Na Kilimandżaro byłam kilka razy . Pierwszy raz sama, wchodząc trasą namiotową (Machame, zwana też Whisky Route), potem zaś z grupami, jako przewodnik, na trasie schroniskowej (Marangu, czyli Coca-Cola Route).

 

Poniżej jest tekst, jaki pisałam dla jednego z magazynów podróżniczych. :)

 
kilimandzaro (39).jpg KILIMANDŻARO (TANZANIA)

Wyżej w Afryce wejść się już nie da. Najwyższy z kraterów Kilimandżaro, Kibo, sięga 5895 m n.p.m. Wciąż jeszcze pokrywa go lodowiec, choć przy obecnym zwariowanym klimacie - nie wiadomo jak długo. Jeśli chcesz zobaczyć słynne, wspominane przez Hemingwaya "śniegi Kilimandżaro" - spiesz się. Hemingway nigdy na Kilimandżaro wprawdzie nie był, ale Ty masz szansę…

 

Kilimandżaro to naprawdę piękna góra - wyrastający z sawannowej równiny jej obły, majestatyczny kształt, z czapą śniegu na szczycie, kojarzy chyba każdy. Mnie spodobała się do tego stopnia, że niedawno postanowiłam zdobyć ją po raz drugi, tym razem inną niż za pierwszym razem trasą. I również tym razem była to super przygoda.

KRÓTKO O KILI:

kili-dojscie do chatek.jpg * Kilimandżaro to nie jedna góra, ale cały masyw rozciągający się na długości 60 km, na północy Tanzanii, w pobliżu kenijskiej granicy. Z kulminacją 5895 m n.p.m. jest to jeden z najwyższych w świecie wulkanów, a także jedna z największych wolnostojących gór - wyrasta 4800 m ponad otaczającą ją równinę. Bazą wypadową do trekingów są miasta Arusza oraz Moshi.

* Różne są tłumaczenia nazwy. "Klima" to w miejscowym języku "górka, wzgórek", więc zdrobnienie mogło być wyrazem sympatii do wielkiej góry. Z kolei "njaro" to zarówno imię demona zimna jak i w języku lokalnego plemiona Czaga - "karawana", co przypomina, że w dawnych czasach góra była znakiem orientacyjnym dla wędrujących karawan.

* Pierwszym zdobywcą Kilimandżaro był w 1889 r. niemiecki geolog Hans Meyer. Pierwszy Polak stanął na szczycie 21 lat później - był nim zoolog A. Jakubowski.

* Do tej pory Kenijczycy nie mogą darować Brytyjczykom "przeniesienia" Kilimandżaro do Tanzanii. Stało się tak na pod koniec XIX wieku dzięki hojności brytyjskiej królowej Wiktorii (obecna Kenia była wówczas kolonią brytyjską), która słysząc rozżalenie swojego siostrzeńca - niemieckiego cesarza Wilhelma, że nie ma on w swoich koloniach (była wśród nich obecna Tanzania) żadnej pokrytej śniegiem góry, sprezentowała mu Kilimandżaro jako prezent urodzinowy.

Rosyjska ruletka

kili-namioty.jpgKili wygląda niewinnie, a jednak potrafi dać w kość, pokazując że nie wolno go lekceważyć. Nie jest to góra trudna technicznie. Do jej zdobycia nie trzeba raków, czekanów, ani lin - konieczna jest jedynie jako taka kondycja i, zwłaszcza przy ataku szczytowym, sporo silnej woli.

