ma narty może skorzystać z wyciągu (o ile działa), bo to przecież całoroczny teren narciarski (jeśli chcemy pojeździć trzeba mieć własny sprzęt - żadnej wypożyczalni na miejscu nie ma).

W obozowisku przy "Prijucie 11" panuje prawdziwie międzynarodowa atmosfera. Kolorowe namioty rozbite na śniegu wyglądają bardzo efektownie. Oprócz nas są też i inni Polacy, ale także Niemcy, Koreańczycy, Ukraińcy... Jedni się opalają (aż trudno uwierzyć, że dwie noce wcześniej spadło pół metra śniegu), inni pichcą coś w menażkach albo opowiadają sobie wrażenia z gór.

kaukaz - msza 2.jpgAkurat wypada niedziela, a jeden z kolegów to ksiądz (Krzysztof Cojda - kapelan GOPRowców, również ratownik). W samo południe wśród pobliskich skał Krzysiek ubrany w  polar z charakterystycznym niebieskim krzyżem odprawia mszę. Na kamieniu służącym jako ołtarz stoi miniaturowa monstrancja, funkcję krzyża pełni czekan. Nawet dla niezbyt pobożnych modlitwa w takiej scenerii to niezapomniane przeżycie. Z jednej strony dwa stożki Elbrusa odcinające się bielą od błękitnego nieba, z drugiej morze gór z przepięknym widokiem na Użbę - jedną z najładniejszych, choć dość trudnych kaukaskich gór (4700 m). Swoją drogą - mieliśmy ją w planach. Nie wyszło z braku stosownego zezwolenia.

 

kaukaz beczki 2.jpgOni byli pierwszymi...

Przez wiele wieków Elbrus pozostawał górą nie zdobytą. Aż wreszcie w 1829 roku na rozkaz rosyjskiego generała dowodzącego kaukaską linią obronną zorganizowano wyprawę, której celem miało być zdobycie wschodniego szczytu Elbrusa. Było to potężne przedsięwzięcie - grupie naukowców towarzyszył oddział 350 Kozaków oraz 650 żołnierzy z... dwoma armatami. Po noclegu na  w okolicach obecnego "Prijuta 11" na przełęcz pod szczytem (5350 m npm) dotarły tylko 4 osoby, a na szczyt - po 11 godzinach wspinaczki wszedł już tylko miejscowy przewodnik Kiłłar Chaszirow. Po zejściu do obozu czekała na niego nagroda - 400 rubli i kupon drogiego sukna na tradycyjne okrycie zwane czerkieską.

kaukaz-plaza na lodowcu.jpg Na zdobycie zachodniego szczytu trzeba było trochę poczekać. Dokonała tego w 1874 roku ekipa Anglików, z lokalnym przewodnikiem którym był Achija Sotajew, mający wówczas 86 lat. Sotajew żył jeszcze długo i szczęśliwie - zmarł w wieku 130 lat, a pochowany został wśród ukochanych gór, w okolicach miasta Tyrnauz. Z kolei pierwszą osobą, która zdobyła obydwa wierzchołki góry został w latach 90. XIX wieku  rosyjski topograf A. W. Pastuchow (jego imię upamiętniają charakterystyczne skały przy szlaku na Elbrus). Na zachodnim szczycie Pastuchow zostawił butelkę ze stosownym zapisem - 50 lat później znaleźli ją rosyjscy alpiniści.

W latach ostatniej wojny światowej Elbrus stał się górą walki propagandowej. W roku 1942 faszyści zatknęli na obu szczytach czerwono-czarne flagi. Niecałe pół roku później rosyjscy sołdaci-alpiniści zastąpili je symbolami radzieckimi. A potem, za władzy sowieckiej, pojawiły się pomysły masowego zdobywania Elbrusa. W roku 1960 wymyślono imprezę w trakcie której w ciągu jednego dnia na szczycie stanęło ponad 1350 osób!