Do wyboru jest kilka tras, przy czym najpopularniejsze to schroniskowa Marangu, zwana też popularnie Coca-cola Route oraz namiotowa Machame, albo inaczej Whisky Route. Na wyprawę trzeba przeznaczyć 5-6 dni - im dłużej, tym lepsza aklimatyzacja i większe szanse na zdobycie szczytu. Właśnie brak aklimatyzacji i związana z tym choroba wysokościowa, stanowi najczęstszy powód, że tak wiele osób nie osiąga celu. Nie ma przy tym reguły kto da radę, a kto nie. Przykładem jest moich dwóch rosyjskich kumpli z trasy biwakowej, kiedy byłam na Kili pierwszy raz. Igor - doświadczony alpinista, super wyekwipowany, na koncie miał już wiele dużo poważniejszych gór. Alex stanowił typ mieszczucha, którego aktywność sprowadzała się do chodzenia po moskiewskich sklepach i co najwyżej wizyt na siłowni, zaś Kili było w ogóle pierwszą w jego życiu wyprawą górską. Jak na ironię silne objawy choroby wysokościowej u Igora sprawiły, że mimo doświadczenia chłopak "odpadł" - musiał zawrócić z obozu na 4200 m n.p.m. Alex wolnym wprawdzie tempem, ale na szczyt doszedł.

Mzungu - pij!

Każdy dzień trekingu na Kilimandżaro to inne krajobrazy. Na początku droga prowadzi przez wilgotny tropikalny las. Niesamowity zielony gąszcz pełen jest omszałych drzew, poskręcanych lian, insektów i zwierząt których nie widzimy, ale kili-kaktusowate.jpgsłyszymy (głównie małpy). W drugim dniu towarzyszą nam rozległe wrzosowiska z wielkimi, kaktusowatymi lobeliami. W końcu nie ma już nic poza polem lawy. W pewnym momencie, na ok. 4200 m, pojawia się znak: "ostatnia woda". O myciu oczywiście trzeba zapomnieć, o zapas do picia dbają tragarze. Pić trzeba, i to dużo - 4-5 litrów dziennie, bo dzięki temu lepiej znosi się wysokość. Oczywiście mowa o płynach nie procentowych - alkohol przy podejściach nie jest dobrym pomysłem. Wiele osób łyka aspirynę - rozrzedza krew, co trochę organizmowi pomaga.

W którymś z obozów pytam dyżurującego ratownika, czy często dochodzi do poważniejszych problemów związanych z chorobą wysokościową. -Co roku umiera tu kilka osób. To ci, którzy chcą wejść za wszelką cenę lekceważąc objawy prowadzące do obrzęku płuc i mózgu -  odpowiada. Niby można wezwać helikopter z Nairobi (w Tanzanii nie ma takiej techniki), ale to przecież daleko, a każda godzina lotu kosztuje 1500 dol., które zwykle musi zapłacić pacjent. Co mój rozmówca, jako fachowiec doradza? -Oprócz picia -  chodzić pole-pole! "Pole-pole" to filozofia codziennego życia Tanzańczyków, ale na trekingu ma jak najbardziej dosłowne znaczenie. W języku suahili zwrot ten znaczy "spokojnie, powoli". Każdy z przewodników powtarza to swoim podopiecznym dziesiątki razy i nawet na sprzedawanych turystom koszulkach hasło to widnieje. A swoją drogą fajny język ten suahili! Choćby takie "Jambo!" - czyli lokalne "cześć", które mówią sobie wzajemnie także turyści. Niech nas nie zmyli natomiast "bara-bara" - bo to nie to, co zwykle myślimy, tylko… "ulica". Słowem które często na Kilimandżaro  usłyszymy będzie zapewne "mzungu". Tak mówią o nas, białych turystach, lokalsi.

 

Polowy Hilton

kili-tragarz.jpgPoczątkowo drażni mnie, że w przeciwieństwie do swoich innych górskich wypraw, wchodząc na Kili czuję się jak przysłowiowy amerykański turysta. Praktycznie wszystkie moje bety noszą tragarze - ja idę tylko z lekkim plecaczkiem wypełnionym tym, co mi potrzebne w ciągu dnia. Naprawdę mi głupio - namiot rozbiją, a rano złożą, jedzenie - ugotują, podadzą, a potem -  umyją kubki i talerze (bo nie jada się wcale z metalowych menażek, tylko kulturalnie, z zastawy…). W prawdziwym szoku jestem kiedy rano jeden z naszych czarnoskórych opiekunów przynosi miskę z podgrzaną wodą… Szybko jednak przekonuję się, że takie traktowanie oznacza na Kilimandżaro standard dotyczący wszystkich. Zresztą to i tak nic przy idącym ze mną, po tej samej trasie Whisky Route, bogatym turyście, notabene rodem z USA, który w ramach obsługi swojej wyłącznie osoby miał dwóch przewodników i 15 (!) tragarzy. Na każdym noclegu rozstawiali mu jeden namiot do spania, drugi - do spożywania posiłków, obok - toaletę i kabinę prysznicową podświetlaną przy pomocy generatora! Chłopak budził powszechną wesołość, tudzież współczucie. Czy doszedł na szczyt nikt z obserwującej go "loży szyderców" nie widział. -Jak płacił za prysznic to stać go i na to, by go wnieśli - komentowano.