Gotowi w każdej sytuacji


Mimo, że wejście na Elbrus nie wymaga żadnych umiejętności alpinistycznych, nie można tej góry lekceważyć. Oprócz zagrożeń związanych z chorobą wysokościową, trzeba brać pod uwagę np. zmienną pogodę (nawet w środku lata zdarzają się kaukaz - z krzysiem 2.jpgzadymki śnieżne) i pogarszającą się widoczność, która sprawia, że bardzo łatwo zgubić swoją drogą źle oznakowany szlak i wpaść w lodowcowe szczeliny. Dowodem na to stojąca nieopodal "Prijuta 11" skała z tabliczkami upamiętniającymi tych, którzy chęć zdobycia Elbrusa przypłacili życiem. Od kilku sezonów coraz częściej ofiarami są też i  Polacy. Tak było też i ostatnio, w sierpniu. Akurat siedzeliśmy przy ognisku w tzw. alpłagierie w urokliwej dolinie Adył-su, kiedy wpadł jeden z kolegów. -Słyszeliście o tych zaginionych  Polakach? Nie, tu, w okolicach naszego biwaku nikt nam o nich nie mówił. Za to głośno było o nich w polskich mediach. Swoją drogą nasi znajomi i rodziny myśleli, że chodzi o nas - dawno nie odebrałam tylu telefonów czy żyję.

kaukaz-memento.jpg Zresztą pal sześć my, istotne było tylko jedno  - tam, na górze nasi rodacy potrzebują pomocy. Wiedzieliśmy już, że  na rosyjskie służby górskie nie do końca można liczyć. Miejscowi ratownicy zamiast na Elbrusie siedzą na dole, w dolinie. Co z tego że mają skuter śnieżny, jak nie mają do niego paliwa. Beskidzcy GOPR-owcy nie zastanawiali się ani chwili - jak najszybciej chcieli wrócić na Elbrus, by prowadzić poszukiwania. To nic, że przyjechali na urlop - ślubowanie niesienia pomocy zobowiązuje w każdej sytuacji. Do centrali GOPR w Polsce telefonicznie została zgłoszona gotowość do akcji. Pojawił się jednak problem formalny - musieli się na to jeszcze zgodzić ratownicy rosyjscy. Na szczęście w międzyczasie pechowi Polacy się znaleźli... Cali i zdrowi.

 

Narodowościowy miks

kaukaz - terskol 2.jpgMiejscowością wypadową na Elbrus jest Terskol. Cała metropolia to kilka typowo socjalistycznych bloków nijak nie pasujących do otoczenia, całkiem nieźle zaopatrzone sklepy spożywcze, w okolicy - dwa sklepy alpinistyczne (tanie śruby lodowe!), poczta z dwoma stanowiskami internetowymi (wieczne kolejki), przypominający igloo bar z dyskoteką i wielki hotel należący do Ministerstwa Obrony Rosji (niech nas nie przestraszy nazwa - obiekt jest ogólnodostępny; często są w nim zakwaterowani przyjeżdżający tu na zgrupowania sportowcy z rosyjskiej kadry narodowej). Poza tym jest jeszcze plac, na którym stoją gotowe do wynajęcia samochody. Ceny zależą od naszych negocjacji - na pewno dla Amerykanina są znacznie wyższe niż dla próbujących mówić po rosyjsku Polaków. Nie sugerujmy się wyglądem aut - okazuje się że 20-letnia Wołga radzi sobie na wyboistej, górskiej drodze wcale nie gorzej niż prawdziwy samochód terenowy.

Miejscowym wcale się tu nie przelewa. -Za Sojuza było lepiej - mówią. -Jelcyn, swołocz, wszystko zepsuł - nie kryje swoich opinii poznany Bałkariec. Rejon ten to  wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej Kabardino-Bałkarska Republika. Wśród prawie 800 tys. ludności  większość stanowią Kabardyńcy (46 proc.) i Rosjanie (35 kaukaz-wagonik.jpgproc.).  Bałkarzy to tylko 9,7 proc., ale nie ma się czemu dziwić - swego czasu, w 1944 roku, pod zarzutami rzekomej współpracy z Niemcami zsyłano ich na Syberię. W 1957 roku, po odwołaniu oszczerczych zarzutów, wielu wróciło, ale są już teraz w mniejszości. Mają swój własny język, zupełnie inny od rosyjskiego, podobnie jak Kabardyńcy wyznają islam, kultywują muzułmańskie tradycje (stąd np. kobiety z chustami na głowach).

Wszyscy, niezależnie od narodowości, bardzo liczą na turystów, co widać zwłaszcza na miejscowych targach. Hitem, jeśli chodzi o pamiątki, są filcowe czapeczki i rogi służące jako substytut kielicha. Można też spróbować lokalnych specjałów i zafundować sobie pierożki-pielmieni, manty (pierogi gotowane na parze), albo choćby baraniego szaszłyka. Mimo, że nie jest to już taki raj cenowy jak kilkanaście lat temu, nadal jest stosunkowo tanio. Ale przecież i tak przyjeżdża się tu głównie dla gór - tutaj wyjątkowo wielkich,  dzikich i pięknych.