Życie na trekingu toczy się ustalonym  rytmem. Pobudka jest dość wcześnie - zwykle około 6-tej. O tej porze jest jeszcze zimno - zostawiona na zewnątrz w nocy woda, często zamienia się w lód.

kili-mycie.jpgPo przygotowanym przez tragarzy i kucharzy śniadaniu (płatki, omlety, tosty etc.) ekipy wyruszają na trasę - w zależności od dnia idzie się 4-6 godzin, z przerwą na lunch zabierany w formie suchego prowiantu. Czasem w jedzeniu ma się wspólników - wielkie, przypominające wrony ptaki (uwaga bo to latający złodzieje, chętnie zabierający np. suszące się ręczniki!) oraz myszy, którym wyraźnie nie przeszkadza wysokogórski chłód.

Szlaki przypominają ruchliwe autostrady. Jedni idą w górę, inni w dół. Oprócz turystów co chwila przebiegają tragarze. Słowo "przebiegają" jest jak najbardziej właściwe. To nic, że często nie mają nawet przyzwoitych butów - bardzo często są to klapki-japonki. Jak przystało na tragarzy - nie chodzą na pusto. Nierzadki jest widok tragarza niosącego na głowie kartony z jajami, a w rękach - inne pakunki, co wcale nie przeszkadza mu wchodzić po kamienistej, stromej ścieżce, na której mzungu potyka się i bez bagażu. -Dlaczego na głowie nosicie także plecaki? - dociekam. Tragarz, którego pytam dziwi się, że zadaję takie głupie pytania. Od tego jest głowa, by na niej nosić. Chyba, że chodzi o lekki plecak - wtedy można go od biedy zarzucić na plecy, ale jak ciężki to tylko na głowę…

kili-wycieczka.jpgUrozmaiceniem wędrówki są spotkania z innymi ekipami. Towarzystwo jest międzynarodowe. Wymienia się pozdrowienia, pytania ile osób z grupy weszło, padają gratulacje albo słowa pocieszenia. Łatwo poznać kto w którą stronę idzie nie tylko po kierunku marszu - ci którzy wchodzą, mają jeszcze czyste ciuchy, ci którzy schodzą już się ubiorem nie przejmują, zaś ich twarze są ciemne - zarówno od słońca jak i od kurzu.

Popołudnia spędza się w bazach - poza nimi nocować nie można. Na trasie biwakowej kiedy się przychodzi, namioty są już rozbite, na schroniskowej - śpi się w wieloosobowych domkach. Życie towarzyskie koncentruje się przy posiłkach, zwłaszcza przy kolacji która jest zwykle popisem kunsztu kucharzy przygotowujących na ognisku naprawdę wymyślne dania. Dzień kończy się zwykle dość szybko, zaraz po kolacji i zachodzie słońca. Raz że wraz z zapadnięciem zmroku robi się zimno, dwa, że przecież rano trzeba wstać.

 

Szczytujemy…

kili-wschod.jpgNajwięcej emocji wzbudza oczywiście atak szczytowy. Ponieważ ostatnie bazy znajdują się na wysokości 4600-4700, w drodze na wierzchołek do pokonania mamy różnicę poziomów wynoszącą 1200-1300 m.

Pierwszego wejścia nie zapomnę do końca życia. Zazwyczaj startuje się około północy, jednak znający moje tempo chodzenia przewodnik uznał, że wystarczy jak wyjdziemy o godzinie drugiej. Niewiele mi to dało - i tak nie spałam, bo we znaki dawały mi się i wysokość, i co tu kryć - stres. Wyruszyliśmy szybkim tempem - za szybkim! Dogoniliśmy resztę ekip, przy krawędzi krateru gdzie zwykle czeka się na wschód słońca byliśmy jako jedni z pierwszych. I tam właśnie mnie dopadło! Kryzys totalny - wymioty, apatia… Po prostu za szybko weszliśmy i mój organizm nie nadążał z przystosowaniem się do wysokości. -Już nie daleko… - pocieszał przewodnik, a mnie było wszystko jedno, bo nie chciałam iść już ani w górę, ani w dół. W końcu mój opiekun pogodził się, że nic ze mnie nie będzie. Zapewne chciał mnie już sprowadzać na dół, ale nagle mruknął: -O, Francuzi nadchodzą! Podziałało niczym najlepszy dopalacz. -Cooo? Francuzi???? Przypomniało mi się, jak nie pasowało im, że na trasie uznanej przez nich jako szlak dla prawdziwych macho, mimo wszystko była jedna dziewczyna, czyli ja, a na dodatek nie omieszkałam wspomnieć, że znam wiele Polek które też wchodziły tą rzekomo najtrudniejszą drogą.

kili-lodowiec1.jpgBłyskawicznie odzyskałam siły. Kiedy Francuzi sami ledwo słaniając się na nogach doszli do krateru, siląc się na jak największy wigor (a w rzeczywistości niemal mdlejąc), poczęstowałam ich czekoladą. Nawet nie chcieli na nią spojrzeć, zresztą kilku z nich chwilę potem zrezygnowało z dalszej drogi, ja natomiast w przypływie ambicji nie miałam już problemu z dojściem na szczyt. Fakt, czułam się jak pod działaniem środków halucynogennych (brak tlenu), ale niedługo potem stałam już pod tablicą oznajmiającą, że to najwyższy punkt Afryki.

Przy drugim wejściu na Kili praktycznie nie miałam już żadnych problemów. Może dlatego, że wyszliśmy przykładnie o północy, tak jak trzeba wolniutko, pole-pole, a może dlatego, że w międzyczasie zdobyłam też kilka wyższych szczytów. Współczułam za to innym. Ubierając się słyszałam wymiotującego Hiszpana - wymioty to klasyczne objawy choroby wysokościowej. W naszej grupie samopoczucie było w miarę dobre - wyruszyliśmy wręcz z pieśnią na ustach ("Międzynarodówka"), choć brak powietrza szybko osłabił nasze wokalne zapędy.

Drogowskaz przy schronisku informował, że do szczytu mamy 6 godzin marszu. "Marsz" to za dużo powiedziane - wchodzi się noga za nogą, z trudem łapiąc oddech. Była piękna noc z mnóstwem gwiazd, wśród których wyszukaliśmy Krzyż Południa. Na zboczu ponad nami widać było światełka latarek tych, którzy wyszli wcześniej. Wiele osób zawracało. Także z naszej grupki wykruszyły się dwie osoby. Trudna to decyzja - cel jest niemal na wyciągnięcie ręki, ale organizm nie daje rady.

kili na szczycie.jpgPrzy Gillman Point (5600 m), gdzie stroma, wijąca zakosami ścieżka dochodzi do krateru wulkanu, za załomem skały zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek. Trzęsąc się z zimna trudno nam było  uwierzyć, że to Afryka i że znajdujemy się zaledwie 330 km na południe od równika. -Tylko minus 10? To ciepło! - pocieszał przewodnik.

Wkrótce zaczął się spektakl ze wschodzącym słońcem w roli głównej. Niebo staje się wówczas czerwone, a śnieg na pokrywającym szczyt lodowcu - różowy. Od razu robi się też cieplej… Jeszcze trochę i można pozbyć się grubych polarów. Końcówka podejścia jest w miarę prosta - droga pnie się łagodnie, mamy piękny widok na krater i morze chmur poniżej nas. Na szczycie - euforia. Wszyscy padają sobie w ramiona, robią pamiątkowe zdjęcia. Warto się męczyć dla tych kilku chwil, które zapamięta się na całe życie…

опциидляподъемников